Ile Polskę kosztował neoliberalny szok bez terapii

W obliczu braku rzeczowej dyskusji o tzw. szokowej terapii – nie tylko w opiniotwórczych mediach, lecz, o zgrozo!, również w kręgach profesjonalnych – przytaczam krótki fragment książki „Droga do teraz” (http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,71 473). Warto przeczytać, bo to oczy otwiera w czasach, gdy nachalna propaganda nadwiślańskiego neoliberalizmu wciąż wychodzi z założenia, że stukrotnie powtarzane kłamstwa staną się prawdą. Otóż nie, gdyż obiektywne fakty i ich rzetelna interpretacja muszą wziąć górę. Wystarczy porównać, co tzw. plan Balcerowicza zakładał, a co stało się wskutek jego błędnej i szkodliwej polityki, jak również dostrzec, jak zasadniczo odmienne i korzystne rezultaty przyniosło późniejsze odejście od tamtej fatalnej linii.

Okazuje się wszak, że nawet druzgocąca merytoryczna krytyka popełnionych błędów koncepcyjnych i realizacyjnych nie wystarcza, aby ich autorzy przyznali się do nich i usunęli na bok. Byli i są tacy – jak chociażby Jacek Kuroń, czy profesorowie Witold Modzelewski i Marcin Król – którzy te błędy zrozumieli i potrafili się walnąć w piersi, posypać głowę popiołem czy nawet puknąć w czoło, w pewnym spektakularnym przypadku nawet przyznając publicznie, że „byli głupi”. Jednakże dogmatyków i doktrynerów, z jednej strony, i partykularnych beneficjentów społecznie i makroekonomicznie szkodliwych reform i wadliwej polityki, z drugiej, to przerasta. Więc nadal wierzgają, w czym skrzętnie ich wspierają niebezinteresownie przecież, niektóre media. Cóż, jak już kilka razy powiedziałem, rynek nie eliminuje nieuczciwości, a demokracja nie wyklucza głupoty. Potrzebne jest jeszcze coś więcej: głęboka kultura i duża wiedza.

OKLADKA_Droga_do_teraz

Dla ilustracji zasadniczych faktów odnoszących się do dynamiki produkcji i bezrobocia w trakcie minionych lat polskiej transformacji gospodarczej, przytaczam wykres, który pokazuje marność nie tylko okresu szoku bez terapii na początku lat 90., lecz także fatalne końcowe lata tamtej dekady. Wtedy to wskutek pozbawionego sensu przechłodzenia zdołowano polską gospodarkę, doprowadzając ją do stagnacji poprzez źle nakreślone cele i raz jeszcze opieranie się na fałszywej teorii ekonomicznej. Nie można nie pamiętać, że autorem tamtej wpadki był sprawca nadmiaru wcześniejszych zbytecznych szoków i niedostatku terapii. To zdołowanie nastąpiło po tym, jak zostawiłem gospodarkę na wiosnę 1997 r. z rekordowym podczas minionego z górą ćwierćwiecza tempem wzrostu PKB aż o 7,5 proc., do tego bowiem doprowadziła pomyślna realizacja „Strategii dla Polski”, którą przygotowałem i realizowałem pro publico bono jako wicepremier i minister finansów. A była pomyślna, gdyż nie mylono środków polityki z jej celami i oparto się na poprawnej teorii ekonomicznej, na nowym pragmatyzmie jak to ostatnio określam (więcej vide „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości” http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,66 008).

Droga do teraz

Prof. Paweł Kozłowski: Powstał i objął władzę rząd Tadeusza Mazowieckiego, który zaczął wprowadzać rękami Leszka Balcerowicza zmiany w gospodarce metodą tzw. terapii szokowej. (…) Wcześniej doradzał w sieci „Solidarności”, no i wraz z małym zespołem przygotował pewne propozycje reform zmierzające w kierunku rozwoju samorządności pracowniczej w przedsiębiorstwach państwowych, ale potem się od tego odwrócił, sam sobie z neoliberalnych pozycji zaprzeczając. Dziś zapewne nie chce o tym już pamiętać, ale pracował też w słynnej partyjnej „Marlenie”, w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym „komunistycznej” partii PZPR. Profesor Kowalik w swojej książce nie omieszkał wypomnieć mu, że postarał się tam o przydział na samochód i mieszkanie poza kolejką.

Prof. Grzegorz W. Kołodko: Być może. Natomiast późnym latem i jesienią 1989 r., koncentrując się na nowych możliwościach, przyjęto – i słusznie – że w sytuacji radykalnego przełomu politycznego, kiedy kończy się stara władza, a nadchodzi nowa, polskie społeczeństwo zaakceptuje rzeczy, które wcześniej były nie do pomyślenia. Zapanowała euforia.

Czyli nastrój społeczny sprzyjał nieprawdopodobnie szerokiemu zakresowi twardych, społecznie dokuczliwych decyzji.

– To było nadużycie władzy, graniczące z politycznym występkiem w myśl idiotycznego skądinąd powiedzenia: „jak nie bije, to nie kocha”. „Solidarność” niby kochała naród, ale ta jej część, która przejęła władzę, tak mu przyłożyła, że wpędziła kraj w nadmierną transformacyjną recesję i nową fazę kryzysu. To był wielki zawód ludu pracującego – i od tamtego czasu również niepracującego – miast i wsi, który potem, w trakcie minionego ćwierćwiecza, jeszcze się zwielokrotnił i wzmocnił. Kiedyś – bo okazuje się, że 25 lat to za mało – historia uzna, że nikt tak nie oszukał robotników jak ta robotnicza niby-„Solidarność”. Świadomość tego faktu jest coraz powszechniejsza, co znalazło wyraz choćby przy okazji stołecznych manifestacji we wrześniu 2013 r. Takich tłumów Warszawa nie oglądała, nie licząc pielgrzymów podczas papieskich wizyt, od czasów pochodów 1 Maja. Tylko wtedy demonstrowano „za”, a teraz „przeciw”.

Pojawiają się także obrachunkowe wypowiedzi, chociażby takie jak bardzo – jeszcze bardziej niż ja – krytyczna dla błędów tamtego okresu książka historyka i prominentnego działacza „Solidarności”, profesora Karola Modzelewskiego, zatytułowana od wiersza Włodzimierza Majakowskiego „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” czy obszerny wywiad, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” filozof i historyk idei, także działacz solidarnościowy, profesor Marcin Król, pod jakże wymownym tytułem „Byliśmy głupi”. Kto był, ten był. My nie byliśmy.

Przestrzelenie stabilizacji w latach 1989–91

Jacek Kuroń poszedł dalej, gdy powiedział: „Byłem człowiekiem odpowiedzialnym za nowy ład w tym kraju i muszę powiedzieć: Przepraszam Państwa, spiep… to”. Tyle że nie on to „spiep…”, tylko autorzy tzw. terapii szokowej. Pan dowiódł, że przed ćwierćwieczem skala recesji była nadmierna. (s. 85-88) (…) wprowadził Pan do polskiej literatury ekonomicznej pojęcie „przestrzelenia programu stabilizacyjnego”. Co zostało „przestrzelone”?

– Fundamentalnym błędem systemowym było zaniechanie powszechnej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, co zostało naprawione dopiero parę lat później, już w ramach Strategii dla Polski. Ówczesna ekipa i jej doradcy bynajmniej nie uważali tego za błąd – co ciekawe, z wyjątkiem Jeffreya Sachsa – gdyż obstając przy ideologicznym założeniu, chcieli osłabiać sektor państwowy, aby poprzez dyskryminacyjne opodatkowanie płac uzyskać społeczne przyzwolenie na jego szybką prywatyzację. Należało natomiast z prawnego punktu widzenia przekształcić wszystkie przedsiębiorstwa państwowe w jednoosobowe spółki Skarbu Państwa, a z ekonomicznego usamodzielnić je w pełni i wystawić na twarde ograniczenia budżetowe w ramach rynkowej gry, podobnie jak sektor prywatny.

