Biznes na kółkach – czy to się opłaca?

Budki i przyczepy gastronomiczne szturmem zdobywają polskie place, ulice i parki. Dostaniemy w nich hot dogi, kebaby, lody, gofry, kiełbaski, zapiekanki, kawę, a nawet smażoną rybę. Czy to dobry pomysł na biznes? Tak, niezły. Polacy polubili jedzenie „z budki”, stało się po prostu modne. Ale uwaga na huraoptymizm – na tym rynku przetrwają tylko najlepsi i najwytrwalsi.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że gastronomia to bardzo wymagająca branża. Zapomnij o pracy od 9 do 17, zapomnij o wolnych weekendach, świętach i czasie dla rodziny.

Zarobisz latem

Do tematu mobilnej gastronomii można podejść na kilka sposobów. Po pierwsze, liczy się sezonowość. Jasne jest, że lody zimą nie będą się sprzedawać. Budka z mrożonymi specjałami ma więc rację bytu przez dwa, może trzy miesiące w roku. Podobnie jest z punktami z gorącym jedzeniem – największy ruch w interesie jest w okresie wakacyjnym. – Najlepszą porą na uruchomienie biznesu w naszej branży jest początek kwietnia – by móc funkcjonować aż do końca września, a jeśli pogoda pozwoli to jeszcze dłużej. Szczególną uwagę zwracamy na lokalizację, gdyż dobra lokalizacja jest gwarantem satysfakcjonującego zarobku na czas zamknięcia punktu w okresie zimowym – mówi Łukasz Przygoda, właściciel sieci Lody Przygoda, zarządzający 10 placówkami własnymi i ośmioma franczyzowymi.

Jak wydłużyć sezon?

Sezon można jednak wydłużyć przez znalezienie doskonałej lokalizacji na resztę miesięcy. Ich podaż jest jednak ograniczona – mówimy tu głównie o atrakcjach turystycznych, centrach miast, okolicach uczelni oraz imprezach kulturalnych i sportowych. W skrócie – trzeba mieć naprawdę znakomity pomysł i miejsce, by zarabiać przez cały rok. Budkę można zakotwiczyć na parkingu pod trasą nad Morskie Oko, ale raczej nie sprawdzi się w opustoszałym zimą Sopocie. Mobilność pozwala jednak na obsługę imprez – koncertów, festiwali, meczów etc.

– Jeśli nasz franczyzobiorca chce również prowadzić działalność zimą, mamy dla niego przygotowaną specjalną ofertę na ten czas w postaci sprzedaży ciepłych lodów, rurek z bitą śmietaną, gofrów oraz ciepłych napojów. Najlepsze miejsca to duże sieci handlowe oraz centra miasta, gdzie przepustowość ludzi jest dobra, choć bardzo fajnie sprawdzają się mniejsze miasta czy nawet wieś – wtedy dobrą lokalizacją jest punkt blisko kościoła – dodaje Łukasz Przygoda.

Niskie koszty

Dużym plusem mobilnej gastronomii są koszty. Postawienie normalnego lokalu gastronomicznego to koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych – trzeba kupić meble, odmalować ściany, wyposażyć kuchnię i łazienkę, spełnić wyśrubowane normy sanepidu. Do tego dochodzą wysokie koszty utrzymania powierzchni – czynsz i opłaty za media. W przypadku rozwiązania mobilnego są one dużo niższe. Jako przykład weźmy budkę z lodami o powierzchni ok. 5 m². Podstawowa, ale w pełni wyposażona i gotowa do działania, kosztuje ok. 30 tys. zł, można w niej robić również gofry. Podobne koszty wygeneruje mobilny punkt z hot dogami, hamburgerami czy kebabem. 34 tys. zł kosztuje Rybkodajnia – najnowszy koncept franczyzowy Wojciecha Goduńskiego, właściciela sieci pizzerii Biesiadowo. To pierwsza w Polsce sieć mobilnych smażalni ryb w przyczepach gastronomicznych. Ciekawym pomysłem jest kosztujący ponad 40 tys. zł Bike Coffee – mobilna kawiarenka napędzana siłą mięśni franczyzobiorcy systemu. Nieco droższe są koncepty do przygotowywania bardziej złożonych posiłków. Gama jest spora – na porządnego food trucka można wydać i ponad 100 tys. zł, ale w zasadzie jest to w pełni wyposażona kuchnia na kółkach, pozwalająca na przyrządzanie dowolnych potraw.

Ile można zarobić?

Typowo letni punkt gastronomiczny z lodami czy hot dogami daje możliwość niezłego zarobku. Ostrożnie szacując – po uwzględnieniu wszystkich kosztów – pozwalają uzyskać ponad 20 tys. zł zysku. W dobrym punkcie (np. przy zejściu na plażę) ta kwota może być dużo wyższa. Jest i druga strona medalu – każdy deszczowy dzień powoduje straty.

Samemu czy we franczyzie?

Franczyza to dobry sposób na uniknięcie błędów. Franczyzodawca oferuje bowiem koncept sprawdzony w praktyce i dysponuje konkretną wiedzą, jak uruchomić biznes i jak go prowadzić. Nie zaniesie za nas dokumentów do urzędu, ale powie co, gdzie i jak załatwić. Licencja kosztuje mniej więcej tyle, co średnia pensja, ale są to dobrze wydane pieniądze. Pozwalają uniknąć błędów, na jakie są narażone wszystkie młode biznesy w gąszczu przepisów, koncesji i urzędniczych sztuczek.

Młody sektor

Własne poprowadzenie mobilnej gastronomii również jest możliwe i w niektórych segmentach – zalecane. Nie dorobiliśmy się jeszcze sprawdzonych konceptów franczyzowych na tym rynku. Jest on jeszcze zbyt młody i podatny na modę i spore wahania. Dziś sprzedają się hot dogi i hamburgery, być może jutro przyjdzie moda na zupy, szaszłyki albo steki. Niezależny przedsiębiorca może i musi być elastyczny i szybko reagować na potrzeby klientów. Dzięki mobilności może się szybko dostosowywać – jednego dnia serwować wegańskie szaszłyki na ekologicznym pikniku, drugiego przekąski dla dzieci na przedszkolnej imprezie, a trzeciego hamburgery na zlocie motocyklistów. Wymaga to jednak dużej operatywności, sprytu i poświęceń. To już bardziej sposób na życie, niż tylko na zarabianie pieniędzy.

Autor jest redaktorem magazynu „Franczyza&Biznes” i portalu www.franczyzawpolsce.pl 

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN