Kto się boi RUM?

Rejestr Usług Medycznych pozwala kontrolować wypisywanie recept oraz obrót lekami refundowanymi, a tym samym ratować publiczne pieniądze przed marnotrawstwem. Do dziś żadna ekipa rządząca nie umożliwiła jego uruchomienia.

W 1994 r. w Czarnkowie (woj. wielkopolskie – red.) wdrożono pilotażowy projekt Rejestru Usług Medycznych – w skrócie RUM. System umożliwiał kontrolowanie, jakie usługi medyczne świadczy jednostka administracyjna korzystająca z publicznych pieniędzy, komu je świadczy, za ile oraz jak gospodaruje lekami oraz sprzętem. Efekt? Nadużycia i marnowanie pieniędzy podatników zostało de facto wyeliminowane, a wydatki budżetu na świadczenia medyczne w lokalnym Zakładzie Opieki Zdrowotnej zmniejszyły się o 30 proc., o 20 proc. spadły wydatki na refundację leków, a kolejki do lekarzy zniknęły.

Gdyby system RUM uruchomiono w całej Polsce, to oszczędności liczone byłyby w miliardach złotych rocznie. Koszt budowy systemu i jego wdrożenia to zaledwie kilkadziesiąt-kilkaset mln złotych, które wrócą do budżetu już w kilka/kilkanaście miesięcy. Komu przeszkadza wprowadzenie systemu? Nasi rozmówcy wskazują kilka grup.

Koszmar łapówkarzy

Rejestr Usług Medycznych to zinformatyzowany system zbierania i rejestracji informacji o świadczonych usługach medycznych. W podstawowej wersji system RUM zakłada, iż każdy pacjent otrzymuje specjalną kartę (na wzór karty bankomatowej), natomiast placówki medyczne otrzymują czytniki. W momencie np. wypisywania recepty lekarz musi włożyć kartę do czytnika, aby usługa została odnotowana w systemie, a tym samym recepta na dany lek została legalnie wystawiona. Tym samym obrót refundowanymi lekami jest objęty całkowitą kontrolą.

– Rejestr Usług Medycznych jest jednym z najważniejszych systemowych narzędzi w ochronie zdrowia. Bez RUM trudno jest zarządzać tak skomplikowanym systemem jak ochrony zdrowia – mówi „Gazecie Finansowej” dr Krzysztof Łanda, prezes fundacji Watch Health Care. – RUM ma jedną zasadniczą cechę. Ludzie otrzymują elektroniczną kartę RUM-owską i kiedy świadczona jest usługa zdrowotna to karta musi być w czytniku. Jeśli nie ma jej w czytniku to znaczy, że świadczenie nie było wykonane. Jak pokazują doświadczenia śląskie sam fakt wydrukowania kart i konieczności umieszczania ich w czytniku, kiedy świadczenie jest wykonywane prowadzi natychmiast do ok. 10 proc. oszczędności. Czyli o 10 proc. spada liczba świadczeń, które są sprawozdawane do NFZ. To są ogromne oszczędności, które przewyższają koszt wydruku takich kart i rozmieszczenia odpowiednich czytników. To jest podstawowa oszczędność – oprócz tego, że wiemy, co się w systemie dzieje – wyjaśnia nam dr Łanda.

Pierwsze plany wprowadzenia systemu RUM w skali całego kraju miały miejsce jeszcze w latach 90., gdy recepta za kopertę była niemal na porządku dziennym. To, że RUM potrafił naprawdę wystraszyć łapówkarzy w kitlach, najlepiej obrazuje sytuacja we wspomnianym Czarnkowie. Wprowadzony tam RUM był jeszcze bardzo „pilotażową” wersją. Do tego stopnia, że nie był on nawet zinformatyzowany, a opierał się jedynie na papierowej, książeczkowej wersji. A efekty? Po jego wprowadzeniu np. na oddziale dziecięcym, na którym zwykle brakowało wolnych łóżek problem nagle zniknął.

– Gdy wprowadziliśmy RUM, okazało się, że liczba hospitalizowanych dzieci zmalała pięciokrotnie, więc liczbę łóżek zmniejszyliśmy do piętnastu – zachwalał system Andrzej Masiakowski, były dyrektor szpitala w Czarnkowie, kilka lat temu w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”. – Rejestr usług medycznych nie jest popularny w środowisku lekarskim, bo jego wprowadzenie oznacza restrukturyzację szpitali i racjonalizację zatrudnienia – kontynuował. Gdy po czterech latach program pilotażowy został zakończony liczba wolnych łóżek ponownie spadła do zera.

Według wstępnych planów RUM miał być uruchomiony w całej Polsce do końca 1998 r. Jednak program pilotażowy został zakończony w 1998 r., a zamiast RUM w Polsce utworzono kasy chorych. Efekt? Tylko przez rok (1998-1999) liczba osób trafiających do szpitali zwiększyła się (przynajmniej w wersji oficjalnej) o ok. 1,5 mln. Chyba nigdy nie dowiemy się ile pieniędzy zostało w tamtym czasie wyciągniętych z kas chorych i zmarnotrawionych.

Uciekając przed kontrolą

W 1998 r. uruchomienie scentralizowanego RUM zablokował minister zdrowia w rządzie AWS i Unii Wolności (której działacze niedługo potem zasilili szeregi Platformy Obywatelskiej). Minister już po rozstrzygnięciu przetargu na budowę RUM (który to przetarg sam ogłosił) unieważnił go, twierdząc, że lepiej będzie, jeśli każda kasa chorych sama wybierze wykonawcę RUM na swoim terenie.

Efektem jest to, że oddziały NFZ (czyli dawne kasy chorych) nadal nie mogą efektywnie analizować danych dot. obrotu recept. Jak opisywał sprawę tygodnik „Wprost” kasy chorych informatyzowały dwie firmy, z których jedna (która wcześniej przegrała przetarg) wykupiła za 3 mln zł udziały w firmie informatycznej dyrektora departamentu informatyzacji ministerstwa zdrowia. Dyrektor ów, po unieważnieniu przetargu, miał namawiać rejonowe kasy do wyboru jednego z uczestników przetargu.

Dwa lata później kontrola NIK wykazała, że na zablokowany program wydano aż 205 mln zł. Z raportu NIK wynikało, że w kilku województwach zlikwidowano sprawnie działające biura rejestrów oraz efektywnie działający system w dawnym województwie w Bielsku-Białej.

Kolejna próba wprowadzenia RUM miała miejsce 11 lat temu, za czasów rządów SLD. Jednak i wówczas prace zostały wstrzymane. Nawet próba wprowadzenia prostego centralnego systemu monitorowania wydatków na refundację leków skończyła się wyrugowaniem ze stanowiska Mariana Czakańskiego – ówczesnego ministra zdrowia.

Decyzję o wdrożeniu systemu RUM podjął szef NFZ za czasów pierwszego rządu PiS. Jak przekonywała „Gazeta Wyborcza” uruchomienie RUM miało przynieść ok. 4 mld zł oszczędności rocznie (tj. ok. 10 proc. ówczesnego budżetu NFZ). Po zmianie władzy projekt miał zostać ponownie zaakceptowany w resorcie kontrolowanym przez Ewę Kopacz i wprowadzony w życie. Jak pokazała historia – sprawa ucichła, a RUM jak nie było, tak nie ma.

Wprowadzić jak najszybciej

– RUM w Polsce można by uruchomić w ciągu trzech, maksymalnie sześciu miesięcy. Wydruk kart nie jest ani wielkim kosztem, ani problemem z punktu widzenia technicznego. Rozdanie ich i nakazanie świadczeniodawcom, żeby postawili odpowiednie portale nie jest żadnym problemem. Tak naprawdę jesteśmy w stanie wprowadzić RUM w Polsce niemal natychmiast osiągając odpowiednie oszczędności, które potem procentują na następne lata. Na początku można by wprowadzić prosty RUM – który byłby zrobiony w systemie otwartym i można go sukcesywnie rozbudowywać o dodatkowe funkcjonalności – przekonuje nas dr Łanda.

Dlaczego zatem RUM nie został uruchomiony w skali całego kraju? – Mam wrażenie, że politycy po prostu udają, że chcą RUM wprowadzić. Chcą gonić króliczka, a nie go złapać. Wokół tego unosi się stęchlizna różnych ciemnych interesów, dziwnych gierek grup lobbingowych, a również cały proces jest niezwykle korupcjogenny – ocenia prezes WHC.

Podobnego zdania są ekonomiści. – Rejestr bez wątpienia pozwoliłby lepiej zarządzać ograniczonymi zasobami. To jest bezdyskusyjne. W Polsce administracja rządowa nie potrafi obsłużyć żadnych zadań w skali funkcjonowania całego państwa. Komu RUM przeszkadzał? To pytanie powinien zadać prokurator i zbadać tak gigantyczną skalę marnotrawstwa środków publicznych – mówi „Gazecie Finansowej” Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.

– Każdy rejestr pozwala na zarządzanie zasobami i analizę zasobów, z których wynika np. aktywność każdego lekarza, każdej apteki. Czy pacjent dostaje właściwe leki, czy nie, czy (tak jak to się okazywało w wielu krajach) osoby, które nie żyły otrzymywały leki… – dodaje Sadowski.

Jako podstawowa przeszkoda przy wprowadzaniu RUM w Polsce wskazywani są głównie lobbyści z branży lekowej oraz… firmy walczące o przetarg na wprowadzenie systemu. – Podobnie jak w ZUS jest wielu chętnych, by zostać wykonawcą RUM w Polsce. Są dwie czy trzy firmy, które biją się o to, by taki kontrakt uzyskać. Oczywiście na to nakładają się interesy różnych grup lobbingowych lekarzy, którym łatwiej jest „łowić” w mętnej wodzie. Nie chcą RUM, bo mogą sprawozdawać świadczenia, które nigdy nie zaistniały. Sięgają one 10 proc. jak pokazują doświadczenia śląskie – podkreśla dr Łanda.

Powrót do postulatu zbudowania RUM powinien być jednym z priorytetów dla nowego rządu. System nie tylko skutecznie walczy z korupcją, lecz także pozwala zaoszczędzić miliardy złotych, które będą niezbędne do zrealizowania wyborczych postulatów zwycięskiej partii.

————