Jak się bronić przed inwigilacją

Władza znów chce wiedzieć więcej o tym, co robimy. Tylko u nas unikalny poradnik jak obronić swoją prywatność.

"Ta nielegalna inwigilacja za rządów Platformy Obywatelskiej, to skandal. Po «dobrej zmianie» w naszej IV RP nie będzie już takich przypadków. Po prostu każda inwigilacja będzie legalna” – żartował w rozmowie ze mną jeden z oficerów tajnych służb, zadowolony z wprowadzonych zmian. Wbrew histerii salonowych mediów i opozycyjnych polityków nowa ustawa nie zwiększa zasadniczo możliwości inwigilacji, które mają tajne służby. Utrwala jednak niebezpieczną tendencję. W myśl której państwo ma prawo o obywatelu wiedzieć wszystko, co chce, a ten – jeżeli jest uczciwy – nie ma się co bać.

Złe prawo za złe prawo

Nowe prawo trzeba było uchwalić, ponieważ w 2014 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że ustawa uchwalona przez rząd PO jest niezgodna z konstytucją. Dokument przegłosowany przez PiS praktycznie niczego nie naprawił, a część niezgodnych z konstytucją przepisów zostało wręcz celowo powtórzonych.

W 2014 r. trybunał zakwestionował szereg przepisów, m.in. brak niezależnej kontroli pobierania danych telekomunikacyjnych przez służby, brak procedur niszczenia podsłuchów osób wykonujących zawód zaufania publicznego (m.in. dziennikarzy czy adwokatów i radców prawnych), brak obowiązku niszczenia przez służby zgromadzonych bezpodstawnie danych, brak maksymalnego czasu inwigilacji. Wprowadzenie wyroku w życie odroczono o 1,5 roku.

PO nie śpieszyła się jednak z nowelizacją prawa. Politycy, którzy nadzorowali z jej ramienia służby, nie chcieli rezygnować z posiadanych uprawnień. Ponieważ obowiązuje niepisany pakt o nieagresji między politykami rządzącymi w Polsce (nie wsadzamy się wzajemnie do więzienia), to nie są oni zainteresowani w chronieniu praw i wolności obywatelskich. Pretekstem do uchwalenia tego prawa przez PiS była przecież konieczność uchwalenia przed 6 lutego nowej regulacji, bo inaczej służby nie mogłyby prowadzić działań operacyjnych.

Ustawa PiS jakościowo nie wprowadza nowej inwigilacji, legalizuje jednak obecnie istniejące patologiczne praktyki. Wątpliwości zbywane są zaś zapewnieniami, że nie chodzi o przepisy, ale o nadzór nad nimi. W tym konflikcie właśnie najlepiej pokazany jest spór światopoglądowy między PiS a zwolennikami wolności. PiS zapewnia, że na czele służb postawi ludzi, którzy nie będą nadużywali prawa i dopilnują podwładnych. Obrońcy wolności zwracają uwagę, że państwo nie powinno mieć mechanizmów, które pozwalają łamać prawo. Praktyka pokazuje bowiem, że jeżeli takie możliwości władza ma, to z nich korzysta.

Nowe prawo pozwala służbom: policji, straży granicznej, żandarmerii wojskowej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu, a także Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Służby Celnej i kontroli skarbowej na pełną inwigilację za zgodą sądu rozpracowywanych obywateli. W zasadzie jest to, co było, tylko dokładniej opisane. Z nowych narzędzi wprowadzono lokalizowanie ludzi przy pomocy nadajników GPS. Prawo pozwala również służbom na montowanie sobie dostępu bez nadzoru operatora (dostawcy usług internetowych lub telekomunikacyjnych). Taki dostęp mają zapewnić dostawcy tych usług (na swój koszt!) służbom, które tego zażądają.

Jak bronić prywatności

„Masz prawo zachować milczenie. Wszystko, co powiesz może zostać użyte przeciwko tobie. Jeżeli nie stać cię na adwokata, to możesz otrzymać go z urzędu” – głosi formułka wygłaszana przez amerykańskich policjantów, gdy dokonują aresztowania. Ta formułka nazywana jest „prawem Mirandy” od nazwiska przestępcy, który został aresztowany w Phoenix w Arizonie 13 marca 1963 pod zarzutem porwania i gwałtu. Policja nie powiedziała wówczas podejrzanemu o jego prawach i został skazany na podstawie własnych zeznań. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który uchylił wyrok uznając, że przyznanie się do winy było niedopuszczalnym dowodem, gdyż pozwany nie miał pojęcia o swoich prawach! W powtórzonym procesie Miranda skazany został przy użyciu innych dowodów i skazany został na 11 lat więzienia. Od tej pory amerykańska policja dba o to, aby usłyszeli swoje prawa.

