Atak na złotówkę. Komu zależy na słabości polskiej waluty?

Od końca października 2015 roku polska waluta osłabiła się względem najważniejszych walut świata. Tylko na początku roku dolar podrożał w relacji do złotego aż o 16 groszy (około 4 proc.). Wicepremier Mateusz Morawiecki uważa, że to efekt uboczny chińskiego kryzysu. Bardziej prawdopodobny wydaje się celowy atak spekulantów próbujących zarobić na osłabieniu złotówki.

Pod koniec grudnia związane z Prawem i Sprawiedliwością media po chwilowym umocnieniu złotówki ogłosiły, że negatywny trend został opanowany, lecz tuż przed sylwestrem złoty znów się osłabił i póki co wciąż trwa walka o uratowanie jego kursu.

Słaba złotówka ucieszy zapewne eksporterów, lecz na pewno nie rząd, który musi obsługiwać swój dług denominowany w walucie euro. Droższe euro to dług droższy o nawet kilkadziesiąt miliardów złotych w skali roku – taki też zapewne był cel tych podmiotów, które tuż przed końcem 2015 r. celowo osłabiły złotówkę. A droższe euro (a jeszcze bardziej frank szwajcarski) to także kłopot dla spłacających kredyt zaciągnięty w obcej walucie (ponad milion Polaków).

Powtórka z Węgier?

Gdy w 2010 r. władzę na Węgrzech obejmował Viktor Orbán, jego rządy spotkały się z gwałtowną reakcją międzynarodowej finansjery, która jego prawicowe poglądy uznała za zagrożenie dla demokracji oraz praw człowieka. Środowiska finansowe z zagranicy przystąpiły do ataku na kilku poziomach: za cel obrano kurs forinta, węgierskie obligacje oraz rating Węgier. Powodem ataku był także ostry kurs węgierskiego premiera wobec międzynarodowych banków, sklepów wielkopowierzchniowych i korporacji oraz ogłoszony plan remadziaryzacji banków. W rezultacie węgierskie państwo znalazło się w nie lada tarapatach, gdyż w ten sposób znacznie wzrósł koszt zadłużenia, a budżet musiał szukać dodatkowych środków na jego obsługę.

Podczas gdy średnie oprocentowanie węgierskich obligacji wynosiło ponad 9 proc., w 2014 r. oprocentowanie polskich obligacji wynosiło nawet mniej niż 3 proc., co stanowiło lepszy wynik niż w wypadku wielu innych, bardziej zamożnych i wiarygodnych kredytowo państw. O gospodarce Węgier można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że zasługiwała na taką właśnie wycenę. Polska otrzymywała w ten sposób prezent za polityczną lojalność, którą praktykowała rządzona przez Donalda Tuska Platforma Obywatelska. Złośliwi twierdzili, że inwestorzy nagradzają w ten sposób swoich politycznych pupili. Viktorowi Orbánowi udało się tymczasem przetrwać burzę i dziś powoli wychodzi na prostą, pomimo jawnej wrogości wielu środowisk finansowych na całym świecie.

Wyborcze sondaże w Polsce już od dłuższego czasu zapowiadały zmianę rządów w Polsce, dlatego było jasne, że finansowe dobrodziejstwa i przychylność inwestorów i instytucji finansowych z całego świata wkrótce się skończą, gdy tylko władzę nad Wisłą przejmie polski odpowiednik Fideszu. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość zapowiadało – wzorem Orbána – że także obejmie twardy kurs wobec zagranicznych korporacji, banków i wielkich sklepów, jak również będzie wspierało przede wszystkim rodzimych przedsiębiorców. W świat poszedł więc sygnał, że po władzę idzie ugrupowanie wzorujące się na rozwiązaniach wcielanych w życie przez Viktora Orbána i że lada dzień przejmie najważniejsze urzędy w państwie. Tak też zresztą się stało.

Jak cię widzą, tak cię cenią

Rentowność polskich obligacji wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie, lecz sytuacja wydaje się powoli zmieniać. Niektórzy z ekspertów z polskiego środowiska finansowego przyznają w mediach wprost, że ceną za próbę prowadzenia samodzielnej polityki przez nowy rząd będzie wzrost kosztów obsługi długu. „Wizerunek państwa za granicą ma ogromne znaczenie. Jeżeli ktoś uważa, że my tu w naszym zaścianku możemy robić, co chcemy i nikt nam nie będzie mówił, co mamy robić, to popełnia kardynalny błąd” – komentował Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

Złotówka zaczęła się osłabiać wobec dolara praktycznie już w tygodniu poprzedzającym wybory, gdy można już było oszacować przyszły skład Sejmu. Od tego czasu mamy do czynienia z nieustanną walką o kurs polskiej waluty, która póki co odbywa się w sposób nieoficjalny. Choć nie potwierdził tego do tej pory żaden oficjalny komunikat ze strony Banku Gospodarstwa Krajowego, wydaje się w zasadzie pewne, że od listopada 2015 r. trwa akcja ratowania kursu złotówki, na którą wydano wedle różnych szacunków już nawet kilka miliardów euro. Bank potwierdził jedynie, że rezerwy stopniały, lecz nie sprecyzował, na co je przeznaczono.

