Emerytalna beczka prochu. Likwidacja ZUS jedynym ratunkiem?

Największym wyzwaniem dla rządzącej ekipy będzie nie spór o Trybunał Konstytucyjny, lecz problem poradzenia sobie z obniżonym wiekiem emerytalnym.

O minimalnej przewadze, która pozwoliła Andrzejowi Dudzie zasiąść na fotelu prezydenckim zadecydowały szczegóły. Jednym z nich była obietnica kandydata Prawa i Sprawiedliwości, że obniży wiek emerytalny, który w 2012 r. podwyższyła Platforma Obywatelska. Dla mężczyzn ma on wynieść 67 lat do 2020 r., dla kobiet – do 2040 r. Problem jest jednak o wiele poważniejszy, niż mogłoby się wydawać.

Pragmatyzm PO

Fatalna kondycja Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz całego systemu emerytalnego stanowi od wielu lat jeden z głównych tematów obecnych na wokandzie debaty publicznej w Polsce. Ekipa Platformy Obywatelskiej prowadziła w tym zakresie niezwykle pragmatyczną politykę, potrafiąc skutecznie odwracać uwagę społeczeństwa nawet od bardzo niepopularnych decyzji. W czasie drugiej kadencji Sejmu najpierw podniosła wiek emerytalny, aby w 2013 r. w majestacie prawa zabrać pieniądze z Otwartych Funduszy Emerytalnych. Ponieważ polski system ubezpieczeń to dziura bez dna, w 2014 r. zadecydowano nawet o oskładkowaniu dochodów z rad nadzorczych oraz umów zleceń.

Od 2012 r. Platforma Obywatelska planowała oskładkowanie umów cywilno-prawnych (tzw. śmieciowych), lecz spostrzegłszy, jakie konsekwencje przyniosłoby to rozwiązanie na rynku pracy oraz jak bardzo niepopularne byłoby to posunięcie, stopniowo wycofała się ze swoich planów. Wtedy właśnie Donald Tusk zdecydował się na skok na pieniądze z OFE.

Po obniżeniu wieku emerytalnego do stanu sprzed 2012 r. Prawo i Sprawiedliwość będzie musiało sprostać wielkiemu wyzwaniu, którego rozwiązanie będzie wymagało co najmniej tak radykalnych działań jak przesunięcie pieniędzy z OFE do ZUS-u. Radykalizm działań, bez względu na to, czy będą to działania wprowadzające zmianę na lepsze, czy na gorsze, może kosztować PiS utratę władzy.

Relacja liczby osób w wieku produkcyjnym do liczby osób w wieku nadprodukcyjnym od lat zmienia się w negatywnym trendzie. W 2060 r. 1000 pracujących ma utrzymywać aż 772 osób niepracujących, czyli prawie 3 razy więcej niż jeszcze dekadę temu. Andrzej Duda i PiS decydując się na populistyczne obniżenie wieku emerytalnego najprawdopodobniej stwierdzili, iż są w stanie odwrócić negatywną tendencję populacyjną poprzez wprowadzenie równie populistycznego zasiłku w wysokości 500 zł na każde dziecko miesięcznie.

Długofalowe skutki

Jednakże nawet, jeśli ów program faktycznie miałby zwiększyć dzietność Polaków oraz poprawić sytuację demograficzną w Polsce, jego skutki moglibyśmy zacząć odczuwać dopiero za ok. 20 lat, gdy „dotowane” roczniki weszłyby na rynek pracy. Zanim tak się stanie, żyjący obecnie Polacy będą musieli udźwignąć ciężar zwiększonych obciążeń podatkowych, przy pomocy PiS, który musi zrealizować swoją kluczową obietnicę wyborczą. Propozycja ta będzie kosztowała podatników 22 mld złotych rocznie, przyczyniając się do jeszcze większego ciężaru, z którym muszą sobie radzić Polacy.

