Co dalej ze złotówką. Obniżka ratingu zachwiała polską walutą

Kuczyński twierdzi, że właśnie ona będzie najważniejszym testem dla Polski, a rating Standard & Poor’s należy traktować jako ostrzeżenie przed prowadzeniem niezbilansowanej polityki ekonomicznej. W bardziej alarmistyczne tony uderzył redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika „Forbes” Michał Broniatowski. Bagatelizuje on wagę oceny Fitcha jako najmłodszego z ratingowych potentatów, choć można zastanawiać się nad sensem podkreślania takich niuansów, skoro nowojorsko-londyńska firma dwa lata temu świętowała stulecie. Lansuje także tezę o rzekomej „hiperostrożności” S&P’s w następstwie rekordowej grzywny w wysokości 1,38 mld USD wymierzonej im w lutym ubiegłego roku za świadome zawyżanie oceny walorów hipotecznych na północnoamerykańskim rynku.

Nauka poszła w las

Sęk w tym, że „ostrożne” oceny Standard & Poor’s nawet kilka lat po kompromitacji w okresie kryzysu z pierwszych lat naszego stulecia, są obiektem ostrej krytyki polityków i specjalistów z wielu krajów Starego Kontynentu. W 2012 r. gospodarczy eurokomisarz Olli Rehn i późniejszy szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz oskarżali agencję odpowiednio o próbę destabilizacji francuskiej gospodarki przed wyborami prezydenckimi oraz włoskiej w obliczu reform oszczędnościowych. Obserwatorzy podkreślali, że ogłaszanie ratingowych cięć następowało przed europejskimi szczytami. Mało mówi się także o procesie wytoczonym S&P’s kilka miesięcy temu przez włoskie organizacje ochrony konsumentów.

W przypadku Polski także prawdopodobnie chodziło o interes małej grupy ludzi – nabywców rządowych obligacji, które zostały wyemitowane przed decyzją o obniżce notowań naszego kraju, ale jeszcze nie rozpoczęła się ich sprzedaż. W poniedziałek 18 stycznia rentowność dziesięcioletnich polskich obligacji wynosiła 3,24 proc. Oznaczało to wzrost o 26 punktów bazowych do 3,24 proc., co było najlepszym wynikiem od miesiąca. Rentowność tego rodzaju papierów wartościowych nie rosła tak szybko od dwóch lat. Zmowa pracowników S&P’s ze spekulantami to oczywiście tylko teoria, jednak zasługuje na zbadanie. Tym bardziej, że jak informowaliśmy przed tygodniem, od końca października 2015 r. trwa akcja ratowania złotówki przed grą na zniżkę jej wartości.

Uratują nas Chiny?

Nie zapominajmy, że ratingi to nie jedyny element kształtujący w obecnym momencie sytuację na polskiej giełdzie i kursy walut. Odczuwamy także konsekwencje największego od 25 lat, jak ogłoszono 19 stycznia, spowolnienia gospodarczego w Chinach, które podrywa zaufanie do inwestycji we wszystkich krajach wschodzących. Nadzieja we wciąż dużym polu manewru władz w Pekinie, które mogą stymulować lokalną ekonomię poprzez obniżkę stóp procentowych lub stopy rezerw obowiązkowych dla banków. Szanghajski indeks giełdowy SCI zwyżkował 19 stycznia najmocniej od 4 listopada 2015 r. – o 3,2 proc.

Dobre wieści z Azji odbiły się już tego samego dnia na wycenie złotówki i polskich długów. O godzinie 18.30 19 stycznia euro kosztowało 4,44 zł, dolar USA i frank szwajcarski – po 4,06 zł. Analitycy przewidują, że w kolejnych dniach może dojść do kolejnych spadków kursu, jednak nie powinny być tak dotkliwe jak piątkowa obniżka. Można więc oczekiwać, że rynek będzie funkcjonował bez większych wstrząsów przynajmniej do najbliższego ratingu Moody’s w maju, aczkolwiek niepokoić może nadanie Polsce negatywnej perspektywy wyceny przez Standard & Poor’s, co oznacza, że w ciągu kolejnych 24 miesięcy ma ona ok. 33 proc. szans kolejnego pogorszenia. Ponownie rodzi się pytanie, czy najlepszą metodą walki z tego typu szantażem nie jest skierowanie sprawy przez polski rząd na drogę sądową.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN