„Nord Stream” nadal budzi wielkie kontrowersje

Po trzynastu latach planowania i dwóch latach budowy – 8 listopada br. oficjalnie została otwarta pierwsza nitka, budzącego wiele kontrowersji, gazociągu północnego Nord Stream. W obecności kanclerz Niemiec Angeli Merkel, premiera Holandii Marka Rutta, premiera Francji François Fillona oraz prezydenta Rosji Dimitrija Miedwiedewa oficjalnie „odkręcono” kurek i po raz pierwszy w historii gaz ziemny popłynął po dnie Bałtyku z Rosji bezpośrednio do Niemiec.

Głównym inwestorem gazociągu Nord Stream jest rosyjski Gazprom, największa na świecie firma gazownicza; współudziałowcami są europejskie koncerny E.ON, BASF i GDF Suez. Tą drogą do europejskich odbiorców trafi w skali roku 27,5 mld m3 gazu.

 

Wątpliwości pozostały

Jako posłanka odpowiedzialna za złożoną w parlamencie europejskim, jeszcze przed budową gazociągu i ciągle „otwartą”, petycję w sprawie możliwych następstw tej gigantycznej i unikatowej inwestycji, nadal mam wątpliwości co do jej efektów „ubocznych”. Zastanawia mnie m.in.:

– kto wypłaci odszkodowanie w razie szkód wywołanych uszkodzeniem rurociągu?

– kto naprawi szkody ekologiczne, dzisiaj trudne nawet do oszacowania?

– dlaczego nie powstała dotąd niezależna ocena wpływu inwestycji na środowisko?

Kto poniesie odpowiedzialność za ewentualną katastrofę?

Parlament Europejski wielokrotnie wyrażał wątpliwości wobec tej inwestycji. Pomimo wielu debat, konferencji, spotkań formalnych i nieformalnych, nadal nie do końca jasnym jest, kto ponosi odpowiedzialność w przypadku awarii gazociągu. Teoretycznie spowodowanie szkody dla środowiska w czasie konstrukcji lub użytkowania rurociągu, „podlega” pod Dyrektywę 2004/35/EC, zawierającą zasadę „polluter-pays” (płaci zanieczyszczający), sęk w tym, że dyrektywy stosuje się tylko na terytorium Unii i np. Rosja nie musi się do nich stosować. Niby jest jeszcze Konwencja Espoo, w której mieści się zobowiązanie do przeprowadzenia analizy wpływu danej inwestycji na środowisko oraz udostępnienie dokumentacji do sprawdzenia przez niezależne organy, ale… Rosja Espoo do dzisiaj nie ratyfikowała. Władze tego kraju „rozpoznają” podstawy konwencji, ale formalnie w Rosji ona nie obowiązuje. W przypadku katastrofy ekologicznej Konsorcjum Nord Stream nie poniesie zatem odpowiedzialności przed ONZ. Co prawda na swojej stronie internetowej Nord Stream zamieścił „kompatybilne” z Konwencją Espoo raporty – wszystkie, jak jeden mąż, określające wpływ inwestycji na środowisko morskie jako niewielki. Brak ratyfikacji Espoo nie przeszkodził Rosji także przy budowie elektrowni jądrowych w Sosnowym Borze i Kaliningradzie a także przedłużeniu czasu użytkowania reaktorów w regionie Murmańska oraz transporcie materiałów radioaktywnych po Morzu Bałtyckim. Dodajmy, że wszystkie pozostałe kraje basenu Morza Bałtyckiego Konwencję Espoo ratyfikowały.

Wysokie ciśnienie

Według oficjalnych informacji podanych przez Nord Stream przez rurociąg płynie regularnie ok. 148 tys. ton metanu, które można „zatrzymać” tylko w jednym miejscu, w Wyborgu. Nie ma innych zaworów ani stacji pośrednich na dnie Bałtyku, pozwalających powstrzymać przepływ gazu na konkretnym odcinku. Jego transfer rurą na dnie morza przebiega pod znacznie wyższym ciśnieniem niż drogą lądową, w związku z czym jest on też dostarczany o wiele szybciej – co Nord Stream podkreśla jako atut tej formy przesyłu, tym niemniej w razie awarii oznacza to też większe szkody. Osobną kwestią jest też odpowiedzialność za szkody, jakie mogą na skutek awarii rurociągu spowodować spoczywające dotąd „spokojnie” na dnie liczne wojskowe ładunki z czasów I i II wojny światowej. Ponadto, Finowie w latach 1940-1984 wpuścili do Bałtyku ogromne ilości toksycznych odpadów, pozostałych po produkcji papieru. Zanieczyszczenia zawierające m.in. niebezpieczne dla zdrowia dioksyny nie stanowią na razie bezpośredniego zagrożenia dla ludzi ani dla środowiska, ponieważ zalegają kilkadziesiąt centymetrów pod dnem morza w Zatoce Fińskiej. Dopóki leżą tam spokojnie, ich rozpuszczanie następuje powoli, a stężenie trucizny nie jest, nawet zdaniem ekologów, szkodliwe; co się jednak stanie w przypadku awarii rurociągu? Dodatkowo, estońscy naukowcy zwrócili też uwagę na to, że inwestor przeprowadził badania ewentualnego negatywnego wpływu na środowisko w takich miejscach, gdzie tego wpływu najprawdopodobniej rzeczywiście nie będzie. Do tej pory zresztą Nord Stream nie przedstawił schematu ewentualnego rozprzestrzeniania się substancji toksycznych.