Zanim nowi, urodzeni pod wpływem dotacji państwowych Polacy wejdą na rynek pracy i zaczną płacić składki, Polska będzie musiała sobie poradzić ze zwiększonym zapotrzebowaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na gotówkę. Uważna obserwacja kroków podejmowanych przez PiS w tej dziedzinie świadczy o tym, że rządząca partia poszła w czasie kampanii wyborczej „na całość”, lecz żadnego konkretnego planu nie ma.

2 grudnia w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita” wiceminister pracy Marcin Zieleniecki zapowiedział nieoczekiwanie pełne oskładkowanie ZUS-u dla każdego rodzaju umowy, czym wywołał niemałą burzę. Szacując koszty obniżenia wieku emerytalnego na 3-7 mld zł rocznie, Zieleniecki spodziewa się ściągnąć w ten sposób do kas ZUS-u dodatkowe 5-8 mld zł. Jak powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”: „Rząd planuje, aby pełne składki na ZUS były płacone przez przedsiębiorców od każdej umowy o pracę, dzieło czy zlecenie. Podobnie w przypadku samozatrudnionych, którzy po zmianach nie będą już uiszczać zryczałtowanej składki ZUS (obecnie 1030 zł), ale zapłacą ją od pełnych przychodów”. W praktyce oznaczałoby to, że każdy przedsiębiorca płaciłby jednocześnie kilka składek ZUS: jako przedsiębiorca oraz od każdej umowy zlecenia, a na dodatek wzrosłaby stawka do opłacenia.

Reakcje na wypowiedź ministra Zielenieckiego były jednoznacznie negatywne, nawet wśród osób stanowiących zaplecze polityczne PiS. Komentatorzy słusznie zwrócili uwagę na to, że taki krok nie tylko spowodowałby masową ucieczkę do szarej strefy oraz jeszcze bardziej masowy exodus młodych Polaków w poszukiwaniu pracy za granicą, co w gruncie rzeczy przyniosłoby zmniejszenie środków napływających do ZUS-u, gdyż zwiększenie obciążeń zlikwidowałoby wiele miejsc pracy oraz przedsiębiorstw, które nie dając zatrudnienia nie zasilałyby także systemu emerytalnego składkami.

Marcin Zieleniecki pospiesznie wydał więc oświadczenie, że propozycja przedstawiona w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stanowiła jego prywatną opinię, a nie oficjalne stanowisko prezydenta czy też PiS. Skoro jednak wcześniej przedstawił ją wraz z konkretnymi rozliczeniami świadczy to niewątpliwie o tym, iż być może obóz rządzący sondował w ten sposób reakcję na konieczność dokonania bardzo niepopularnych zmian.

Zakładnicy socjalnych idei

Prawo i Sprawiedliwość wydaje się dziś zakładnikiem swoich własnych idei, które w wielu aspektach są mocno socjalne. Partia ta upatruje w państwie aktywnego uczestnika w życiu gospodarczym, który przy pomocy rozmaitych programów redystrybucyjnych ma za zadanie kształtować społeczeństwo. Socjalne przekonania liderów obozu rządzącego sprawiają, że najprawdopodobniej nie zdecyduje się on nigdy na daleko idącą liberalizację systemu ubezpieczeniowego w Polsce, który z racji braku urynkowienia pozostaje jednym z najgorszych systemów emerytalnych w krajach rozwiniętych. Jeśli jednak Jarosław Kaczyński i jego najbliższe grono doradców z racji swoich ideowych przekonań nie chcą liberalizacji systemu emerytalnego, wcześniej czy później czeka ich wielkie finansowe trzęsienie ziemi o trudnych do przewidzenia skutkach.

W obecnej sytuacji najbardziej prawdopodobna wydaje się próba przerzucenia ciężaru utrzymania ZUS-u na budżet państwa, który w okresie spełniania obietnic wyborczych jest już dość napięty. Dopłaty do ZUS-u wynoszą obecnie ok. 80 mld zł i sytuacji nie polepszyło nawet przejęcie 100 mld zł z OFE. Jeśli więc PiS chce uniknąć przerzucenia kosztów utrzymywania ZUS-u bezpośrednio na m.in. samozatrudnionych oraz młode osoby, musi jeszcze bardziej obciążyć podatkami polską gospodarkę, która właśnie z powodu wysokich obciążeń traci na konkurencyjności wobec
innych krajów.

