Ingvar Kamprad – samotnik z IKEI

Wedle powszechnej opinii, najbogatszym człowiekiem w Europie jest właściciel słynnej marki odzieżowej Zara, Amancio Ortega. Choć jego pozycja wydaje się dziś absolutnie niezagrożona, wcale nie tak daleko za Ortegą mamy Liliane Bettencourt, wprawdzie na stare lata przez rodzinę ubezwłasnowolnioną, jednak wciąż oficjalną właścicielkę innej słynnej marki L’Oreal oraz oczywiście wybitnego rodaka pani Bettencourt, Bernarda Arnault, człowieka, którego nazwisko łączy się z tyloma światowej sławy markami, że nie starczyłoby tu miejsca, by o nich wszystkich napisać. Wystarczy może tylko wspomnieć takie cuda, jak whisky Ardbeg i Glenmorangie, koniak Hennessy, szampan Dom Perignon, ale też – dla tych co nie piją – perfumy Dior i Kenzo, torebki Louis Vuitton, zegarki Chaumet, a nawet słynną sieć Sephora. To by więc była pierwsza europejska trójka.Jest jednak ktoś, oficjalnie umieszczany bardzo daleko za tym towarzystwem, kto jednak nie dość że nie ma o swoją nędzną pozycję pretensji, to ją sobie osobiście wywalczył, a tak naprawdę, jak się zdaje, najszczęśliwszy byłby, gdyby „Forbes”, który przez wiele lat robił wszystko, by go wynagradzać wszelkimi wyróżnieniami, go stamtąd jak najszybciej wyrzucił, z szacowanym majątkiem netto w granicach powiedzmy 100 tysięcy szwedzkich koron.

Cóż, że ze Szwecji

Wspomnieliśmy szwedzkie korony, bo w istocie chodzi o Szweda, a konkretnie Ingvara Kamprada, pomysłodawcę, założyciela i właściciela sieci sklepów meblowych znanych pod nazwą IKEA. Wspomnieliśmy jednak też ową mityczną już wręcz skromność Kamprada z tego względu, że chyba żaden z dotychczas poznanych przez nas gigantów światowej przedsiębiorczości z taką pasją nie zaprzeczał swojej pozycji. A jest czemu zaprzeczać. Wedle bardzo nieoficjalnych opinii, jest bowiem bardzo prawdopodobne, że Ingvar Kamprad jest tak naprawdę najbogatszym człowiekiem na Ziemi, bogatszym zarówno od Warrena Buffeta, rodziny Waltonów, a nawet od Billa Gatesa, by nie wspominać o wspomnianych wcześniej Bettancourt, Arnaultcie, czy Ortedze. Tak się jednak składa, że ile razy – i mamy tu do czynienia z rytuałem trwającym dziesięciolecia – sugeruje się Kampradowi, że jest człowiekiem bardzo zamożnym, ten niezmiennie odpowiada: „Kto? Ja? Ależ ja nie mam nic”. A kiedy przywołuje się opinię takich organizacji jak „Forbes” czy może jeszcze bardziej „Bloomberg”, ten – równie niezmiennie – zapewnia, że on już wielokrotnie zwracał się do nich, by go ze swoich list usunęli, ale ci wolą żyć plotkami.

Majątek idzie na fundację

Gdzie zatem idą pieniądze, z którymi przychodzimy do sklepów IKEI na całym świecie, ile razy chcemy sobie kupić łóżko, czy półkę na książki? Wedle relacji samego Kamprada, idą one oczywiście do IKEI, a konkretnie do fundacji, której IKEA jest zaledwie jednym z członków, tyle że Kamprad nie jest ani właścicielem owej fundacji, ani nawet samej IKEI, i jeśli nawet w jej nazwie jest jego imię, nazwisko i miejsce jego urodzenia, to już nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Jak od lat już twierdzi Kamprad, całość tego, podobnie jak wielu innych biznesów znajduje się w rękach fundacji o nazwie Stichting INGKA Foundation, w której on jest zaledwie członkiem rady, i do tego stopnia nie czerpie z udziału w niej żadnych korzyści, że kiedy leci na jej posiedzenia, sam sobie musi kupować bilet na samolot. Co należy podkreślić, niezmiennie bilet drugiej klasy. Ale – wciąż wedle jego wielokrotnie powtarzanych deklaracji – on tak właśnie sobie wyobraża bycie człowiekiem sukcesu. Sukces ma być tworzony przede wszystkim z pożytkiem dla innych, a pieniądze nie maja w życiu człowieka większego znaczenia. „Po cholerę mi pieniądze?” – to niemal życiowe motto tego szczególnego człowieka.

Dziecko rolników milionerem

A wszystko zaczęło się, kiedy Kamprad był jeszcze dzieckiem. Jak głosi rodzinna legenda, już jako 5-latek zajmował się drobnym handlem, chodząc od domu do domu i sprzedając ludziom zapałki, które wcześniej kupował taniej w Sztokholmie. Po zapałkach pojawiły się kolejne produkty, takie jak ozdoby choinkowe, ołówki i nasiona kwiatów, które, jako już chłopak nieco starszy, rozwoził rowerem. Oczywiście z naszej dzisiejszej perspektywy, nie jest łatwo zrozumieć, jak prowadzenie interesów na takim skromnym poziomie mogło doprowadzić kogoś tak nieistotnego, jak dziecko rolników gdzieś w przedwojennej Szwecji do miejsca, w którym swój początek znalazła jedna z największych fortun na świecie. Jednak jest faktem, że jeżdżąc tym rowerem przez kilka lat, w wieku 17 lat Kamprad któregoś dnia nagle zauważył, że gdyby stoły miały dokręcane nogi, łatwiej by je było transportować i wtedy się wszystko zaczęło.

IKEA bez mebli

Pierwsze, co Kamprad zrobił to wymyślił nazwę dla swojej firmy, tworząc ów słynny dziś na całym świecie akronim od swojego imienia, nazwiska, nazwy rodzinnej wioski oraz parafii, a następnie zarejestrował firmę w urzędzie. Początkowo akurat IKEA nie miała w swojej ofercie mebli, a Ingvar Kamprad, wciąż jeszcze zaledwie niepełnoletni uczeń szkoły handlowej w Göteborgu, handlował portfelami, drobną biżuterią, skarpetami i pończochami. W 1947 roku, cztery lata po założeniu IKEI, zobaczył w prasie ogłoszenie o wyprzedaży mebli zamieszczone przez miejscową firmę. To wtedy zrozumiał, że jego przyszłość leży właśnie w wyposażaniu mieszkań. Jako że w branży funkcjonowało już kilka tego typu biznesów, Kamprad przedstawił całkowicie nową ofertę, a mianowicie salon ze stałą ekspozycją z dostawą do domu. O przykręcanych nogach do stołów już wspomnieliśmy.

Bojkot interesu Kamprada

Po otwarciu pierwszego sklepu w 1953 roku, stało się to, co się musiało stać. Zareagował Szwedzki Związek Sprzedawców Mebli, wzywając pozostałe przedsiębiorstwa do bojkotu IKEI. Producenci oraz sprzedawcy mebli zaczęli otrzymywać listy grożące wycofaniem zamówień, jeśli nie zerwą współpracy z Kampradem, co spowodowało niemal natychmiastowy, a Kamprad stanął na progu bankructwa. I w tym momencie – w co wielu z nas pewnie jest trudno uwierzyć – pomocną rękę do Kamprada wyciągnęła komunistyczna Polska. Widząc mianowicie, że w Szwecji jego interesy są albo już kompletnie spalone, lub właśnie podpalane, w roku 1961 Ingvar Kamprad poleciał do Polski, a konkretnie do Radomska, gdzie funkcjonowała bardzo prężnie działająca fabryka mebli. Już na drugi dzień po przyjeździe 35-letni wówczas Kamprad podpisał kontrakt i przekazał znaczną część swojej produkcji w ręce fabryki w Radomsku. Z tego, co on sam wiele lat później wielokrotnie opowiadał, interesy z PRL-em kosztowały go wprawdzie popadnięcie w wieloletni alkoholizm, jednak z drugiej strony wygenerowały firmie obrót w wysokości 2 miliardów koron, a całą lokalną konkurencje odesłały na kompletny biznesowy margines.

Produkowane w Polsce

Dziś wprawdzie 10 procent produkcji IKEI sygnowane jest informacją „Made in Poland”, jednak naturalnie, to że pierwsze meble Kamprada również były produkowane w Polsce, nie oznaczało, że można je było wówczas w Polsce kupować. PRL miał swoje oczywiste ograniczenia, które były nie do ruszenia. A zatem pierwszy poza Szwecją salon IKEI powstał w Szwajcarii na obrzeżach Zurychu. Dziś fakt, że salony wielkich światowych sieci nie znajdują się w centrach miast jest czymś oczywistym, jednak w latach 60-tych tego typu ruch stanowił poważną ekstrawagancję. Jednak Kamprad wiedział co robi. Umieszczając swoje sklepy na obrzeżach miast, miał pewność, że jeśli klient zada sobie tyle trudu, by wsiąść w samochód i pokonać drogę do IKEI, nie będzie już szukał nigdzie w okolicy, bo i tak już nic innego nie znajdzie. Pozostanie mu tylko IKEA i ten stół, czy ta szafa, czy łóżko, które będzie mógł zapakować do auta i sobie skręcić w domu, co też dla prawdziwego mężczyzny chcącego zaimponować żonie i dzieciom jest gratką nie do pogardzenia.

Globalny zasięg

Obecnie szacuje się, że każdego roku IKEA dociera do 500 mln klientów na całym świecie. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, by rozpoznać realny zakres tego przedsięwzięcia i uznać, że mamy do czynienia z jedną z najlepiej prosperujących prywatnych firm na świecie. A za tym przedsięwzięciem wciąż stoi ten jeden człowiek: Ingvar Kamprad, ktoś kto od lat jeździ starym volvo, mieszkanie wyposażył niemal wyłącznie w meble z IKEI, jada w pracowniczej stołówce, chodzi w zużytej sztruksowej marynarce, wnukom kupuje najtańsze zabawki, a na targu wykłóca się o ceny owoców. Człowiek, o którym niektórzy twierdzą, że jest najbardziej skąpym miliarderem na świecie. Nawet swoje w pewnym momencie wręcz rewolucyjne posunięcie, przenoszące całą własność nad IKEĄ w ręce fundacji, on sam opisywał jako w żaden sposób nie związane z troską o swój majątek, ale wyłącznie o interes firmy.

Początki poza Szwecją

Początek całego przedsięwzięcia sięga jeszcze lat 70-tych, kiedy Kamprad postanowił wyemigrować do Szwajcarii. Jak sam ów gest opisywał, wcale nie chodziło jednak o pieniądze, lecz o to, że przy obowiązującym w Szwecji systemie podatkowym, nie było możliwości utrzymania statusu IKEI jako spółki zamkniętej, a więc nienarażonej na to, że po jego śmierci nazwa IKEA rozpłynie się w szeregu innych różnego rodzaju biznesów. Jego postępowanie można porównać z tym co parę lat temu planował zrobić wspomniany wcześniej Bernard Arnault, przenosząc swój interes do Belgii. Tam też z jednej strony pojawiały się zarzuty, że Arnault zaledwie ucieka przed podatkami, podczas gdy, jak wiele na to wskazuje, zależało mu tylko na tym, by jego dzieci za jakiś czas, kiedy jego już nie będzie, firmy nie rozsprzedały.

Podróż do Holandii

To co jednak Kamprada od słynnego Francuza różniło, to fakt, że o ile, sterroryzowany przez patriotycznie motywowaną opinię publiczną, Arnault ostatecznie do Belgii nie wyjechał, Szwedzi okazali się znacznie bardziej obojętni. A zatem w roku 1982 Kamprad zarejestrował w Holandii Stichting INGKA Fundation, która przejęła kontrolę nad IKEA i to od tego już czasu raz po raz publicznie oświadczał, że ani on, ani jego rodzina nie mają udziałów w IKEA. Kiedy dziennikarze pytali Kamprada, czy nie czuje się źle z myślą, że jego dzieci z wielkiego majątku firmy nie dostaną tego, na co przecież z pewnością mogły liczyć, odpowiedział: „Chłopcy otrzymali już wystarczająco dużo. Co chcą zrobić z tymi wszystkimi pieniędzmi?”

Odebrany majątek

„Chłopcy” jednak bardzo źle znieśli kaprysy ojca praktycznie od pierwszego momentu, gdy ten zaczął podejmować kroki na rzecz zmian właścicielskich w IKEI, uznali że najlepiej zrobią, jeśli sami zatroszczą się o swoją przyszłość tylko czekali na odpowiednią okazję. I oto okazało się, że już na samym początku, tworząc swoją-nieswoją fundację, Kamprad – niezależnie od tego, jak poza tym skromny i gardzący pieniędzmi – w tajemnicy przed rodziną pozostawił sobie prawo do nazwy IKEA, dzięki temu przez całe 30 lat otrzymywał z fundacji niewielki procent z dochodów firmy, i z czego – jedząc w stołówkach i targować się na straganach – zgromadził dodatkowy majątek, szacowany na 20-30 miliardów szwedzkich koron, czyli około 3 miliardy dolarów. Kiedy synowie Kamprada dowiedzieli się o tych oszczędnościach wynajęli odpowiednio dobrze przygotowanych na tego typu okazje amerykańskich adwokatów, którzy najzwyczajniej w świecie sądownie tacie te pieniądze wyrwali z rąk.

Pieniądz czyni zło

Po prawie czterdziestu latach postanowił więc dziś już niemal 90-letni Kamprad wrócić ze Szwajcarii, gdzie przez wszystkie te lata mieszkał, do rodzinnej wioski i parafii, tak pięknie zapisanych w nazwie jego IKEI, i dokończyć żywota w rodzinnej chacie. I choć oficjalnie wciąż panuje głębokie przekonanie, że pod koniec życia, trochę dzięki pomocy swoich synów, Kampradowi udało osiągnąć wymarzone życie bez pieniądza, który niesie ze sobą wyłącznie zło, ci, którzy potrafią liczyć, jak i przede wszystkim myśleć, wiedzą, że nie ma takiej możliwości, by człowiek, który jeszcze w roku 2009, wedle szacunków „Forbesa” znajdował się na pierwszym miejscu najbogatszych ludzi na świecie, ni stąd ni zowąd stoczył się do tego poziomu, że kiedy mu dzieci ukradły 3 miliardy dolarów, to on, biedaczek, został bez grosza. Niektórzy z nich też mówią, że tak naprawdę wszystkiego się dowiemy, kiedy Ingvar Kamprad umrze, a IKEA ogłosi komunikat, z którego niewykluczone, że ci trzej spryciarze o dźwięcznych imionach Peter, Jonas i Mathias, będą najmniej zadowoleni. W końcu „Bloomberg”, który zawsze był mniej uległy wobec oczekiwań Kamprada, niż redaktorzy „Forbesa”, wciąż ostrożnie wspomina o jakichś 50 miliardach dolarów, a sam „Mr IKEA”, jak go niektórzy nazywają, swego czasu wyraźnie powiedział, że nie ma żadnej pewności, że po jego śmierci w zarządzie fundacji będzie zasiadał ktokolwiek o nazwisku Kamprad.