Czy będzie unia energetyczna?

Szanse na stworzenie unii energetycznej w Europie wydają się niewielkie. Interesy krajów Unii są dzisiaj zbyt rozbieżne, aby zaistniały ku temu odpowiednie warunki.

Komisja Europejska przedstawiła zarys koncepcji przyszłej unii energetycznej w Europie. Za jej stworzeniem mocno optował w ostatnich tygodniach szef Rady Europejskiej Donald Tusk, który wielokrotnie podkreślał, że jednym z jej ważniejszych elementów powinny być wspólne zakupy surowców energetycznych przez kraje unijne. Tusk chciałby, aby Europa stała się jednolitym podmiotem, kupującym potrzebne surowce. W jego ocenie ma to sprawić, że „zwiększy się siła przetargowa” całej UE, co będzie nie bez znaczenia – zwłaszcza w relacjach z Rosją, która jest i nadal będzie największym dostawcą surowców energetycznych dla Europy.

Dobro Unii czy Donalda Tuska?

Ale Donald Tusk, mocno lansując projekt unii energetycznej, będzie chciał ją również przedstawić jako osobisty sukces. Jest to dla niego o tyle ważne, że trzy miesiące, jakie minęły od objęcia przez niego funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej, nie były dla niego zbyt dobrym okresem w politycznej karierze. W połowie stycznia, gdy prezentował Parlamentowi Europejskiemu swoje wnioski z pierwszego posiedzenia Rady Europejskiej pod jego kierownictwem, spotkał się z mocną krytyką. Zaledwie trzy strony konkluzji, jakie wówczas przedstawił, ogólnikowość uwag na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i słaba angielszczyzna tekstu mówiły same za siebie. Właśnie z tych powodów Tuskowi potrzebny jest jakiś medialny sukces, a sprawa założeń do projektu europejskiej unii energetycznej wydaje się ku temu dobrą okazją.

W końcu problem energii jest dzisiaj jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoi Europa. I tego wyzwania nie można już kwestionować. Kraje Unii Europejskiej potrzebują coraz więcej energii, jej ceny rosną, a dostawy stają się coraz mniej niezawodne. Rośnie także uzależnienie Europy od importu surowców energetycznych. Taka sytuacja może w przyszłości jeszcze bardziej zagrażać stabilności gospodarczej krajów Unii. Tak czy inaczej to wielkie wyzwanie już dzisiaj nakazuje przywódcom europejskim, aby poważnie zastanowili się, co powinni zrobić, jeśli idzie o europejską energetykę.

Polski lek na energetyczne zło?

Lekiem na wszystkie problemy energetyczne Europy ma być właśnie lansowana przez Donalda Tuska unia energetyczna. W zasadzie pierwsze pomysły jej stworzenia pojawiły się już kilka lat temu. Niektórzy z europejskich przywódców, jak np. premier Węgier Viktor Orbán, uważają nawet, że unia energetyczna to wyłącznie polski pomysł. O potrzebie realizacji takiej inicjatywy Tusk mówił jeszcze jako premier Polski, proponując sześć zasadniczych filarów takiej wspólnoty. Wymieniał wśród nich: wspólne negocjacje gazowe, inwestycje w infrastrukturę energetyczną (w szczególności gazową), lepsze wykorzystanie własnych możliwości energetycznych (przede wszystkim węgla), wzmacnianie mechanizmów solidarności energetycznej na wypadek rosyjskiego embarga oraz „intensywne otwarcie na innych dostawców energii”.

Oprócz Tuska o unii energetycznej mówili także inni polscy politycy. Głosy te miały ścisły związek z rozwojem sytuacji na Ukrainie i polskim zaangażowaniem w konflikt.

Pod presją Rosji

Siłą rzeczy rozsądek nakazywał pomyśleć także o tym, jakie środki może zastosować Rosja wobec Polski i innych krajów w reakcji na wspieranie przez nie w konflikcie strony ukraińskiej. Biorąc taki właśnie scenariusz pod uwagę, wydaje się oczywiste, że jedną z najbardziej prawdopodobnych reakcji Kremla może być wstrzymanie bądź poważne ograniczenie dostaw rosyjskiego gazu – najważniejszego dla Europy surowca energetycznego, choćby pod pretekstem „prac technicznych” przy rurociągach lub zaległych opłat za tranzyt. Właśnie taka perspektywa nieuchronnie przywołuje sprawę unii energetycznej, która ma w przyszłości zrzeszać wszystkie kraje UE. Jak już wspomniano, miałaby ona wzmocnić pozycję całej unii w jej bojach z Rosją o dostawy do Europy rosyjskiego gazu.