Polski rynek pracy może zareagować na dodatkowe obciążenie podatkami jeszcze większymi problemami, czyli np. jeszcze większym udziałem umów cywilnoprawnych, wyższą stopą bezrobocia, czy też, pogłębieniem się zjawiska ucieczki młodych za granicę. Jeśli jednak PiS kreuje się na partię broniącą interesów zwykłych ludzi w konfrontacji z wielkim biznesem powinien mieć świadomość, że na ewentualnym pełnym oskładkowaniu wszystkich umów najbardziej ucierpieliby właśnie ludzie młodzi, mało zarabiający oraz mali i średni przedsiębiorcy, którzy mają być przecież oczkiem w głowie nowego rządu. Ze zwiększonymi kosztami zatrudnienia najłatwiej poradziłyby sobie wielkie firmy z międzynarodowym kapitałem, które zresztą najpewniej zwinęłyby część swojej działalności w Polsce i przeniosłyby się do innych krajów, zostawiając w Polsce wielkie bezrobocie i jeszcze większą dziurę w finansach ZUS-u.

Sztandarowe projekty programu gospodarczego PiS obejmują m.in. nowy podatek od aktywów bankowych, podatek od sklepów wielkopowierzchniowych, czy też uruchomienie środków z NBP na potrzeby inwestycyjne małych i średnich przedsiębiorstw. Wydaje się jednak, że wpływy z tego typu podatków oraz spodziewane zwiększone wpływy budżetowe z racji rozkręcenia działalnosci rodzimych przedsiębiorstw nie będą w stanie zrekompensować pogłębiającej się otchłani finansowej polskiego systemu emerytalnego. Deklarowana przez polityków PiS chęć uszczelnienia systemu podatkowego przy braku jednoczesnej zdecydowanej obniżki obciążeń podatkowych stawiają pod znakiem zapytania to, czy rozchwiany przez obietnice wyborcze program gospodarczy PiS został na pewno dobrze przemyślany.

Prawo i Sprawiedliwość zachowałoby się najbardziej odpowiedzialnie, gdyby zdecydowało się na kroki idące w kierunku likwidacji ZUS-u oraz dobrowolności odkładania składek. Jako partia, której społeczeństwo powierzyło samodzielną kontrolę nad krajem, powinna wykorzystać obecną sytuację do tego, aby dokonać niepopularnych, lecz jakże potrzebnych zmian. W ten sposób odciążono by budżet państwa, obniżono by koszty pracy oraz sprawiono, że idące w miliardy złotych środki nie byłyby co roku marnotrawione na instytucję, która stanowi największy ciężar dla polskiej gospodarki. Taki krok wymagałby jednak od rządzących choćby chwilowego powstrzymania się od przyglądania się sondażom wyborczym, co w obecnych warunkach wydaje się raczej mało prawdopodobne.

W jednym z wywiadów udzielonych jeszcze przed wyborami prezydenckimi Jarosław Kaczyński zapytany o to, skąd weźmie pieniądze na wypłatę wcześniejszych emerytur odpowiedział, iż w polskim systemie finansowym są na to pieniądze, lecz obecnie wypływają one za granicę. Największym problemem polskiej gospodarki nie jest jednak ucieczka zarobionego w Polsce kapitału za granicę, lecz ograniczone możliwości jego gromadzenia, za co odpowiedzialne jest przede wszystkim polskie państwo, a nie obce firmy. Gdyby nie swoboda w przepływie kapitału, Polacy nie mogliby zresztą przesyłać do kraju zarobionych za granicą pieniędzy i ratować tym samym dochodów ciemiężonych przez fiskusa rodaków, którzy zostali w kraju.