W Polsce także mamy, my obywatele, swoje prawa. Tylko że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych u nas nikt ich nie respektuje. W szczególności zaś lekceważą je tajne służby i tzw. organy ścigania (inne wspomniane instytucje), które skrzętnie ukrywają zakres techniczny swoich możliwości.

Najlepiej z konieczności ochrony prywatności zdają sobie sprawę biznesmeni. Dziś bowiem posiadanie sprzętu do inwigilacji nie jest wyłącznym przywilejem służb. Ludzie zarabiający miliony złotych czy to na handlu, przetargach, czy wreszcie na specjalistycznej wiedzy, bardziej niż inwigilacji ze strony tajnych służb, boją się nielegalnych działań konkurencji.

Telefon, czyli prywatny podsłuch

W „Roku 1984 r”. George Orwell opisał mechanizm kontroli społeczeństwa przy pomocy specjalnych ekranów, zamontowanych w domu. Po latach okazało się, że rzeczywistość przekracza jego wyobrażenie. Dziś telefony komórkowe nosi przy sobie ponad 90 proc. Polaków. Z czego około dwie trzecie ma zaawansowane technologicznie smartfony. Każdy, kto korzysta z takiego urządzenia, musi mieć świadomość, że może ono służyć do inwigilacji. Za jego pośrednictwem nagrywać można nie tylko rozmowy, ale również wszystko to, co dzieje się wokół użytkownika.

Prywatność kosztuje sporo czasu i oznacza mniejsze wygody. Zaawansowane telefony komórkowe, będące faktycznie minikomputerami, są bogactwem danych dla służb. Nie bez powodu w zeszłym roku CBA nabyło od firmy handlującej oprogramowaniem hakerskim programy do… włamywania się do smartfonów.

Praktyka za rządów PO dowiodła, iż inwigilacja była stosowana powszechnie. W ciągu 8 lat rządów PO liczba kontrolowanych bilingów wzrosła dwukrotnie, do około 2 mln. Służby bez żadnych ograniczeń podsłuchiwały ludzi, którymi się interesują. Formalnie mają bowiem 5 dni na wystąpienie o legalizację podsłuchu. Praktyka jest więc taka, że co 5 dni podsłuchy są realizowane od nowa. W slangu służb nazywa się to kołowrotkiem. Również bez żadnych ograniczeń służby lokalizują dziś ludzi na podstawie ich telefonów komórkowych. Następnie wysyłają za ludźmi obserwacje, a w miejscach publicznych nie podlega ona żadnym ograniczeniom. Dzięki temu służby są w stanie wysłać zespół obserwacyjny, który znów – zupełnie legalnie – może zobaczyć z kim się spotykamy w miejscach publicznych, a także o czym rozmawiamy (jeżeli nie robimy tego wystarczająco cicho).

Oprócz służb lokalizować nas mogą w ten sposób również konkurenci, zwykle przy pomocy wyposażonych w zaawansowany sprzęt pracowników firm detektywistycznych (wywiadowni itp.). Poza tym wiedzą zdobytą podczas pracy handlują sami funkcjonariusze. Czasami nie jest ona wymieniana na gotówkę, ale jest zwykłą koleżeńską pomocą dla kolegi, który pracuje już w cywilu.

Ważna jest też zasada, że im starszy telefon, tym mniej przydatny do inwigilacji. Bezkonkurencyjna pod tym względem jest Nokia 3310, z której oprócz podsłuchania rozmów telefonicznych, nie da się nic wydobyć. Jeżeli jednak ktoś chce zachować prywatność spotkania, to musi umawiać się za pośrednictwem internetu (komunikator, poczta elektroniczna) i nie zabierać ze sobą na spotkanie telefonu komórkowego.

Wyjściem z tej sytuacji nie są bynajmniej telefony szyfrowane. Człowiek, który kupuje takie urządzenie, wręcz ściąga na siebie uwagę. Po pierwsze taki telefon działa tylko wtedy, gdy posługują się nim obie strony rozmowy. Po drugie z aparatami szyfrowanymi jest jak z zamkami do drzwi. Nie wolno sprzedawać takiego sprzętu, którego zabezpieczeń tajne służby nie są w stanie złamać.

