Agencja towarzyska. Czas na naprawę Agencji Wywiadu!

Archiwa Agencji Wywiadu z ostatnich siedmiu lat są niszczone. Co mają do ukrycia podopieczni Macieja Huni i dlaczego szef agencji chciał nagle odejść na emeryturę?

– Te ch… już są tak rozbestwione w pisaniu prasy i internetu, że jeden dostał od zielonych (wywiad wojskowy – red.) na kwitach jakieś info, więc w ferworze kopiowania i wymyślania uzysków skopiował ten tekst i jako swoje wysłał do Siemoniaka. Kwit wrócił do Huni z adnotacją Siemoniaka „czytam i własnym oczom nie wierzę!??”. Wróciło, a Hunia napisał, aby to przy pierwszym brakowaniu zniszczyć. Siemoniak musiał zbaranieć czytając dwa razy notatkę żywcem skopiowaną od zielonych, którą wcześniej czytał. To pokazuje, jak ta firma zdobywa informacje – mówi nam oficer wywiadu.

Zdefraudowanie pieniędzy operacyjnych, hojnie rozdawane nagrody dla szefostwa, awanse dla koleżanek, donosicielstwo oraz plagiatowanie raportów kolegów z pozostałych służb – to tylko niektóre z „osiągnięć” najbardziej tajnej i elitarnej z polskich służb specjalnych w ciągu ostatnich lat. Dziś pracujący w kompleksie przy ulicy Miłobędzkiej w Warszawie coraz częściej przywodzą na myśl ekipę żandarmów z Saint-Tropez, a ich szef cieszy się wśród podwładnych równie wysokim poważaniem co postać grana przez Louisa de Funèsa.

Żandarm z Krakowa

Zanim trafił do służb, Maciej Hunia parał się różnych zajęć. Jednym z nich było malowanie kominów. Do powołanego w miejsce SB Urzędu Ochrony Państwa trafił wraz ze swoimi kolegami z Krakowa – m.in. przyszłym ministrem spraw wewnętrznych Bartłomiejem Sienkiewiczem. Po szkoleniu i kursie w Kiejkutach awansował na oficera.

W 1997 r. został szefem zarządu kontrwywiadu UOP, a następnie, w 2002 r., szefem departamentu kontrwywiadu ABW. Dwa lata później awansował na generała brygady. Jak opisywał „Dziennik” na wezwanie przed Wojskową Komendę Uzupełnień, już jako generał, stawił się w T-shircie i dżinsach.

Kilka miesięcy po awansie na generała, kierowany przez niego kontrwywiad oskarżył o szpiegostwo asystenta członka komisji ds. afery Orlenu. Przeczołgany w mediach poseł wylądował z wylewem w szpitalu. Jednak jego asystent został wkrótce uniewinniony, a po wygranych przez PiS wyborach Hunię zesłano do Czech na stanowisko radcy ministra w ambasadzie.

Po zmianie władzy Hunia szybko awansował na p.o. zastępcy szefa Służby Wywiadu Wojskowego, a następnie jej szefa. Po kilku miesiącach wrócił do służb cywilnych i został szefem Agencji Wywiadu. Szybkie zmiany stanowisk przypomniały o sobie kilka miesięcy temu, gdy na jaw wyszło, iż formalnie Hunia nadal był funkcjonariuszem SWW delegowanym do AW. Tym samym zarobki Huni były naliczane według stawek wywiadu wojskowego – znacznie korzystniejszych od cywilnego. Wojskówka płaci od kilkuset złotych do kilku tysięcy więcej niż cywilni. Jak ujawnił tygodnik „Wprost” w analogicznej sytuacji był również zastępca Huni w AW – płk Paweł W.

Afera sejfowa

Przez kilka lat kierowana przez Hunię „firma” trzymała się w cieniu. O AW zrobiło się głośno w 2012 r., gdy prokuratura okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie defraudacji funduszu operacyjnego agencji. Śledczy podejrzewali, że jeden z pracowników AW wyprowadzał pieniądze operacyjne. W tym samym czasie Polska żyła aferą Amber Gold, a „Gazeta Polska” informowała, iż AW mogła inwestować w AG miliony złotych. Zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury wpłynęło od byłego agenta CBA Tomasza Kaczmarka.

Sprawa defraudacji pieniędzy w AW wróciła po dwóch latach. W 2014 r. „Gazeta Wyborcza” opisała, jak rozkradane były pieniądze zdeponowane w sejfie agencji. Elita polskich szpiegów traktowała sejf niczym kasę zapomogowo-pożyczkową. Brali pieniądze m.in. na alimenty, samochód czy mieszkanie. Wśród przejedzonych pieniędzy miały być m.in. te, które Polska otrzymała od CIA.

Wina za zaistniałą sytuację spadła na kasjera AW, który miał pożyczać pieniądze zgłaszającym się pracownikom i oficerom. Gdy jednak ich nie oddawali, najpierw rozmieniał studolarówki na banknoty o mniejszych nominałach i chował w zafoliowanym bloku z pieniędzmi w sejfie. W ostatnim etapie, gdy nawet i tych zaczynało brakować, ciął papier. Na górze „kupki z forsą” kładł studolarówki, a całość foliował. Sprawa się wydała, gdy prowadzące inspekcje zauważyły, że znajdujący się od lat w sejfie zafoliowany blok z dolarami wydaje się podejrzanie „świeży” (białe boki) i sprawdziły zawartość paczki.