Natomiast zasadniczym błędem samego programu stabilizacyjnego było przede wszystkim radykalne podniesienie stóp procentowych także w odniesieniu do starych kredytów bankowych. Należało to zrobić – choć też nie przesadnie – „do przodu”, ale nie „do tyłu”. Tymczasem już istniejące zadłużenie zostało oprocentowane w stopniu, którego zdecydowana większość przedsiębiorstw po prostu w istniejących realiach nie była w stanie wytrzymać. Po drugie, ewidentnie został „przestrzelony” popiwek, który w pierwszym miesiącu został ustalony na poziomie 0,2, potem 0,3, a następnie 0,6 współczynnika korekcyjnego. Podatek od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeń był gwarowo określany jako gilotyna, bo ciął ostro. Stosowany był w sposób dyskryminacyjny wyłącznie wobec przedsiębiorstw państwowych, co było motywowane nie tylko pragmatycznie, lecz i ideologicznie.

Instrument ten działał w taki sposób, że wolno było podnosić płace tylko o pewną frakcję stopy inflacji. Wskutek uwalniania cen i ich administracyjnych podwyżek w styczniu 1990 r. skoczyły one w górę aż o mniej więcej 60 proc. w porównaniu do grudnia 1989 r., a współczynnik popiwku wynosił 0,2. To znaczy, że płaca nominalna mogła wzrosnąć tylko o 12 proc. Wskaźnik kosztów utrzymania w tym miesiącu wynosi 160, a poziom dochodów nominalnych 112, a więc statystyczna płaca realna spada o zaiste szokowe 30 proc. [(112/160 x 100) – 100 = –30]. To było ogromne „przestrzelenie” programu stabilizacyjnego, bo można było osiągnąć zamierzony cel dużo mniejszym kosztem.

Rozumiem, że chodzi tu nie tylko o dosłowne koszty, w znaczeniu ekonomicznym, lecz także o koszty społeczne.

– Tak, jak najbardziej. Co zdumiewające, niektórzy neoliberalni ekonomiści, jak na przykład Jan Winiecki czy Adam Lipowski, uważają, że w ogóle to nie ma znaczenia, bo to żaden spadek płac realnych, gdyż ludziom odbiera się tylko fikcyjne płace. Tak, to nie jest spadek realnych płac, z jakim mamy do czynienia w klasycznym przypadku otwartej inflacji cenowej, kiedy to wzrost cen, obniżając siłę nabywczą płac, na bieżąco równoważy nominalne strumienie popytu i podaży. Faktycznie określona szerokością luki inflacyjnej część płac nie znajdowała pokrycia w masie towarowej i tak czy inaczej nie mogła być wydana, a więc po częściowej liberalizacji cen mieliśmy do czynienia z urealnianiem płac w tym sensie, że teraz już można było za nie coś kupić. Z czysto statystycznego punktu widzenia płace realne spadły jednak w całym 1990 roku o zatrważające 40 procent. Realnie zaś biorąc, wydatki konsumpcyjne zostały zredukowane na mniejszą, ale wciąż na ogromną – i większą, niż było to nieuniknione – skalę. Był szok, i to spory; nie starczyło tylko terapii… Cały ten zabieg polegał na tym, że to przecież nie „półki się zapełniły”, tylko „kieszenie stały się puste”. Na ulice wychodziło mniej ludzi, mniej strajkowano niż uprzednio, bo ludziom agresywnie wmawiano, że „nie macie alternatywy”. To był już początek schyłku „Solidarności”, no bo przecież „miało być inaczej”.

Mylono się, czy kłamano?

A więc wyraźnie przestrzelone zostały cele dotyczące realnych stóp procentowych i urealniania płac – dwie ważne nominalne kotwice programu stabilizacyjnego. Coś jeszcze? (s. 95-98)

Można zadać pytanie, czy autorzy i zwolennicy „terapii szokowej” wtedy się mylili, czy też najzwyczajniej kłamali, bo wiedzieli, że nie mieli racji. Szydził wręcz z tego później profesor Tadeusz Kowalik – ekonomista sympatyzujący ze środowiskiem „Solidarności” – pokazując, że Balcerowicz wykonał z nawiązką tylko swój plan zwiększania bezrobocia. Jakie były zapowiedzi jego „planu”? Recesja tylko przez jeden rok, spadek dochodu narodowego o 3,1 proc., bezrobocie nie większe niż 400 tysięcy i inflacja jednoprocentowa w skali miesięcznej – czyli rocznie 13-procentowa – już po trzech miesiącach. To tylko trzy newralgiczne punkty. Tym banialukom „szokistów” dawali wiarę niektórzy prominentni politycy pierwszej „pokomunistycznej” ekipy, najprawdopodobniej także Mazowiecki, Kuroń, Geremek. W rzeczywistości recesja trwała w sumie 12 kwartałów, czyli trzy lata, inflacja była jednoprocentowa nie po trzech miesiącach, ale dopiero w 1997 r., PKB spadł w sumie o 20 proc., a bezrobocie przekroczyło trzy miliony. Do tych drastycznie gorszych wyników niż zapowiadane przez pierwsze solidarnościowe rządy przyczyniło się jeszcze jedno „przestrzelenie”, a mianowicie nastąpiła nadmierna dewaluacja złotego.

Ale to akurat mogło być celowe.

– Nie sądzę. Na wspomnianej konferencji Instytutu Finansów we wrześniu 1989 r. o tym też dyskutowaliśmy. Przygotowaliśmy też notatkę dla ministra finansów, w której sugerowaliśmy – zresztą nie tylko my – mniejszą skalę dewaluacji. Wtedy rynkowy kurs złotego – nie czarny, lecz równoległy, bo został zalegalizowany jeszcze przez rząd Rakowskiego – wynosił 8 000–9000 z tendencją do wzmacniania. Ale rynkowy kurs równoległy był kursem marginalnym, krańcowym. Dotyczył jedynie małej części obrotów dewizowych. W sytuacji unifikacji kursu – a słusznie w tę stronę zmierzano – kurs równowagi był zdecydowanie wyżej. Mówiliśmy o 8 200–8500 złotych za dolara, ale i to pewnie było za dużo. Może też warto przypomnieć, że formułowano też postulaty przeciwstawne, sugerujące, aby pójść z dewaluacją jeszcze dalej, niż proponował to minister finansów. Na przykład Marcin Święcicki, który wtedy był ministrem współpracy gospodarczej z zagranicą, chciał 14  000 złotych za dolara. To dopiero byłaby „zabawa”. (s. 99‑100)

Powiadam więc znowu – po tym trudnym ćwierćwieczu transformacji – autorom „terapii szokowej” albo, jak wolę, szoku bez terapii: nie mieliście racji. Wolno było się mylić, gdyż obszar niepewności był olbrzymi, ale mogliście posłuchać ekonomistów mądrzejszych od siebie, mogliście wysłuchać zwolenników innych opcji, bo istniały i były głoszone. Jeśli pomimo to się myliliście, to powinniście się wstydzić, bo porządni, prawdziwi zawodowcy aż tak się nie mylą.

Ale może kłamaliście, co też potrafię w jakimś stopniu zrozumieć, ale zaakceptować nie mogę. Co bowiem mieli powiedzieć ci, którzy wiedzieli, że ich „terapia” spowoduje załamanie produkcji przemysłowej i jej spadek o zatrważającą jedną czwartą, co pociągnie za sobą nie czterystutysięczne, lecz trzymilionowe bezrobocie? Co mieli powiedzieć rynkowi ci fundamentaliści, którzy spodziewali się, że wkrótce po „szoku” załamie się budżet, a wysoka inflacja trwać będzie lata? Mieli powiedzieć prawdę? Wywieziono by ich wtedy na taczkach, mówiąc: nie po to robiliśmy solidarnościową rewolucję, żebyście teraz mówili, że będzie masowe bezrobocie, benzyna po dwa dolary, wódka po pięć, a mieszkania po pół miliona złotych. Miało być mieszkanie dla każdego w pięć lat, miało nie być kolejek, ale nie dlatego, że dochody zmniejszacie o 30 procent, ale z powodu wzrostu produkcji. A kolejek nie ma, bo nas po prostu nie stać na stanie w nich. Ponadto miało być małe, przejściowe bezrobocie, a teraz okazuje się, że jest masowe, strukturalne. Teraz nam mówicie, że to wszystko jest normalne? Gdyby powiedziano ludziom prawdę, to społeczeństwo nigdy nie zaakceptowałoby forsowanej wtedy polityki. Więc ci, którzy rozumieli, co robią i co z tego wyniknie, mogli świadomie i celowo z prawdą się mijać, traktując to jako jedyną skuteczną drogę polityki faktów dokonanych, która przecież nie mogła służyć dobrze polskiej gospodarce. (s. 111–112)