Nie chodzi tylko o biznes

Raport Komisji Europejskiej z 2009 r. podkreśla, iż Nord Stream (dodajmy, inwestycja priorytetowa UE, ale nie finansowana przez wspólnotowy budżet) znacznie obniży koszty przepływu gazu do Niemiec przez następne 50 lat oraz uczyni ten kraj „największym pośrednikiem w przesyle rosyjskiego paliwa”. Jednakże wiele faktów wskazuje, że istnieje realne ryzyko wzrostu cen gazu importowanego drogą lądową. Gaz nordstreamowy, mimo ogromnych kosztów inwestycji, będzie miał zdecydowanie niższe koszty przesyłu, a to może negatywnie wpłynąć w przyszłości na ceny gazu, a konkretnie na negocjacje państw bałtyckich z Rosją w 2015 r., kiedy to wygasają ich dotychczasowe kontrakty na dostawy tego surowca. Bez zintegrowanego rynku gazowego w Europie i zdywersyfikowanego dostępu do dodatkowych źródeł dostaw gazu, czyli niezależności energetycznej, pozostaną zdane na monopolistyczne ceny jedynego dostawcy. Co prawda, w planach istnieje także „Balticconnector” – nowy gazociąg mający połączyć Finlandię z Estonią, dający teoretycznie możliwość importowania surowca o cenie niższej nawet o 20 proc., lecz Finlandia, która importuje gaz z Rosji bez większych zakłóceń przez ostatnie 35 lat, nie ma za dużej motywacji do tego typu nowej inwestycji, zważywszy na spodziewaną reakcję Rosji. Warto też zaznaczyć, iż Finlandia uzyskała „odroczenie” ceł na eksport rosyjskiego drewna dla własnego przemysłu drzewnego w związku ze zgodą na budowę Gazociągu Północnego. Szwedzki dziennik „Dagens Nyheter” zauważa, że: „Rosja celowo wcześniej zakręciła zawór gazociągu lądowego, aby pozyskać poparcie opinii publicznej do realizacji nowego projektu po dnie Morza Bałtyckiego”. Manewr, jak widać, się udał. Nowa droga dostaw gazu do Europy pozwoli Gazpromowi ograniczyć – w razie potrzeby – eksport rurociągami lądowymi przez Ukrainę, Białoruś i Polskę. Rosjanie naturalnie argumentują, że rurociąg nie jest budowany „przeciwko” jakiemuś krajowi i służy jedynie do zwiększenia dostaw gazu. Niezależni eksperci wyliczyli, że gdyby chodziło „tylko” o biznes, to wystarczyłoby wybudować drugą nitkę rurociągu jamalskiego (przez Białoruś i Polskę do Niemiec) za ok. 1,5 mld euro, tymczasem zbudowano Nord Stream za ok. 8,8 mld euro.

Pozostają jeszcze odszkodowania dla rybaków

Konsorcjum Nord Stream proponowało bałtyckim rybakom wypłaty za rezygnację ze wszelkich roszczeń względem konsekwencji konstrukcji Gazociągu Północnego. Rybacy z Niemiec, Danii oraz Szwecji podpisali swoje umowy bez większych trudności, rozmowy z polskimi rybakami ciągnęły się przez dwa lata. Według nieoficjalnych danych, szwedzcy rybacy dostali od Nord Streamu od 32 do 37 tys. euro, podczas gdy polskim rybakom zaproponowano po 4 tys. euro. To wiele tłumaczy. Nord Stream różnice w sumach tłumaczy „geografią” i techniką połowów. Przykładowo duńscy rybacy, regularnie łowiący trałem na dnie w pobliżu leżącej obecnie rury, musieli zmienić na stałe swoje „nawyki”, zaś polscy rybacy zazwyczaj i tak nie łowią w okolicy gazociągu, więc są mniej narażeni na skutki inwestycji. Umowy były dobrowolne, nikt nie zmuszał do ich podpisania. „Nordstreamowa” petycja – jedna z najdłużej rozpatrywanych przez parlament europejski – wkrótce znów powróci pod obrady Komisji – cdn.

Autorka jest posłem do Parlamentu Europejskiego, członkiem kilku komisji, w tym między innymi Komisji Prawnej oraz Komisji Petycji.