Dobry wojak Witkacy

Co ten awans właściwie znaczył?

Uznano, że jest odpowiednio przywiązany do cara, jako oficer jest odpowiednio dobry, więc można go przenieść do korpusu oficerów lejbgwardii. To wymagało decyzji dowództwa lejbgwardii, ale też balotażu. W tajnym głosowaniu wszyscy lejbgwardziści musieli się zgodzić na jego przyjęcie. To był honor, ale przede wszystkim pobory porucznika zwykłego i lejbgwardzisty były inne. Więc po pierwsze oznaczało to wzrost żołdu. Oznaczało też automatyczny awans o jeden stopień w całej armii, ponieważ przechodząc z lejbgwardii do zwykłego pułku oficer awansował o stopień wyżej. Gdy więc Witkacy odchodził z wojska, wpisano mu stopień sztabskapitana. Wnioskuję z tego, że musiał mieć zeszyt, musiały być wpisywane tam opinie, na podstawie których Polaka, cudzoziemca, nie bardzo związanego z rosyjską tradycją, bo przecież on w Rosji przebywał mało, przyjęto do lejbgwardii.

To, co wiemy o Witkacym, stoi w jawnej sprzeczności z tym, o czym Pan w tej chwili opowiada. Niezwykle trudno wyobrazić go sobie jako wzorowego żołnierza, oddanego carowi.

Myślę, że raczej mamy fałszywy wizerunek Witkacego. Kiedy po wojnie prowadził firmę portretową, podróżował po całej Polsce, zarabiając na życie. Był niezwykle zorganizowanym człowiekiem. Nie miał mieszkania, miał niewiele rzeczy, ale był zawsze gotowy do podróży i pracy. Widzimy tylko teatr Witkacego, ale gdy go z niego rozbierzemy, odnajdziemy pracowitego i dobrze zorganizowanego człowieka, ze swoimi fobiami, ze swoimi nawykami, ale i ze swoim niezwykle krytycznym spojrzeniem na świat. Napisał „Niemyte dusze”, ponieważ, jak jeździł drugą klasą – na pierwszą nie było go stać –jego doświadczenie było proste: Polacy bywają mocno niehigieniczni i brudu się nie boją. Jako młodszy oficer odpowiadał za higienę swoich żołnierzy w okopach, a okopy I wojny światowej to było straszne miejsce: błoto, tak zwana stopa okopowa, czyli świerzb atakujący żołnierzy i prowadzący do amputacji nóg, to były tysiące szczurów i myszy, które tam biegały i wszy, niewyobrażalna ilość wszy. W każdym batalionie była tak zwana wszybojka, czyli łaźnia parowa. Młodszy oficer musiał pilnować, żeby żołnierze z niej korzystali, żeby myli się, bo inaczej grozi im amputacja, żeby się pilnowali przed chorobami wenerycznymi, chociaż sam Witkacy się nie upilnował. Przyjechał z Rosji w złej formie, głównie z powodu zaawansowanej rzeżączki. Jest legenda, którą w tej książce wyśmiewam, że służba Witkacego w lejbgwardii, to głównie salonowe dekadenckie rozrywki, brylowanie na carskim dworze, pijackie, narkotyczne i erotyczne orgie.

A to nieprawda?

Nie, bo gdy dotarł do Petersburga, był już rekonwalescentem po bitwie nad Stochodem. Pani wątpi w to, że był dobrym żołnierzem, ale to absolutnie możliwe. Byli tam dużo gorsi od niego oficerowie. Z relacji znamy jedno nazwisko – Aleksander Konge. Witkacy go wspomina, bo był poetą. Ja opisuję jego sprawę. Był niezwykle tchórzliwym i opresyjnym oficerem. Żołnierze go nie szanowali, a on ich ćwiczył jak zwierzęta, traktował ich jak bydło. Kiedy po rewolucji nastąpiła weryfikacja oficerów przez żołnierzy, oni wybrali Witkacego z powrotem swoim oficerem. Sam napisał o tym, że miał słabe zasługi negatywne: nie bił ich po pysku, nie klął po matiuszkie. Pisze o tym z dystansem, ale myślę, że był po prostu ludzkim człowiekiem. Natomiast, jeśli chodzi o sam moment, kiedy się oficer sprawdza, czyli w walce. Witkacy był raz jeden w boju. Kiedy dotarł do pułku, ten był zdziesiątkowany, w drugiej linii okopów, bo musiał się odbudować. Żołnierze oczywiście chodzili na patrole, ale nie uczestniczyli w pierwszej linii w walce pozycyjnej – akurat tworzył się front pozycyjny. Jesienią generałowie przerażeni tym, że lejbgwardia została zdziesiątkowana, postanowili przenieść pułki na tyły, do Galicji, żeby odpoczęły, żeby dosłać nowych żołnierzy, przeszkolić ich i na nowo odbudować siłę bojową. Siedzieli w Podwołoczyskach, gdzie był raj. Były dwa eleganckie domy publiczne, wiemy, w których miejscach się mieściły; nie wiemy tylko, ile było dziewcząt.

I jakiej urody…