W związku z defraudacją pieniędzy operacyjnych wywiadu wszczęto dwie sprawy. Pierwsza dot. defraudacji ok. 12 mln zł. Druga była spadkiem po UOP – grupa naczelników wyciągnęła z kasy ponad 8 mln zł. Miały być zainwestowane na giełdzie i szybko zwrócone. Krach na giełdzie doprowadził do tego, że pieniądze przepadły.

Wojna domowa

Wśród pracowników i niższych stopniem oficerów AW sprawa wyłudzania pieniędzy z sejfu ciągle budzi zażenowanie. Nie stronią oni również od oskarżeń wobec szefostwa. Według naszych rozmówców AW od lat nie podnosiła swoim pracownikom uposażenia. Co prawda przyznawano różne premie, ale były one niewielkie. Natomiast kadra kierownicza miała dodatki i premie, o których „szaraczki” nawet nie śniły. To też stało się źródłem konfliktu wewnątrz agencji oraz niewybrednych żartów o jej szefie. Jak opisywała kiedyś red. Anna Marszałek, Hunia miał otrzymać dwa obraźliwe przezwiska, z których jedno „miało podkreślać jego lizusostwo”, a drugie, bardziej wulgarne „powstało z przekręcenia nazwiska” Huni.

W jeszcze gorszym świetle otoczenie Huni i tego, co dzieje się w AW przedstawiła kilka dni temu „Gazeta Prawna”. Jeden z dwóch zastępców Huni nigdy na poważnie nie pracował operacyjnie za granicą, a spora część kierownictwa nie mówi biegle w żadnym języku obcym. Naczelnik, kolejny kolega Huni, kurs pozwalający mu objąć stanowisko przeszedł korespondencyjnie w kilka tygodni (normalnie taki kurs trwa rok), badania psychologiczne w zewnętrznej placówce zdrowotnej, a inspiracje do pracy czerpie z filmu „Stawka większa niż życie”. Jeszcze inny człowiek Huni miał – według dziennika – problemy dyscyplinarne w związku z niewłaściwym obchodzeniem się z dokumentami poufnymi.

W AW zlikwidowano też odprawy, na których omawiano przyszłe działania, a promować zaczęto donosicielstwo. Wprowadzono wymóg sporządzania notatek z nieoficjalnych rozmów na korytarzach agencji. Efektem utarczek w AW było odejście w ostatnich latach ok. 1/3 pracowników.

– Za to właśnie powinno się w obecnej kadrze kierowniczej zrobić reset! I nie natychmiast, ale ustawowo z półrocznym okresem, tak aby po audycie można było jeszcze w służbie ukarać obniżeniem uposażenia, co ma wpływ na wysokość emerytury. Dotyczy to przede wszystkim panów generałów i ich giermków z krakowskiego klanu. Za ośmioletnie nieróbstwo, za pisanie i rozliczanie informacji z prasy i internetu, za defraudację funduszu, za celową politykę kadrową doprowadzającą do masowych zwolnień, za przyznawanie sobie gigantycznych uposażeń, dodatków i premii, za flekowanie funkcjonariuszy, za nieprzestrzeganie prawa i inwigilację byłych funkcjonariuszy. Za to nie tylko opcja zero, ale i prokurator i obniżenie świadczeń, tak aby później nikt nie wpadł na podobne pomysły. Nie zemsta, ale egzekwowanie prawa z całą surowością – mówi w rozmowie z nami były wysoki oficer wywiadu.

Zdarzało się, iż ktoś z AW otrzymywał nieoficjalną drogą informację od kolegów z wojskówki. Informację tę następnie wysłano do człowieka na placówce dyplomatycznej z prośbą, aby odesłał jako swoją. W efekcie powstała identyczna notatka od „nowego” źródła, którą następnie wysłano do właściwego ministra.

Wielkie czyszczenie

– W Agencji Wywiadu, pomimo święta (Wszystkich Świętych – red.), trwa gorączkowe niszczenie dokumentów – napisał na początku listopada, na swoim profilu na Facebooku, były dziennikarz TVN, a obecnie publicysta „W Sieci” Witold Gadowski. Jak twierdził Gadowski, wśród niszczonych dokumentów były m.in. stenogramy z nagranych rozmów polityków.

Kilkanaście dni później TVN24 podał informację, że gen. Maciej Hunia chce przejść na wcześniejszą emeryturę. Do dyspozycji ustępującego szefa MON oddał się natomiast szef SWW Radosław Kujawa, a jak podała IAR, dymisja szefa SKW Piotra Pytla trafiła na biurko ministra Siemoniaka.

– Przez ostatnie lata Agencja Wywiadu skupiona była na sytuacji wewnętrznej i korzystała głównie ze źródeł ogólnodostępnych, prasy oraz zasobów internetowych. Tym powinni zajmować się konsultanci, a nie oficerowie! – irytuje się nasz rozmówca ze służb.

Piątkowe wydarzenia w Paryżu pokazały, że nikt nie może się czuć bezpiecznie. Służby specjalne – a w szczególności wywiad i kontrwywiad – muszą być przygotowane na kolejne zamachy i zbierać informacje pozwalające zawczasu reagować na zagrożenia. Czy polski wywiad – źle opłacany, ze zdemoralizowanym kierownictwem i brakiem motywacji zapewni nam bezpieczeństwo? Chyba nikt nie ma wątpliwości.

————