Intratna zemsta. Dlaczego polski rząd powinien pozwać Standard & Poor’s do sądu?

Pozwać S&P w… Złotoryi

Czy mamy więc szczęście w nieszczęściu, że decyzja S&P wobec Polski została ogłoszona w piątek 16, a nie w piątek 13? Niemniej jest to decyzja irracjonalna. Jak podkreśla Adrian Wojtas: „agencje ratingowe uważają się za część mediów i uzasadniają swoją działalność prawem do wolności słowa”. Czy w takim razie polski rząd może zaskarżyć agencje ratingowe o zniesławienie?

Polski rząd ma kilka możliwych opcji odpowiedzi na nierzetelne dziennikarstwo S&P. Po pierwsze, może siedzieć cicho. Może dyskutować rating z S&P, co raczej dużo nie zmieni, widząc złą wolę ludzi S&P i historię ich „irracjonalnych” decyzji lub może zareagować zdecydowaną akcją, co jest chyba najlepszym wyjściem.

Istnieją co najmniej dwie możliwe ścieżki akcji. Pierwsza to ścieżka amerykańska czyli pójście tropem możliwego insider tradingu na polskiej walucie i polskich euroobligacjach. Takie śledztwo mogłaby wszcząć ABW w koordynacji z KNF i przy współpracy z regulatorami zagranicznymi. Siedziba S&P znajduje się w Nowym Jorku, a właścicielem jest McGraw Hill Financial, korporacja notowana na giełdzie i mająca siedzibę także w Nowym Jorku. Dojście do kontraktów terminowych zawartych przed publikacją raportu S&P nie powinno być trudne. A wykaz ewentualnych kontaktów między analitykami S&P i reprezentantami instytucji finansowych grających na rynku polskiej waluty i polskich euroobligacji jest do uzyskania poprzez amerykańską FBI. Kiedy podmiot taki jak S&P zachowuje się nieracjonalnie, wytłumaczenie tego zachowania może być bardzo racjonalne.

Warto przypomnieć, że amerykański nadzór giełdowy i finansowy regularnie zmywa głowę bankom za nielegalne praktyki. Według agencji Reuters, od czasu kryzysu finansowego w 2008 r., dwadzieścia największych banków na świecie zapłaciło łącznie 235 miliardów USD kar za łamanie regulacji prawnych.

Druga ścieżka akcji to ścieżka włoska, czyli pozew przeciwko S&P jako osobie prawnej oraz jej pracownikom za działanie na szkodę ocenianego kraju. Włosi obrali taką drogę po nieuzasadnionym według nich obniżeniu ratingu Włoch przez S&P w latach 2011/12. Kilka miesięcy temu przed sądem w małym miasteczku Trani na południu Włoch stanęła agencja S&P jako firma oraz pięciu jej pracowników. Zarzuty dotyczą manipulowania rynkiem poprzez rozpowszechnianie przez S&P wrażliwych raportów podczas godzin funkcjonowania handlu walorami giełdowymi, co spowodowało straty na rynkach akcji i obligacji. Włosi uważają, że raporty S&P przyczyniły się do nieuzasadnionego obniżenia zaufania rynku do włoskiego długu w latach 2011/2012, co popchnęło wówczas Włochy na skraj zapaści finansowej, porównywalnej nawet z Grecją.

Szefowa biura zarządzania długiem we włoskim ministerstwie finansów Maria Cannata zeznała przed sądem w Trani, że S&P był zawsze bardzo krytyczny wobec Włoch, pomimo tego, że włoski rząd podejmował wszelkie możliwe działania w kierunku stabilizacji finansów państwa.

Najciekawsze jest to, że skargę przeciwko S&P skierowały do sądu dwie włoskie grupy ochrony konsumentów i to, że sądy w największych włoskich centrach finansowych Mediolanie i Rzymie ją najpierw odrzuciły. Dlatego pozywający przenieśli sprawę do sądu w małym południowym miasteczku Włoch. To wyjaśnia, dlaczego proces S&P zaczął się dopiero trzy lata po zdarzeniu.

Czy Sąd Rejonowy w Złotoryi mógłby stać się takim polskim odpowiednikiem sadu w Trani? Kto wie? Sąd w Złotoryi nabył już jak wiemy pewną wprawę w orzekaniu w procesach finansowych. A i z Frankfurtu do Złotoryi nie jest aż tak daleko.

——