W tej sytuacji dziwi wciąż nieco postawa samego rządu Prawa i Sprawiedliwości, który z jednej strony zapewne nie chce iść na totalną wojnę z wielkimi finansowymi graczami, lecz z drugiej – przedstawienie siebie jako ofiary ataku z zewnątrz mogłoby znacznie poprawić notowania i wizerunek obozu rządzącego. Tym bardziej, iż długotrwała walka o kurs złotówki może mieć przełożenie na bieżącą kondycję finansową kraju, co przy wielu obietnicach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości może stanowić pewien problem. Gdyby już dziś politycy ekipy rządzącej zaczęli zabezpieczać się na wypadek ewentualnych konsekwencji obecnych wydarzeń na rynku walutowym, byliby nie tylko bardziej wiarygodni, ale i lepiej zabezpieczeni na wypadek ewentualnych zawirowań.

Najprawdopodobniej milczenie najważniejszych osób w państwie odpowiedzialnych za politykę finansową stanowi próbę udobruchania finansowych elit, gdyż w ostatecznym rozrachunku Polska nadal pozostaje beneficjentem unijnych funduszy, w oparciu o które rząd Beaty Szydło planuje wielki program inwestycyjny. Poza tym, Polska jako kraj rozwijający się musi w dalszym ciągu importować kapitał, co wymaga dobrych kontaktów z wiodącymi instytucjami finansowymi. Bazą kapitałową dla projektu inwestycji pozostają także rezerwy walutowe Narodowego Banku Polskiego, które jednak w dłuższej perspektywie wojny o kurs złotówki mogą stopnieć, co w pewnym ograniczonym stopniu zawęzi pole działania rządu.

A może jednak Chiny?

Rzecz jasna, pewną rolę w osłabieniu złotego odegrały także wydarzenia na świecie. Taką właśnie interpretację preferuje wicepremier Morawiecki, który przekonuje, że polska waluta osłabła w wyniku kryzysu imigracyjnego oraz konfliktu na Bliskim Wschodzie. Mieliśmy w ten sposób „oberwać za nie nasze grzechy”. Wydaje się jednak, że żaden z wymienionych czynników nie potrafiłby przesądzić o obecnych zmianach, którym ulega złotówka. Kryzys imigracyjny dał się najmocniej odczuć latem i jesienią; konflikt na Bliskim Wschodzie trwa już od kilku lat i nie należy przeceniać jego wpływu na polski rynek. Najbardziej wiarygodne wydaje się natomiast powiązanie spadku wartości złotówki ze złymi wieściami na temat gospodarki z Chin, choć naprawdę pesymistyczne wydarzenia w Państwie Środka to raczej kwestia ostatnich dni, nie kilku miesięcy.

Polska podpisała niedawno ważne porozumienie z Chinami dotyczące tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku, a nasze związki handlowe z tym krajem nieustannie rosną. Z tego względu widmo poważnego i głębokiego kryzysu, jaki najprawdopodobniej nastał w chińskim gigancie nie stanowi dobrej perspektywy; nie tylko dla Polski, ale i całej światowej gospodarki. Wobec pogarszających się nastrojów gospodarczych w Azji, Polska i jej giełda są jednymi z pierwszych, które jako rynki peryferyjne odczuwają istotne globalne zmiany oraz recesję. Oprócz złotówki spadki odnotowuje bowiem także warszawska giełda, którą inwestorzy traktują jako pierwszą w kolejce do wycofania kapitału.

Oprócz Chin wpływ na kurs złotówki ma także sytuacja na rynku ropy, której cena osiągnęła niedawno najniższy poziom od 11 lat. Cena ropy spadła najprawdopodobniej w wyniku celowego działania Amerykanów na rynku kontraktów terminowych, którzy chcą w ten sposób pogrążyć m.in. Rosję. Tańsza ropa oznacza droższego dolara, który od dłuższego czasu umacnia się względem praktycznie wszystkich walut krajów rozwijających się. Dotyczy to nie tylko Polski, ale praktycznie całej Europy Środkowo-Wschodniej.

Najbliższe dni przyniosą weryfikację sugerowanego na razie ataku. Jeśli Chiny jakimś cudem nagle odbiją się od dna i zażegnają kryzys, teza o celowym ataku na złotówkę zyska na prawdopodobieństwie. Jeśli zaś Chiny dalej będą ciągnęły w dół polską gospodarkę, to i tak próba ratowania kursu polskiej waluty przez Bank Gospodarstwa Krajowego będzie musiała zostać wcześniej czy później oficjalnie skomentowana przez przedstawicieli rządu, którzy przecież nie dysponują niewyczerpanymi rezerwami walutowymi.

Wiele zależy także od rozwoju wydarzeń na scenie politycznej, gdzie spór z Niemcami i Brukselą może spowodować wprowadzenie sankcji lub nadzoru instytucji europejskich wobec Polski. Jeśli zaś tego rodzaju wydarzeń uda się uniknąć, a rząd PiS zdoła wypracować pewien model porozumienia z politykami zza Odry, wówczas można się spodziewać odwilży także na odcinku walutowym i inwestycyjnym.

——