Filarem państwa polskiego jest złodziejstwo wobec własnych obywateli

Wywiad z Rafałem Wójcikowskim, doktorem nauk ekonomicznych, wykładowcą akademickim, posłem.

 

Gazeta Finansowa: Kilka dni temu krytykował Pan założenia projektu ustawy dotyczącej wprowadzenia darmowych leków dla wszystkich seniorów. Co w tym projekcie budzi Pana sprzeciw?

 

Rafał Wójcikowski: Przy ustawie 500+ rząd bardzo usilnie nie chce odpuścić kryterium dochodowego przy pierwszym dziecku, a w przypadku darmowych leków o kryterium dochodowym nawet nie chce słyszeć. To niekonsekwencja. Nie ma kryterium dochodowego przy drugim czy trzecim dziecku. Tylko przy pierwszym. Dlaczego PiS przeszkadzają pierwsze dzieci i nie przyznaje im świadczenia, kiedy dochód na osobę przekracza 800 zł, a w przypadku leków nie ma znaczenia, jaki dochód ma rodzina? Uważam zestawienie tych dwóch rzeczy za brak logiki i rażącą niesprawiedliwość.

 

Czy wprowadzenie darmowych leków dla seniorów jest dobrym pomysłem?

 

Jest wiele rozwiązań, jakie można zastosować. Rozumiem intencje rządu – świadczenia naszych emerytów są tak niskie, że schorowani ludzie, którzy potrzebują leków, aby żyć, nie mogą ich sobie kupić. Rozumiem, że powinna być jakaś „furtka”, umożliwiająca tym ludziom dalsze przeżycie (bo niewykupywanie leków prowadzi w dłuższej perspektywie do śmierci). Intencja jest słuszna. Nie wiem natomiast, czy najlepsze jest takie rozwiązanie, w którym lekarz rodzinny wypisuje darmowe leki. Może lepszym wyjściem z tej sytuacji byłby bon na leki? Nie może być jednak tak, że czy się stoi, czy się leży, to powyżej pewnego wieku darmowe leki się należą, bo to nie rozwiązuje istoty problemu. W takiej formie pieniądze dostaną też osoby, które bez problemu mogą wykupić leki i te, którym leki nie są potrzebne.

 

Krytykował Pan również program 500+. Jaka może być alternatywa dla tego programu?

 

Zaproponowaliśmy koncepcję ujemnego podatku dochodowego. Czyli zwrotu w podatkach. A jeżeli tego podatku nie ma, to po prostu państwo dopłaca pieniądze – ale nie w 100 proc. tylko 75 proc. Naszym zdaniem zlikwidowałoby to rozrost biurokracji, z którym wiąże się 500+, oraz zmotywowałoby ludzi do pracy. Powinny być dwa kryteria: nie tylko posiadanie dzieci, ale i to, czy ktoś pracuje. Kto pracuje, tworzy dochód narodowy, ten się stara. W długim terminie program, który nie jest związany z pracą powoduje, że ludzie zaczynają kalkulować. Czy pracować, czy wyliczyć dochód tak, aby się załapać na świadczenie. Wiele rodzin stanie w listopadzie przed dylematem: czy brać dwa miesiące bezpłatnego urlopu, czy też pracować, a potem nie dostać świadczenia. Taki dylemat jest szkodliwy dla gospodarki i społeczeństwa.

 

Wspominał Pan również o sprowadzaniu imigrantów z Ukrainy czy Białorusi. Czy rzeczywiście są oni alternatywą i czy ich praca przyniesie niezbędne wpływy do budżetu?

 

Jeżeli program 500+ nie przyniesie sukcesu demograficznego, albo demografia drgnie tylko nieznacząco, to jedyną alternatywą będzie sprowadzanie imigrantów. Ale skąd? Jedynymi, którzy się u nas asymilują, którzy chcą do nas przybywać są ci ze Wschodu: z Ukrainy czy nawet z Rosji  – zważywszy na dewaluację ich waluty. Tamta strona jest chętna, a kulturowo i językowo jesteśmy podobni – co jest pewnym atutem.

To znacznie gorsze rozwiązanie od pobudzania demografii, ale trzeciego wyjścia nie ma. Inaczej grozi nam katastrofalne zestarzenie się społeczeństwa i wymieranie narodu. To żadna alternatywa.

 

Wiele osób ma wątpliwości, czy praca Ukraińców przyniesie wystarczające wpływy do ZUS-u.

 

Pod kątem rozwiązań zusowskich być może to niewiele da, ale jednak pod kątem gospodarki już tak. Czasy, kiedy Polska nie ma problemów z podażą siły roboczej na rynku niebawem się skończą. Wkrótce zacznie brakować rąk do pracy. Potrzebni będą nawet pracujący na czarno Ukraińcy. Dzisiaj spada znacząco bezrobocie, ale jest to niekorzystny efekt działania demografii. Przechodzimy z okresu, gdy wyż demograficzny był tak wielki, że starczało na rynek polski i na emigrację do Londynu, do okresu, kiedy to podaż będzie rządziła na rynku. A nastawienie Polaków do posiadania dzieci ciężko zmienić.

 

Jak Pan ocenia propozycję wprowadzenia emerytur obywatelskich?

 

Propozycja emerytury obywatelskiej polega mniej więcej na tym, że nie będziemy już Polakom nic więcej obiecywać niż absolutne minimum, a i tak zagonimy ich do płacenia podatków na mniej więcej takim samym poziomie, co obecnie. To obdarcie ludzi ze złudzeń, ale nie dając im nic w zamian.

Katastrofa systemu ubezpieczeń społecznych, spowodowana zapaścią demograficzną, jest najpoważniejszym problemem, jaki mamy do rozwiązania. Nie jestem wielkim zwolennikiem wprowadzenia emerytury obywatelskiej. Ludzie, którzy przez lata płacili horrendalne składki, a na koniec dostaną tyle co ci, którzy starali się płacić je jak najniższe, będą czuli się oszukani. To jest demoralizujące. Nie można pokazywać, że uczciwe płacenie podatków było frajerstwem.

 

Jakie decyzje powinien podjąć rząd w zakresie reformy systemu emerytalnego?

 

Rozwiązaniem byłoby zlikwidowanie ZUS-u. Jego rolę powinien przejąć urząd skarbowy – ma on wystarczające dane o podatkach i wiedzę o naszych składkach i dochodach. Emerytura natomiast powinna zależeć od dwóch rzeczy. Od tego, ile podatku w życiu zapłaciliśmy – urząd skarbowy jest w stanie to zweryfikować – oraz tego, ile mamy dzieci. Ten, kto ma liczniejszą rodzinę, powinien mieć większą emeryturę, ponieważ potomstwo jest pewnym parapodatkowym wkładem w rozwój społeczeństwa. Po prostu ci, którzy mają dzieci, przyczyniają się do rozwoju społecznego kraju. Ci, którzy ich nie mają, ustawiają się w roli kogoś, kto konsumuje, a nic z siebie nie daje. Należy podjąć zarówno debatę o likwidacji ZUS-u, jak i o tym, czy emerytury nie powinny być odgórnie ograniczone.

Często przywołuje się argument, że emerytura jest prawem nabytym i nie powinno się jej ograniczać, ale pamiętajmy, że emerytury płacone są z bieżących składek. „Solidarność społeczna” powinna polegać na tym, że zarówno ci, który dzisiaj pracują i płacą składki, jak i ci, którzy są na emeryturze i dostają mniejszą emeryturę – aby solidarnie dźwigali ciężar upadku systemu ubezpieczeń społecznych. Nie może być tak, że tylko młode pokolenie dźwiga ten ciężar i coraz wyższe składki. Solidarność działa w obie strony. Dziś tylko w jedną.

 

Czy rząd powinien podnieść kwotę wolną od podatku?

 

Kwota wolna od podatku powinna być wysoka. Nawet Trybunał Konstytucyjny, którego nie jestem szczególnym zwolennikiem, przyznał, że kwota wolna od podatku powinna być wyższa. Wynika z tego, że podatek dochodowy w Polsce jest pobierany niesprawiedliwie, po prostu jest zbyt wysoki. Skoro tak, to jaki jest w Polsce system podatkowy, skoro jego stabilność opiera się na złodziejstwie? Państwo od wielu lat łamie konstytucję i pobiera zbyt wysokie podatki. Gdyby pobierało podatki zgodnie z konstytucją, toby zbankrutowało? To oznacza, że filarem i fundamentem istnienia państwa polskiego jest złodziejstwo stosowane wobec własnych obywateli. Straszny wniosek. Nie powinniśmy się zastanawiać, czy kwota wolna od podatku powinna być wyższa czy nie, tylko powinniśmy ją najszybciej wprowadzić. Dziś te pieniądze są kradzione obywatelom, niezgodnie z konstytucją.

To samo jest z kredytami frankowymi. Mówimy, że kredyty we franku były niesłusznie pobierane, skonstruowane i obywatelom należałoby oddać większość pieniędzy, a z drugiej strony słyszymy argument, że jeżeli każemy oddać bankom te pieniądze, to one zbankrutują. Banki opierają swoją dotychczasową działalność jedynie o kredyty w franku? To też jest coś nienormalnego. Tak jak system finansów publicznych jest oparty o złodziejstwo w zakresie kwoty wolnej od podatku, to – możemy wciągnąć taki wniosek – system bankowy oparty jest o złodziejstwo oparte na kredytach frankowych, bo gdyby nie ich nie było, system bankowy by zbankrutował.

Warto się zastanowić, jak nasze państwo ma dalej funkcjonować, skoro opiera się na złodziejskich procedurach, niezgodnych z konstytucją, niezgodnych z prawem.

 

Ministerstwo Finansów chce obniżenia limitu transakcji gotówkowych między firmami z obecnych 15 tys. euro do 15 tys. złotych. Jaki będzie efekt tej zmiany?

 

Państwo idzie w kierunku wprowadzenia większego zamordyzmu. To, że chce obniżyć limit to jedno, ale wprowadzone mają być i inne rozwiązania. Jeżeli przedsiębiorca dokona transakcji gotówkowej bez pośrednictwa banku (np. przelewem), to nie będzie mógł tego wliczyć do kosztów uzyskania przychodu. To jest kolejny element stworzenia państwowego systemu, zmierzającego do ustanowienia całkowitej kontroli nad przedsiębiorcą. Jest on dziś traktowany jak złodziej, którego trzeba sprawdzać na każdym kroku. Na dłuższą metę takie podejście będzie prowadziło jedynie do zniechęcenia ludzi do prowadzenia jakiejkolwiek działalności gospodarczej. To jest niedopuszczalne. Dlatego też, że ci, którzy będą mogli uciec w szarą strefę, tym bardziej się tam znajdą, a ci którzy rozważają zalegalizowanie swojej pracy, tym bardziej jej nie zalegalizują.

 

Jak Pan ocenia tzw. klauzulę obejścia prawa? Czy przedsiębiorcy mają się czego bać?

 

Państwo przyznaje, że stworzyło prawo, którego samo nie jest w stanie egzekwować, wobec czego ustawia się ponad prawem. Będzie subiektywnie decydować. To będzie działało jak domiar za socjalizmu. Może państwo wykorzysta to wobec wielkich korporacji międzynarodowych, zmusi je do płacenia należnych podatków w Polsce…, ale wątpię w to. Raczej państwo będzie się wykazywać w stosunku do małych przedsiębiorców, których łatwo ukarać.