Bitwa o handel. Sklepy uciekną za granicę?

Tymczasem nowy podatek od sklepów internetowych spowoduje jedynie, iż większe sklepy przeniosą swoje siedziby i centra logistyczne do krajów sąsiadujących z Polską. Przy wielkiej skali prowadzonej działalności dowożenie towaru zza niezbyt odległej granicy nie generuje zbyt wielkich kosztów, dlatego można się spodziewać, iż zamiast zwiększenia wpływów do budżetu nowy podatek jedynie je zmniejszy, sztucznie wypychając część miejsc pracy poza Polskę.

Wprowadzenie nowego podatku obrotowego od sklepów wielkopowierzchniowych stanowiło jeden z kluczowych elementów kampanii wyborczej partii Jarosława Kaczyńskiego, która idąc po władzę zbudowała szeroki front osób oczekujących od nowej władzy zmiany na własną korzyść. Ekipa Platformy Obywatelskiej stała na ogół po stronie wielkiego kapitału (zarówno rodzimego, jak i zagranicznego) i wyraźnie zaniedbywała interesy m.in. polskich handlarzy oraz małych i średnich przedsiębiorców, dlatego opozycyjny PiS bardzo skrzętnie wykorzystał nadarzającą się okazję i poczynionymi obietnicami wygrał wybory.

Transfer za granicę

Dyskusja na temat wielkich sieci handlowych trwa w Polsce już od wielu lat i budzi skrajne oceny. Oceny te zradykalizowały się wraz z postępującą konsolidacją rynku, który pozostawia coraz mniej miejsca dla małych, nie przynależących do żadnej sieci sklepików, a wzmacnia pozycję popularnych nad Wisłą dyskontów. W latach 2007-2014 zniknęło w Polsce 25,3 tys. małych sklepów, a do 2018 roku ma ich zniknąć dalszych 6 tysięcy. Konsolidacja rynków to zjawisko normalne w innych branżach, lecz w przypadku handlu budzi wielkie emocje, gdyż dotyczy sporego grona osób, które czują, iż obecny kształt podatkowo-prawny ich branży premiuje wielkie, zagraniczne sieci, a niszczy miejscowe i małe podmioty.

Tego samego zdania jest rząd Beaty Szydło, który od I kwartału br. wprowadza 2-procentowy podatek od przychodów dla sklepów o powierzchni powyżej 250 m2 (tak przynajmniej brzmiała pierwotna propozycja, gdyż ostatnio mówi się już coraz wyraźniej o rezygnacji z kryterium powierzchniowego). Z wyliczeń rządowych ekspertów wynika, że w 2013 roku 175 sieci handlowych zapłaciło łącznie podatki dochodowe w wysokości 440 mln zł, co stanowiło ok. 0,47 proc. ich przychodów. Pomimo więc funkcjonowania stawki CIT na poziomie 19 proc., dochody budżetu państwa wydawały się skromne w porównaniu z przychodami wynoszącymi kilka miliardów złotych (a w przypadku koncernu Jeronimo Martins nawet przeszło 25 miliardów). Prawo i Sprawiedliwość spodziewa się, że w ten sposób rocznie zamiast 440 mln zł do budżetu państwa zacznie wpływać ok. 3,5 mld zł.

Nowe rozwiązanie podatkowe ucieszyło oczywiście drobnych i średnich handlarzy, lecz znalazło także wielu krytyków – i to nie tylko w gronie osób reprezentujących interesy wielkich sieci handlowych. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że wysokość przychodów nie przekłada się automatycznie na wysokość osiąganych zysków. Specyfika działalności sklepów wielkopowierzchniowych pociąga za sobą wielkie koszty, które bardzo trudno jest osiągnąć. Prezes Instytutu Misesa, Mateusz Benedyk zauważa, że na polskim rynku hipermarkety przeżywają zastój (francuskie giganty Real i Geant już się z Polski wycofały), a rozwijają się tylko dyskonty. Ponadto sklepy wielkopowierzchniowe płacą także większe podatki od nieruchomości. Na rynku handlowym nie panuje więc raj tylko dla wielkich graczy, gdyż nawet brytyjska sieć Tesco boryka się ostatnio ze sporymi problemami i przynosi częściej straty niż zyski (nie tylko w Polsce, ale i w Wielkiej Brytanii, gdzie rzekomo miałyby być transferowane zyski).

Zwolennicy opodatkowania wielkich sieci handlowych przekonują jednak, że oficjalnie wykazywane zyski stanowią tak naprawdę ułamek prawdziwych zysków, jakie osiągają wielkie podmioty. Zyski można transferować za granicę np. przy pomocy rozmaitych opłat licencyjnych za używanie znaku handlowego lub też firmowego know-how, które polskie spółki-córki przekazują znajdującym się za granicą centralom. Wielkie podmioty stać także na wydanie sporych sum na optymalizację podatkową, pozwalającą zaoszczędzić znaczne kwoty pieniędzy. Wobec tego typu argumentów opodatkowanie przychodów wydaje się być jedynym sposobem na zmuszenie wielkich sieci, aby płaciły podatki.

Węgierski model

Prawo i Sprawiedliwość naśladuje wiernie w tym względzie rządzone przez Viktora Orbána Węgry, które od 2010 roku stosują analogiczne metody w walce z zagranicznymi sieciami. Węgierskie państwo zamierzało wprowadzić podatek w wysokości nawet 6 proc. od przychodów, lecz ostatecznie Unia Europejska zmusiła tamtejszy rząd do wycofania się z projektu. Niemniej jednak utrzymano podatek ryczałtowy od sprzedaży na wszystkie sklepy.

