Kto zarabia na terroryzmie w Europie?

Terroryzm to nie zabawa, to całkiem dochodowy interes – można powiedzieć parafrazując słowa Winstona Churchilla o polityce. Terroryzm to nie tylko realizacja celów politycznych przy użyciu form przemocy oddziałujących na społeczeństwa, lecz także dochodowy biznes i sposób na dostatnie życie kilku tysięcy osób na świecie.

 

Współcześnie terroryści mają zarządy organizacji, planowy budżet (przychody, wydatki), działy kadr, dodatki rodzinne dla „pracowników”. Zamachy to produkt ich działalności generujący dochody (ze spekulacji giełdowych i od darczyńców), będący jednocześnie formą reklamy „firmy”, a także sposobem rekrutacji kolejnych „pracowników”.

 

Jak zarobić na zamachu

 

Już w wypadku pierwszego głośnego aktu terroru w tym stuleciu – ataku 11 września 2011 wiadomo, że ktoś na nim zarobił. Przez dwa tygodnie poprzedzające zamachy dokonywano transakcji zakładających spadek cen linii lotniczych, zwłaszcza amerykańskich. Co więcej najwięcej postawiono na spadek cen United Airlines i American Airlines, a właśnie samoloty tych linii zostały 11 września porwane i rozbite.

 

Grano także na spadek wartości firm ubezpieczeniowych, turystycznych i – uwaga – mających siedziby w World Trade Center. Kupowano masowo pięcioletnie obligacje skarbowe uchodzące za najlepsze papiery wartościowe w czasie kryzysu. Chociaż FBI dysponuje programami namierzającymi podejrzane transakcje nikt nie zareagował. Po zamachu ogłoszono, że to ludzie Al-Kaidy spekulowali na giełdzie. Amerykańska Komisja Giełdy i Papierów Wartościowych nie przekazała jednak żadnego audytu do publicznej wiadomości.

 

Podobna była reakcja rynków na zamach w Brukseli. Wyraźnie zdrożało złoto, a europejskie indeksy giełdowe straciły po parę punktów procentowych. Wyraźnie spadły ceny linii lotniczych: akcje Lufthansy o 3,8 proc., Air France-KLM o 5,15 proc., a Ryanair o 3,5 proc. Jeżeli ktoś wiedział o zamachu wcześniej i obstawił zmiany kursów, w jeden dzień mógł zarobić setki milionów dolarów. Oczywiście nie robi się tego na ogromnych kwotach, ale setkach drobnych rachunków maklerskich. Zarabianie w ten sposób na zamachach to jeden z filarów finansowych korporacji terrorystycznych.

 

Żebracze miliony

 

Eid-al-Fitr to radosne święto końca Ramadanu – miesiąca postów i wyrzeczeń dla ponad 1,5 mld muzułmanów. W świętym mieście Medyna – czwartej co do wielkości metropolii Arabii Saudyjskiej, pomiędzy tłumami wiernych przeciskają się członkowie charytatywnej organizacji Jamaat-ud-Dawa. Przyjmują datki na budowę szkół w Pakistanie. Saudyjczycy chętnie oddają im pieniądze.

 

Jałmużna – „zakat” – to jeden z pięciu filarów islamu. Obowiązek dany przez samego Allacha, który za pośrednictwem Archanioła Gabriela przekazał go swojemu prorokowi. Tego dnia wiele milionów riali trafi na konta bankowe organizacji. Większość pieniędzy rzeczywiście trafi na deklarowany cel. W najuboższych regionach Pakistanu powstaną nowe szkoły. Darczyńcy będą mieli przekonanie, że zrobili dobry uczynek. Większość pracowników i wolontariuszy też nie spodziewa się, że koszty budowlane zostały znacznie zawyżone, a nadwyżka środków trafi do bojowników Lashkar-e-Taiba, jednej z największych organizacji terrorystycznych w południowo- wschodniej Azji.

 

Olbrzymie fundusze zdobywane za pośrednictwem organizacji charytatywnych pozwalają „Armii Sprawiedliwych” (to dosłowne tłumaczenie arabskiej nazwy), nie tylko na organizowanie własnych zamachów, lecz także stworzenie całego zaplecza logistyczno-szkoleniowego dla muzułmańskich braci walczących w Afganistanie.

 

Organizacje charytatywne mają z punktu widzenia terrorystów same zalety. – Najważniejszą z nich jest anonimowość. Przekazuje się pieniądze na organizację, która pomaga potrzebującym i służby nie mają do czego się przyczepić. Poza tym takie organizacje mają bardzo ułatwione działanie w drugim obiegu finansowym. Duża część datków jest dokonywana gotówką i nie musi być nigdzie rejestrowana. Sama pomoc udzielona obdarowanemu też może być dokonana jako wpłata gotówką. A co obdarowany zrobi z pieniędzmi to już jego problem, a nie samej organizacji – tłumaczy dr Leszek Buller z Instytutu Strategicznych Badań nad Bezpieczeństwem.

 

Dodatkową zaletą jest sam wizerunek. – Oni przecież rzeczywiście robią bardzo pożyteczne rzeczy. Mają szczytne oficjalne cele i naprawdę część środków idzie na pomoc potrzebującym. Trudno podważyć taką działalność jak budowa szkół, szpitali czy studni – dodaje Buller. Islamska działalność charytatywna często dotyka regionów zapalnych, trawionych wojnami domowymi albo innymi formami przemocy. Wysłanie konwoju z pomocą czy kopanie ujęć wody w Sudanie wymaga ochrony, dla której należy kupić broń i amunicję. Nie jest problemem, by protokoły wykazały, że dwa czy trzy kałasznikowy „utracono”, a amunicji wystrzelono kilka magazynków więcej niż naprawdę. Co dalej się z nimi stanie – łatwo się domyślić. A do zorganizowania zamachu w europejskim mieście takie środki w zupełności wystarczą.

 

Bankomat terrorystów

 

Centrum finansowej aktywności sponsorów islamskich bojowników pozostaje Arabia Saudyjska, zwana wręcz „bankomatem terrorystów”. Większość Saudyjczyków to wyznawcy wahabityzmu – bardzo konserwatywnej odmiany sunnickiego islamu. Jego ideologia nawołuje do powrotu do zwyczajów z VII wieku – czasów proroka Mahometa. Te same ideały głoszą teologowie zarówno Al-Kaidy, jak i Państwa Islamskiego. Saudyjczykom jest więc łatwo utożsamiać się z członkami tych ugrupowań i chętnie udzielają im pomocy. Nie tylko finansowej.

 

Każdy muzułmanin musi choć raz w życiu odbyć Hadż – pielgrzymkę do Mekki. Najświętsze miasto ulokowane jest właśnie w Arabii Saudyjskiej. Niedostępne dla niewiernych i poza zasięgiem europejskich czy amerykańskich służb jest idealnym punktem kontaktowym pomiędzy przyszłymi „męczennikami”, szefami komórek i ich sponsorami.

 

Atmosfera religijnego uniesienia i poddania woli Allacha dodatkowo sprzyja decyzji o poświęceniu odpowiednich środków dla sprawy. Rozpracowanie przez francuskie służby grupy bojowników z Al-Kaidy z krajów Maghrebu wykazało, że choć zdecydowana większość członków komórki pochodziła z Libii, to prawie wszyscy z nich mieli obywatelstwo saudyjskie. Dlaczego? Na saudyjskim paszporcie podróżuje się do Europy zdecydowanie łatwiej niż na libijskim. Formalności z przyjęciem obywatelstwa załatwiono szybko i bez oporów. To nic dziwnego. Choć służby specjalne Królestwa są znane ze skutecznego zwalczania terroryzmu we własnym kraju, to wielu oficerów nie ma nic przeciwko temu, by miecz Proroka poniesiono do niewiernych.

 

Byle daleko od stołecznego Rijadu.

 

Ale pomoc logistyczna i organizacyjna blednie przy skali przepływów pieniężnych do rozmaitych organizacji dżihadystycznych. Islamskie banki działają w Europie poprzez Londyn i Frankfurt. Ale globalne centra decyzji i finansów znajdują się właśnie w Arabii Saudyjskiej. Stamtąd też często pochodzą członkowie komitetów, których zadaniem jest pilnowanie, czy placówka banku przestrzega nakazów szariatu – muzułmańskiego prawa religijnego.

 

Z uwagi na niejednoznaczność i archaiczny język, którym spisano Koran, muszą to zawsze być wykształceni teologowie, często radykalni w swoich poglądach. Za najgłębiej zaangażowany we wspieranie terrorystów, eksperci uznają bank Al-Rajhi. Z jego usług korzystał między innymi Ayman al-Zawahiri – długoletni szef Al-Kaidy i następca Osamy Bin Ladena. Wszelkie zapytania amerykańskich i europejskich służb o udostępnienie informacji, zawsze kończyły się jednoznaczną odmową. Bank twardo chroni prywatność swoich klientów, a przyjaźń dynastii panującej – oficjalnie sojuszników Wuja Sama – zapewnia całkowitą bezkarność.

 

Polska nieopłacalna

 

Właśnie chłodnej kalkulacji szefów korporacji terrorystycznych zawdzięczamy fakt, że nie było w Polsce zamachów. Atak na Polskę jest po prostu mało opłacalny. Z racji dosyć hermetycznego społeczeństwa jest on trudniejszy do przeprowadzenia niż w wielokulturowych miastach Zachodu. Na dodatek nie ma na czym zarobić. Polski rynek finansowy jest za mały. Nie mamy też dużych powiązań finansowych z krajami Europy Zachodniej. O ile zamach w Brukseli spowodował zniżkę warszawskich indeksów giełdowych, to podobny atak na Warszawę mógłby na zachodnich giełdach zostać nie zauważony. Czyli zaściankowość Polski jest tutaj najlepszą obroną przed terrorystami.

 

W Polsce doszło jak do tej pory tylko do jednej poważnej próby zamachowej. W 2003 r. ABW udaremniło skoordynowany zamach na polskie kościoły. Miało to być uderzenie w Polskę jako sojusznika USA wspierającego ten kraj w wojnach w Iraku i Afganistanie. Zamach się nie udał m.in. dzięki pomocy Amerykanów, którzy udostępnili nam możliwość namierzania zamachowców przez identyfikowanie używanych przez nich telefonów na kartę na podstawie głosu.

 

Polska jest nieopłacalna jako cel terrorystów, ale może stać się celem „okazjonalnym”. Takim wydarzeniem, które terroryści mogliby chcieć storpedować są np. tegoroczne Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. ABW już ma informacje od służb francuskich, że terroryści prowadzą rozpoznanie tej imprezy.

 

Jesteśmy więc bezpieczniejsi niż mieszkańcy Europy Zachodniej, ale nie jest to bynajmniej zasługa naszych służb i polityków, tylko zacofania gospodarczego.