Wielu ekspertów podkreśla, że pomimo trudności warto pracować nad koncepcją unii energetycznej, bo ta idea może zaprocentować w przyszłości. Według szacunków firmy konsultingowej Strategy&, integracja systemów energetycznych pozwoliłaby państwom Unii na zaoszczędzenie do 2030 r. 40 mld euro rocznie. Ale zgadzają się oni również z tym, że tworzenie takiego europejskiego organizmu zajmie wiele lat. I wcale nie jest pewne, czy ostatecznie uda się go zbudować.

Szanse na unię?

Jakikolwiek zarys koncepcji przyszłej unii energetycznej nie zostanie przedstawiony i tak największym problemem będzie brak jednomyślności wszystkich krajów wspólnoty co do konieczności jej tworzenia. Mogliśmy się o tym przekonać przy okazji wizyty prezydenta Rosji Władimira Putina na Węgrzech, w wyniku której strona węgierska miała uzyskać korzystne warunki nowej umowy gazowej z Rosją (ostatecznie decyzja w tej sprawie została odłożona na kilka lat, „aż ustabilizuje się sytuacja rynkowa”). Zaraz po wizycie Putina premier Orbán jasno zadeklarował, że Węgry nie poprą koncepcji unii energetycznej. Powiedział to tuż przed swoją wizytą w Polsce, która w osobie Donalda Tuska jest forpocztą tego projektu. Nie wiemy również, jak na koncepcję utworzenia unii energetycznej zareagują kraje tzw. Grupy Sławkowskiej (Austria, Czechy, Słowacja), które niechętnie patrzą na politykę unijnych sankcji wobec Rosji i wciąż liczą na realizację projektu South Stream. Zachodzi więc obawa, czy i one nie będą chciały pójść drogą Węgier.

Można się także spodziewać, że powstanie unii energetycznej będą blokowały również najsilniejsze kraje UE. Wielu ekspertów podkreśla, że takie kraje jak Niemcy czy Włochy nie zechcą scedować kontroli nad swoją polityką energetyczną na rzecz takiego ciała jak unia energetyczna. A poza tym, takie koncerny jak niemiecki E.ON (budowa sieci elektrowni) czy włoski ENI (partnerstwo z Gazpromem przy South Streamie) są od wielu lat silnie zaangażowane w Rosji i podpisały korzystne umowy na dostawę gazu z tego kraju aż do roku 2035. Na pewno będą one wytrwale naciskać na rządy swoich krajów, aby nie doszło do powstania energetycznej wspólnoty.

Wbrew zasadom

Co gorsza, koncepcja powstania unii energetycznej w wersji, o jakiej mówi przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, jest w gruncie rzeczy sprzeczna z planami Komisji Europejskiej, zakładającymi ograniczenie emisji CO2 w roku 2030 o 40 proc., a w roku 2050 o 80 proc. (w stosunku do poziomu emisji z roku 1990). Wątpliwe jest również to, aby kraje takie jak np. Francja, gdzie energetyka jądrowa jest rozwinięta na niespotykaną nigdzie na świecie skalę, a przed kilkoma laty przyjęto „antyłupkowe” ustawodawstwo, zgodziły się na to, aby w ramach jedności polityki energetycznej Unii dokonano rehabilitacji węgla, czy w ramach projektu dywersyfikacji źródeł energii zdecydowano się na uruchomienie europejskiego projektu wydobycia gazu z łupków – za czym optuje Tusk w swojej koncepcji.

Budowa unii energetycznej może okazać się zbyt trudnym przedsięwzięciem do zrealizowania w ramach UE. Być może po wystawnej prezentacji jej zarysu koncepcyjnego cały projekt zostanie szybko zepchnięty na margines unijnych priorytetów i po jakimś czasie najzwyczajniej w świecie obumrze. Bardzo możliwe jest, że udział poszczególnych krajów w tej wspólnocie będzie dobrowolny, a to przekreśliłoby sens całego projektu.

Autor jest historykiem, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI

Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI