Czym naprawdę jest atak spekulacyjny?

Atak spekulacyjny polega na sprzedaniu waluty, kiedy jest droga, i doprowadzeniu do spadku jej kursu. Wtedy spekulant odkupuje sprzedaną wcześniej walutę po niższej cenie. Różnica w cenie to jego zarobek.

W Polsce interwencje walutowe realizuje Narodowy Bank Polski lub Bank Gospodarstwa Krajowego. Interwencja jest właśnie tym, o czym marzą spekulanci atakujący waluty. Bez interwencji atak nie może się powieść, bo na rynku nie pojawiają się pieniądze, które spekulanci mogą zabrać.

W Polsce oficjalnymi powodami interwencji, o których mowa jest zawsze troska władzy o ludzi i firmy zadłużone w obcej walucie, dla których spadek wartości złotego oznacza konieczność płacenia wyższych rat kredytu. Rzadziej wspomina się, że państwo jest także zadłużone w obcej walucie i spadek wartości złotego oznacza wzrost długu w złotówkach (i jego kosztów). Ma znaczenie także efekt psychologiczny. Spadek wartości waluty może być sygnałem dla inwestorów o nadchodzącym kryzysie, bo spadek kursu oznacza większą podaż złotówki nad popytem (kapitał „ucieka”) i jest sposobem na wywołanie paniki.

„Obrona” waluty to zawsze hazard. Dlatego żadna interweniująca instytucja nie potwierdzi publicznie tego faktu. Bank centralny lub inna instytucja finansowa podejmująca się interwencji zwyczajnie wchodzi do kasyna i zaczyna grać pieniędzmi podatników (czyli naszymi). Urzędnicy grają jednak cudzymi pieniędzmi, a więc mają lekką rękę. Poza tym niektórzy z nich zaprzyjaźnieni są z dyrektorem kasyna i chcą przegrać jak najwięcej pieniędzy. Czyli mówiąc otwarcie, jest ryzyko sojuszu interweniujących z zagranicznym kapitałem, tak aby państwowe pieniądze w wyniku interwencji stały się prywatne.

Spekulacje są nieodłączną częścią działań na współczesnych rynkach finansowych. Można powiedzieć, że obecny globalny system finansowy został stworzony po to, aby te mechanizmy wykorzystywać do szybkiego wzbogacania się (i doprowadzania do upadku). Spekulantami są zwykle duże instytucje finansowe i fundusze, działające za pośrednictwem anonimowych rachunków bankowych.

Wstęp do ataku jest następujący: spekulant pożycza w banku walutę kraju, który chce zaatakować, a następnie sprzedaje ją na rynku. Jeżeli przekona do podobnego działania innych graczy, a także wszystkich, którzy mają daną walutę, to jej wartość spadnie.

A ludzi przekonuje się m.in. dzięki mediom. Dlatego analitycy (eksperci, politycy, dziennikarze) powiązani ze spekulantem zaczynają w publicznych wypowiedziach nakłaniać ludzi do pożądanego przez atakującego zachowania (w żargonie spekulantów takie działania nazywa się „masowaniem rynku”). Jeżeli pojawi się „efekt stada” (dużo osób wykona te same transakcje), to do rozbicia banku potrzeba interwencji banku centralnego. Jeżeli zacznie on bronić wartości rodzimej waluty (kupując ją za rezerwy dewizowe), to do puli w naszym w kasynie trafiają dodatkowe pieniądze.

Teraz, aby zgarnąć całą pulę spekulanci muszą tylko zgromadzić więcej pieniędzy niż bank centralny. Nie jest to trudne, bo instytucje żerujące na rynkach finansowych traktują bank centralny jak piranie krwawiącego człowieka.

Gdy bankowi centralnemu zaczyna brakować dewiz, to musi się poddać. To z kolei oznacza podwyżkę stóp procentowych – bank centralny w ten sposób „ściąga” pieniądze z rynku. Spekulanci zarabiają wtedy podwójnie. Po pierwsze na tym, że taniej odkupili wcześniej sprzedaną walutę, a po drugie, bo dzięki wysokim stopom procentowym mogą korzystnie ulokować pieniądze. Bank centralny traci natomiast narodowe rezerwy walutowe, czyli pieniądze obywateli.

W ten sposób George Soros w 1992 r. ograł Bank Anglii i zabrał w jeden dzień brytyjskim podatnikom miliard dolarów. Gdy ten sam schemat powtórzył w 1997 r. grając przeciwko Rosji, to stracił kilka razy więcej. Dlaczego? Bo rosyjski bank centralny nie przystąpił do gry i Soros został z ogromną ilością rubli, które straciły na wartości.

Jest jeszcze jeden wątek, dla którego nasza (ludzka, nie tylko polska) sprzedajna klasa polityczna uwielbia interwencje walutowe. Otóż waga informacji, którą posiadają politycy zaczyna mieć wartość miliardów na rynkach finansowych. Ktoś, kto dziś wiedziałby na 100 proc., że jutro nasz bank centralny sprzeda miliard euro z naszych rezerw, to wykorzystując tę wiedzę zarobiłby wielokrotność kwoty, którą by zainwestował (kupno takiej liczby złotówek doprowadziłoby do wzrostu kursu naszej waluty).

Jan Piński – redaktor naczelny Gazety Finansowej
——

 

 

Jan Piński

Dziennikarz z 18-letnim stażem. Były szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, a także były redaktor naczelny "Uważam Rze". Aktualnie naczelny "Gazety Finansowej" i gf24.pl. Z zamiłowania szachista (były wicemistrz Europy juniorów). Motto: dziennikarz nie pisze co wie, ale zawsze wie co pisze.