Rozwiązaniem jest komunikacja internetowa. W tym wypadku najbezpieczniejszą opinię ma Skype. Oczywiście nasze służby są w stanie go złamać (odpowiednie oprogramowanie ma na swoim wyposażeniu m.in. CBA). Muszą jednak znać login, którym posługuje się inwigilowany przez nich obiekt. A to nie jest już takie proste. Zawodowi handlowcy strzegący swoich tajemnic i bojący się podsłuchiwania i rozmów codziennie zakładają nowego skypa i nowy adres na np. gmail.com, oczywiście według ustalonego z kontrahentami algorytmu.

Na przykład dziennikarze z pracownikami tajnych służb umawiają się na spotkania przez Skype’a. Żaden z nich na spotkanie oczywiście nie idzie z telefonem komórkowym, a na miejsce spotkań wybierają albo mało uczęszczane miejsca, albo ogromne skupiska ludzi (centra handlowe), lub… na wspólny seans kinowy.

Internet, czyli pełna przeźroczystość

Fikcją jest zachowanie anonimowości w internecie. Posiadanie poczty elektronicznej od polskiego dostawcy oznacza, że polskie organy ścigania mają do niej niemal nieograniczony dostęp.

W 2011 r. ABW rozpoczęła też monitorowanie internetu w czasie rzeczywistym i zbiera wpisy osób krytykujących władze, jako potencjalnych sprawców przestępstw. Za rządów PO wystarczyło napisać, że trzeba obalić rząd Tuska, aby zwrócić na siebie uwagę ABW. Pytanie jakie wpisy są monitorowane obecnie? Pytany o to przez dziennikarzy Krzysztof Bondaryk, w czasie gdy był szefem ABW cynicznie odpowiadał, że powodem rozpoczęcia intensywnego monitorowania internetu było zabójstwo w 2010 r. łódzkiego polityka PiS, Marka Rosiaka. Każdy pretekst do zwiększania władzy i wiedzy służb jest jak widać dobry.

Prywatność korespondencji w internecie zapewnić można sobie w prosty sposób. Korzystać tylko z zagranicznych dostawców (np. gmail.com, yahoo.com), tylko przez przeglądarkę internetową, a wejścia z nieznanych komputerów na pocztę uzależniać od każdorazowego podania hasła SMS. Prywatność przeglądanych treści daje natomiast korzystanie z przeglądarek przez sieć TOR (ściągnięcie odpowiedniej łatki i instalacja jej np. na przeglądarce Firefox zabiera zaledwie kilka minut).

Fikcja prawna

Każde prawo o inwigilacji od lat nakłada obowiązek na służby informowania obywatela o zastosowaniu wobec niego inwigilacji. W sytuacji, w której zarzuty się nie potwierdziły. Nie jest znany ani jeden przypadek, w których służby informowałyby niesłusznie rozpracowywanego, że był pod kontrolą operacyjną i zgromadzone dane zostały zniszczone. Za sprzeniewierzenie się temu przepisowi zwyczajnie nie wyznaczono sankcji, co więcej nie sprecyzowano nawet trybu, kto jest odpowiedzialny za takie działania.

Skutek jest taki, że dziś służby w sposób nieograniczony i niekontrolowany korzystają z techniki operacyjnej. Billingi autora tekstu były pobierane w sposób niemal ciągły przez SKW, ABW, CBA przez pełne 8 lat i to pomimo wiedzy, że jestem dziennikarzem, a takie działanie służb, oznacza świadome łamanie tajemnicy dziennikarskiej. Pretekstem było to, że telefon jest zarejestrowany na firmę, a nie osobę i służby udawały, iż nie wiedziały, czyj telefon monitorują.

Funkcjonując w przestrzeni publicznej, czy to politycznej, medialnej czy biznesowej, musimy żyć ze świadomością inwigilacji. I pamiętać – niczym ci, którym zacytowano prawo Mirandy, że to, co mówimy, piszemy i robimy, może zostać wykorzystane przeciwko nam. Chyba że wcześniej to doskonale zaplanujemy.

Avatar

Jan Piński

Dziennikarz z 18-letnim stażem. Były szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, a także były redaktor naczelny "Uważam Rze". Aktualnie naczelny "Gazety Finansowej" i gf24.pl. Z zamiłowania szachista (były wicemistrz Europy juniorów). Motto: dziennikarz nie pisze co wie, ale zawsze wie co pisze.