Czy Łódź utonie w długach?

Jeżeli klub z dolnej połówki polskiej ekstraklasy ma porównywalne szanse, aby osiągnąć korzystny rezultat w meczu z FC Barceloną to prawdopodobieństwo, aby duże polskie miasto uniknęło poważnych tarapatów związanych z finansami nie tworzy wesołej sytuacji – przynajmniej nie dla kibiców (licznych również w Polsce) klubu z Katalonii, ale dla polskiego miasta. Jakie to miasto i jaki polski klub?
Otóż po lekturze podstawowych dokumentów związanych z finansami Łodzi (budżet, wieloletnia prognoza finansowa) nachodzi mnie subiektywna refleksja, że prawdopodobieństwo, aby ŁKS, któremu kibicuję od dziecka, powalczył z FC Barceloną, można porównywać z realnością uniknięcia przez Łódź (w okresie do roku 2017) przekroczenia ustawowych progów zadłużenia.

Argumenty na rzecz zaciskania pasa
Przejdźmy do szczegółów. Na koniec 2011 r. zadłużenie Łodzi miało wynieść ok. 1,56 mld zł., co odpowiada ok. 53 proc. rocznych dochodów miasta. Czytając przygotowaną przez władze miasta prognozę na kolejne lata, można odnieść wrażenie, że jej autorzy postawili sobie za cel dostarczenie argumentów ministrowi finansów, dążącemu do zaciśnięcia pasa samorządom, które przyczyniają się do wzrostu zadłużenia całego sektora publicznego. Na koniec roku 2012 zadłużenie Łodzi ma przekroczyć 1,86 mld zł, natomiast w kończącym obecną kadencję władz roku 2014 – ma wynieść ponad 2,46 mld zł. W każdym kolejnym roku do 2014, deficyt Łodzi ma przekraczać 300 mln zł. Można oczywiście próbować bronić tego rezultatu, twierdząc że wynika z planowanego wzrostu wydatków majątkowych (czyli inwestycyjnych), ale po pierwsze, można polemizować czy wszystkie te wydatki mogą realnie przyczynić się do rozwoju Łodzi (ale to może stanowić przedmiot odrębnej analizy), a po drugie, warto przyjrzeć się też założeniom, na których opiera się wynik budżetu.

Wysoki deficyt na rachunek mieszkańców
Władze Łodzi założyły bardzo wysoki deficyt, mimo że spodziewają się dużo wyższych wpływów z podatków i opłat, co oznacza większe obciążenie dla mieszkańców. Tzw. dochody bieżące w roku 2012 mają być wyższe o ponad 8 proc. niż zakładane w budżecie na rok 2011. Osiągnięcie takiego rezultatu należy uznać za przejaw bardzo optymistycznego podejścia. Do realizacji może dojść w przypadku spełnienia kilku warunków. Po pierwsze, gdy wzrost gospodarczy w kraju byłby zgodny z optymistycznym scenariuszem zakładanym przez ministerstwo finansów (tj. kryzys zadłużeniowy w strefie euro zostaje opanowany, Grecja pozostaje w strefie euro, co sprawia, że nie dochodzi do recesji w Eurolandzie, osłabienia złotego itd.). Po drugie, miałby miejsce zakładany, znaczący (ponad 8,5 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem) wzrost dochodów z podatków bezpośrednich, przede wszystkim PIT, które z uwagi na ich wysokość są kluczowe dla budżetu Łodzi. Taki wzrost w dochodach z PIT musiałby oznaczać, że mieszkańcy Łodzi zarabialiby w 2012 r. znacznie więcej lub/i znacznie większa ich liczba znalazłaby zatrudnienie. Aby pracowało więcej Łodzian, wystarczy, że Łódź skusi (choćby warunkami zatrudnienia) mieszkańców innych miast do przyjazdu i zameldowania się właśnie tutaj. Na razie jednak ma miejsce inne zjawisko – miasto niemal z każdym rokiem liczy coraz mniej mieszkańców, bo coraz więcej Łodzian wyprowadza się do miejscowości oferujących lepsze możliwości rozwoju. Teraz, gdy będą podnoszone podatki i opłaty lokalne, więcej mieszkańców może zechcieć „zagłosować nogami”, czyli przeprowadzić się do innych miejscowości, by nie płacić coraz wyższych obciążeń, nakładanych na nich przez władze Łodzi. Należy podkreślić, że również w latach 2013 i 2014 wpływy z dochodów bieżących miasta mają wzrastać powyżej zakładanego wskaźnika inflacji.

Pieniędzy będzie jeszcze mniej
Natomiast, tak jak władze Łodzi są chętne do zwiększania obciążeń finansowych, tak znacznie mniej skłonne są do cięcia wydatków bieżących. W bieżącym roku np. wydatki związane z wynagrodzeniami i naliczanymi od nich składkami mają być o 5,2 proc. wyższe niż w roku 2011. Co więcej, wydatki te są o ok. 20 proc. wyższe niż we Wrocławiu, którego dochody bieżące były w roku 2011 wyższe niż Łodzi. Ponadto niektóre wydatki miasta mogą być wyższe od zaplanowanych, co sprawia, że pieniędzy w budżecie będzie jeszcze mniej. Przykład stanowią wydatki bieżące na obsługę długu, które w roku 2012 mają wynieść ponad 78 mln zł, a w roku 2013 już ponad 100 mln zł i to przy optymistycznym założeniu, że średnia stopa oprocentowania wyniesie 5,5 proc. w skali roku, czyli udostępniający środki finansowe uzyska premię niższą niż 1 p.p. powyżej wskaźnika inflacji w roku 2011.

Gaszenie latarni po zmroku
Do czego może doprowadzić taka polityka finansowa władz miasta Łodzi? Jak już wspomniałem, istnieje poważne zagrożenie przekroczenia limitów ustawowych zadłużenia. Sytuację taką można porównać do spotkania łodzi (statku) z górą lodową, w którym w wyniku zderzenia mogą mocno ucierpieć zarówno pasażerowie (tu: mieszkańcy, którzy będą mocniej jeszcze dociskani podatkami i opłatami lokalnymi), jak i załoga, na czele z dowodzącymi (przekroczenie powinno oznaczać wszczęcie procedury administracyjnej skutkującej wprowadzeniem komisarza). Już w latach 2013 i 2014 wynik budżetu gorszy odpowiednio o ok. 100 i 150 mln zł sprawi, że ustawowy limit zadłużenia zostanie przekroczony. Może wydawać się, że wielomilionowy „bufor” jest wysoki, jednak jeśli weźmie się pod uwagę bardzo optymistyczne założenia dochodowe (oprócz wspomnianych wyżej – bardzo wysoką dynamikę wartości sprzedaży majątku czy założenie, że w roku 2013 osiągnięte zostanie 60 mln zł przychodów z tylko jednej prywatyzacji, które przecież mogą okazać się znacznie niższe w przypadku realnego pogorszenia koniunktury), władze powinny mieć przygotowany plan, aby nie wprowadzać choćby takich środków, z jakich miasto „zasłynęło” w roku minionym, czyli wyłączania latarni po zmroku. Jeszcze gorzej jednak wyglądają perspektywy na kolejne lata, w których dla jednostek samorządu terytorialnego obowiązywać już będzie nowy, indywidualny limit zadłużenia. W roku 2015, zgodnie z prognozą, miasto ma uniknąć przekroczenia limitu ustawowego, znajdując się poniżej poziomu tylko 0,07 p.p., a w roku 2017 o 0,16 p.p. Wynik taki może zostać osiągnięty, gdy w kraju mieć będzie miejsce stabilny wzrost gospodarczy, a miasto bardzo znacząco ograniczy wydatki majątkowe, czyli inwestycyjne, a także nie będzie zaciągać nowych zobowiązań, ponieważ zgodnie z prawem nie będzie mogło sobie na nie pozwolić. Z planu wynika, że w roku 2017 nominalna wartość wydatków majątkowych będzie ponad czterokrotnie niższa niż w roku 2013. Przy takiej prognozie trudno oprzeć się wrażeniu, że w skali miasta mamy do czynienia z polityką finansową jak z epoki Edwarda Gierka. A co dalej?
„Po nas choćby potop”.

Autor jest ekspertem Instytutu Sobieskiego ds. finansów publicznych.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN