Dobry wojak Witkacy

Jest jeszcze jedna tajemnica z tym związana. Dlaczego Witkacy, który wiwisekcyjnie potrafił o swoim życiu pisać, zwłaszcza w listach, pobytowi w carskiej armii poświęcił tylko jeden akapit w „Niemytych duszach”?

Są na ten temat różne opinie. Jedni z jego przyjaciół twierdzili, że nigdy o tym nie chciał opowiadać. Z innych relacji wynika, że ciągle wtrącał różne rosyjskie powiedzonka, anegdotki, opowieści. Prywatnie uważam, że Witkacy nie był zdolny do zanurzenia się w to okropieństwo. Jakoś to przetrawił, choćby w „Pożegnaniu jesieni”, ale nie był w stanie wrócić do własnego wspomnienia, do własnego doświadczenia. Zwłaszcza że był dość biernym uczestnikiem wydarzeń, brał w nich udział na tyle, na ile wymagały okoliczności. Gdy kompania szła, to nią dowodził, ale nic więcej. Nie był też typem, który bez lęku wysyła swoich żołnierzy na śmierć. On się bał i to bardzo wiarygodny obraz dobrego oficera. Wszyscy się boją, żołnierze też, trzeba ten stan opanować i walczyć. Ci, co się nie boją, prowadzą swoich podwładnych na śmierć. Po drugie Polska była Polską legionową, antyrosyjską: i antybolszewicką, i antycarską. Ci, co służyli za cara, nie mieli się czym chwalić, taki był klimat. Wielcy dowódcy jak Haller czy de Henning-Michaelis, którzy dosłużyli się generalskich stopni w armii rosyjskiej, jeszcze jakoś funkcjonowali. Ale już generałowi Grąbczewskiemu, wybitnemu geografowi i podróżnikowi, odebrano w Polsce emeryturę. Witkacy formalnie przystąpił do polskiej roty w Petersburgu, ale ani nie poszedł na wojnę, ani do twierdzy Bobrujskiej, zdemobilizował się sam i nie miał się czym chwalić. To, co mógł opowiedzieć, nie mogło się spotkać z dobrym przyjęciem i być może dlatego milczał.

Krzysztof Dubiński jest autorem książki „Wojna Witkacego, czyli kumboł w galifetach”. ——