Geoekonomia głupcze! Kryzys obnażył działania mocarstw

Kreślony przez współczesnych ekspertów „nowy polityczny kręgosłup Europy”, czyli oś Paryż- Berlin-Moskwa, stał się także główną platformą przepływu kapitałowego starego kontynentu. Bardzo często ma ona jednak niewiele wspólnego z zasadami wolnego rynku służąc realizacji politycznych interesów państw narodowych ponad Wspólnotą Europejską.

Państwo narodowe to w dobie integracji europejskiej czy globalizacji niemodne określenie, którego użyłem celowo. To na jego poziomie realizowana jest geoekonomia: współczesne połączenie polityki i inicjatyw gospodarczych, obliczone na osiągnięcie partykularnych interesów poszczególnych państw.

Współczesny sojusz „ołtarza i tronu”
Wspomaganie instytucji pogrążonych w kryzysie finansowym środkami budżetu państwa w pełni obnażyło ten proceder, mający więcej wspólnego z merkantylizmem niż z „niewidzialną ręką rynku”. Związane z „nowym kręgosłupem Europy” francuskie i niemieckie banki finansowały Grecję, dziś są zagrożone jej ewentualnym bankructwem. Gwałtowna i niekontrolowana niewypłacalność Aten uderzyłaby mocno w fundamenty finansowe tych instytucji, na szczęście z pomocą pospieszyli im politycy. Powyższy układ bardzo często można zaobserwować w odwrotnej kolejności, wedle której podmioty gospodarcze stanowią pierwszą falę penetracji politycznej państwa na obcym rynku. Pojęcie obcego rynku w obecnych realiach zastępuje bowiem klasyczny termin „strefy wpływów”, alians prezydentów i premierów z dyrektorami spółek to natomiast współczesny sojusz „ołtarza i tronu”. To ofensywny rewers pakietów pomocowych związanych z kryzysem ekonomicznym, drugie dno realizowane w dobie kryzysu kosztem „niewidzialnej ręki rynku”. W tym kontekście nie bez podstaw Lilia Szewcowa (znany, rosyjski politolog) określa system polityczny Rosji mianem korporacjonizmu.

Nic za darmo
Pomimo kryzysu finansowego i rozprzestrzeniania się „greckiej choroby” na inne państwa (Portugalia, Hiszpania, Włochy etc.), banki wywodzące się z „nowego kręgosłupa Europy” przygotowały swój plan „ratunkowy” także dla Białorusi. Oczywiście nic za darmo! Ateny musiały zacisnąć pasa i dla zasypania własnego długu rozpocząć proces prywatyzacyjny (mówiło się nawet o sprzedaży greckich wysp), Mińskowi polecono to samo – w trosce o dobro rynku. Nie od dziś wiadomo, że prywatyzacja to element łączący rosyjski wielki biznes i włodarzy kremla, to esencja odbudowywania wpływów nad Świsłoczą, a szerzej w całej przestrzeni postsowieckiej. Oczywiście Moskwa nie jest wyjątkiem, a geoekonomię praktykują dziś niemal wszystkie liczące się kraje na starym kontynencie. Niemiecki Deutsche Bank i rosyjski Sbierbank w tym roku zamierzały pożyczyć koncernowi Biełaruśkalij 2 mld dol. w ramach kredytu inwestycyjnego, pod zastaw 35 proc. akcji tej firmy. Pakiet akcji przewyższył kwotę pożyczki, Łukaszenko mimo ciężkiej sytuacji finansowej odmówił. Koncern to perła w koronie białoruskiej gospodarki, zamieszanie wokół niego w pewnym sensie obrazuje trend całego rynku, nad którym – w dobie kryzysu – kontrolę starają się przejąć mocarstwa. Na ich czoło szybko wybiła się Rosja.

Uderzenie w polskie interesy
18 listopada br. prezesi Sbierbanku i Euroazjatyckiego Banku Rozwoju (oba kontrolowane przez FR) podpisali w Mińsku porozumienie w kwestii przyznania koncernowi Biełaruśkalij kredytu w wysokości 1 mld dol. Kredyt został zabezpieczony 51 proc. udziałów rafinerii Naftan. Kwestię tę należy powiązać z budową przez Rosjan nowej rafinerii w Estonii, która utrudni polskiemu Orlenowi (kontrolującemu Możejki) sprzedaż swoich produktów na rynku bałtyckim. Rynek ten to bowiem pole konkurencji zakładów rosyjskich, Możejek, estońskiej rafinerii w Porvoo oraz białoruskiego Naftanu w Nowopłocku. Ewentualne przejęcie Naftanu przez kapitał rosyjski, w połączeniu z budową nowej rafinerii w Estonii i próbą kupna (bądź sabotowania) Możejek, daje nam pełny obraz sytuacji „wolnego” rynku krajów należących do Unii Europejskiej. Nie to jest jednak najważniejsze…

„Niewidzialna dłoń” polityków
Kwestia ruchów polityczno-ekonomicznych toczących się wokół koncernu Biełaruśkalij i Sbierbanku obrazuje nam, w jaki sposób współczesne państwa realizują swoje interesy geoekonomiczne. Łukaszenka wykorzystuje swoją perłę w koronie do pozyskiwania kredytów, Putin za pomocą swojego banku próbuje uzależnić od Rosji – Białoruś (Sbierbank wykupił także emitowane przez Mińsk euroobligacje), a szerzej rynek surowcowy krajów bałtyckich. Geoekonomia nie jest z pewnością strategią przyświecającą twórcom Unii Europejskiej. W ich zamyśle wolny rynek miał zapewnić Staremu Kontynentowi pokój i dobrobyt. „Niewidzialna dłoń” w przeciwieństwie do merkantylizmu, który przekładał się na wzrost konfliktów kontynentalnych (zgodnie z zasadą: poziom handlu jest stały – zwiększenie handlu jednego kraju wiążę się z odebraniem go drugiemu), miała koncentrować agresywną konkurencję w ramach podmiotów prywatnych a nie państw. Tymczasem wolny rynek Unii na naszych oczach ewoluuje w stronę geoekonomii. Geoekonomia to natomiast kontrola nad kluczowymi technologiami, sektorami rynku, dystrybucją produktu, które obdarzają władzę oddziaływania na gospodarkę światową. Czy ten trend zwiększy ryzyko konfliktów konwencjonalnych? Być może to właśnie miał na myśli minister Rostowski mówiąc o wojnie i zielonych kartach dla swoich dzieci w Parlamencie Europejskim?

 

Autor jest współpracownikiem Instytutu Jagiellońskiego ds. państw WNP i redaktorem naczelnym portalu PolitykaWschodnia.pl