W dyskusji na temat konfliktu między małym i wielkim handlem bardzo często zapomina się o tym, iż wielkie podmioty zyskują także w inny sposób. Jednym z nich są specjalne strefy ekonomiczne (SSE), które zapewniają rozmaite ulgi podatkowe właśnie sieciom handlowym, które lokują w nich swoje centra logistyczne (m.in. Jeronimo Martins, Tesco). Dostęp do SSE i specjalnych ulg podatkowych jest oczywiście ograniczony dla małych i średnich handlarzy, gdyż państwowe przepisy prawne regulują, że z dobrodziejstw specjalnych stref mogą korzystać jedynie te firmy, które zainwestują na miejscu minimum 100 tys. euro. SSE zapewniają nie tylko ulgi podatkowe, ale i liczoną w milionach pomoc państwa w realizacji rozmaitych programów zatrudnienia i aktywizacji gospodarczej. Inwestycje zagraniczne napływają do Polski przede wszystkim właśnie za pośrednictwem specjalnych stref, które pod hasłami aktywizacji i wspierania słabiej rozwiniętych regionów przynoszą tak naprawdę korzyści dla wielkich kosztem małych, którzy na żadne specjalne traktowanie liczyć nie mogą.

Propozycja opodatkowania przychodów sieci wielkopowierzchniowych może się jednak okazać niewypałem, gdyż na dobrą sprawę nie ma takich podatków, których zapłacenia nie dałoby się obejść. Z biegiem czasu politycy PiS dawali więc do zrozumienia, że ich plany ewoluują w taki sposób, iż najnowsza propozycja zakłada już obciążenie podatkiem obrotowym całego handlu, lecz wedle różnych stawek. Rząd Beaty Szydło zdecydował się także na modyfikację przepisów tak, aby obejmowały także sklepy internetowe.

Cios w e-sklepy

Branża e-sklepów rośnie w Polsce z każdym rokiem – w ubiegłym było ich już 22 tysiące, a Polacy wydali w nich ok. 45 mld zł. Rząd ponoć skonsultował swoją propozycję z przedstawicielami organizacji branżowych i przekonał ich do wprowadzenia swojej propozycji w życie niższymi stawkami, lecz wiele osób prowadzących własną działalność handlową w internecie jest co najmniej zaskoczonych. Tym bardziej, iż PiS szedł do wyborów m.in. z obietnicą wyższej kwoty wolnej od podatku, a nie z propozycjami
dalszych podwyżek.

Na dokładny kształt ustawy należy jeszcze poczekać, choć w tej chwili wiadomo nieoficjalnie, że firmy z obrotami poniżej 12 mln zł miałyby płacić podatek wedle stawki wynoszącej 0,01 proc. uzyskanego przychodu, powyżej 12 mln zł – 0,1 proc., a przy przychodach powyżej 240 mln zł – 0,2 proc. Dużych sklepów, o obrotach przewyższających najwyższy próg jest w Polsce niewiele, dlatego należy się spodziewać, że ostateczny kształt ustawy będzie się znacząco różnił od obecnych szacunków. Tym bardziej, że przy powyższym schemacie wpływy do budżetu nie byłyby rewelacyjnie wysokie.

Przedstawiciele rządzącej ekipy tłumaczą, że zmiany te wynikają przede wszystkim z faktu, iż w polskim prawie sklepy internetowe i tradycyjne nie różnią się w praktyce niczym, lecz zapewnienie to należy rozumieć przede wszystkim jako próbę uszczelnienia systemu na potrzeby planu opodatkowania sieci wielkopowierzchniowych, które od nowego roku zaczną bez wątpienia poszukiwać sposobu na obchodzenie nowego podatku.

Tymczasem nowy podatek od sklepów internetowych spowoduje jedynie, iż większe sklepy przeniosą swoje siedziby i centra logistyczne do krajów sąsiadujących z Polską. Przy wielkiej skali prowadzonej działalności, dowożenie towaru zza niezbyt odległej granicy nie generuje zbyt wielkich kosztów, dlatego można się spodziewać, iż zamiast zwiększenia wpływów do budżetu nowy podatek jedynie je zmniejszy, sztucznie wypychając część miejsc pracy poza Polskę.

Wprowadzenie nowego podatku nie przysporzy także pozytywnego wizerunku rządzącej partii, która bądź co bądź szła po władzę z obietnicami poszukiwania zysków podatkowych wśród kapitału zagranicznego oraz zniesienia części obciążeń z pleców polskich przedsiębiorców. Zniesienie opłaty targowej stanowiło krok idący na rękę polskim drobnym handlarzom, niemniej jednak wielka liczba osób w Polsce prowadzi drobny handel w internecie. W ich odczuciu nowy podatek od sklepów internetowych stanowi jedynie utrudnienie i dodatkowy koszt.

Wiele wątpliwości budzi także stosunek nowych przepisów podatkowych odnośnie platform internetowego handlu (przede wszystkim portalu Allegro), które wprawdzie nie są sklepem w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, lecz skupiają pokaźną i nie dającą się całkowicie zarejestrować sferę działalności handlowej. Czy wedle nowych przepisów podatek zapłacą zarówno internetowe platformy handlowe, jak i ich klienci? Na odpowiedź na te pytania czekają z niecierpliwością wszyscy zainteresowani.

Ostateczny kształt nowych przepisów podatkowych nie jest jeszcze całkowicie znany, lecz prace nad nimi już w tej chwili udowodniły, że obietnice wyborcze oraz ich spełnianie to zupełnie dwie rozbieżne ze sobą rzeczywistości.

——