Lepszy brak polityki kulturalnej niż kulturalna „polityczka”

Moja teoria co do polskiej polityki kulturalnej streszcza się w, bliższym czasowo niż utwór Prousta, cytacie z piosenki Grzegorza Ciechowskiego o znamiennym tytule „Biała flaga”. Fragment: „Schowali się po różnych mrocznych instytucjach; pożarła ich galopująca prostytucja”, idealnie oddaje kulturalną politykę państwa, a – prawdę mówiąc – jej brak.

Ten brak polityki kulturalnej państwa wypełniła polityczka jego kulturalnych instytucji, którym państwo przekazuje co roku mniej niż procentowy ochłap budżetu ze słowami: róbta, co chceta, byle „urzędowo” było to skuteczne. To znaczy: dajemy kasę, ale to ma być widoczne w statystykach, słupkach, postępowym wizerunku donatora. Donatora de nomine, czyli urzędnika, a nie donatora de facto, czyli podatnika.

Tacy nowocześni i otwarci

Urzędnik uwielbia światowy rezonans, popisy międzynarodowe, efekt nadążania za tymi, wobec których ma kompleksy. No i poświst, efektowny, jak polerowany dzwon, tym bardziej donośny, im bardziej pusty w środku. Urzędnik, a tym bardziej urzędnik-polityk wprawdzie nie rozumie warsztatu sztuki, ale świetnie szacuje tematy sztuki: który jest nośny, gdzie trzeba poprawny, który jest groźny, który na rękę etc. Tak, jak za komuny, urzędnik z przyczyn politycznych najpierw tępił abstrakcję, bo widział w niej wpływ imperialistycznej zgnilizny Zachodu, ale jak się wreszcie zorientował, że mało komunikatywna społecznie abstrakcja jest w stanie mniejsze wyrządzić mu szkody niż np. figuracja, czyli – wg niego – ilustracja, dopuścił słynne 15 proc. abstrakcji. Załatwiając sobie tym samym opinię otwartości.

Kontrowersja politycznie poprawna 

Z tych powodów „polska” sztuka krytyczna (Katarzyna Kozyra, Zbigniew Libera) czy sztuka socjo-polityczna proponowana przez Artura Żmijewskiego urzędnikowi-technokracie jest jak najbardziej na rękę. Więcej, taki jej kształt, to jest jego odwieczne marzenie, ponieważ załatwia wszystkie potrzebne mu kwestie:

1. Jest krytyczna. Tylko z nagłówka i – co znamienne – krytyczna głównie w stosunku do społeczeństwa, czyli do elektoratu urzędnika-polityka – jego obyczajowości, religijności, przywar, narowów. Choć w zamiarze (Żmijewskiego), mająca być społecznie stosowana, społeczeństwo detalicznie i hurtowo ma ją gdzieś, do czasu aż artysta wyraźnie nie napluje w twarz społeczeństwu za jego pieniądze.

2. Jest „światowa”. Katarzyna Kozyra, Zbigniew Libera, Paweł Althamer czy Artur Żmijewski bynajmniej nie wymyślili mediów i tematów, którymi się posługują. Kozyra „rąbie” ze światowych pierwowzorów od początku, czyli od tzw. piramidy, z Jeffa Koonsa, Damiena Hirsta, Angusa Fairhursta, Sarah Lucas; Libera z klocków lego Johna Cake & Darrena Neavena, z urządzeń korekcyjnych Erica van Lieshout; Althamer z Mony Hatoum, z podróży Ai Weiweia, ze ścieżek w zbożu Milenko Matanovicia i ze złota kombinezonów Lucy Orta. A Żmijewski z eksperymentów Zimbardo i Santiago Sierry. Oryginalność złożona w ofierze pojęciu nadążania.

3. Nareszcie, dla urzędnika i polityka „z łapanki”, taka sztuka jest „zrozumiała”, bo też jest rodzajem „urzędolenia” i polityki. Nie jakieś tam pracowniane pomysły i poszukiwania form dla niego bezużytecznych, czyli politycznie indyferentnych. Jak trzeba, polityk może się taką sztuką podeprzeć z wyborczym zyskiem albo zignorować bez wyborczych kosztów. Jeśli zdecyduje się podeprzeć, wtedy zazwyczaj nie szczędzi kasy ekstra, np. na wystawę „Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. Wtedy nieważne było, że większość naszych wojennych strat do dzisiaj nie zostało wyrównanych, że i my „zaaresztowaliśmy” tzw. Berlinkę (kolekcję niemieckich starodruków, które Polacy odnaleźli w 1945 r. na Dolnym Śląsku – red.), że do dzisiaj w niemieckich antykwariatach znajdujemy starodruki z polskich zbiorów („Ptolemeusz”) i skradzione dzieła sztuki (Gierymski – „Pomarańczarka”), że cywilizowany świat (Szwajcaria) odwraca się od kulturalnej współpracy z podejrzanymi kolekcjonerami z Niemiec (Flick). Polska, światowo niewzruszona, z zadowolonym ministrem jedzie otwierać wystawę za miliony, asygnując dla pani kurator Andy Rottenberg 220 tys. zł, która – żeby ustawie o jawności przetargów stało się zadość, a jednocześnie, żeby utrącić ewentualną konkurencję do kasy – złożyła swoją słynną ofertę na… portalu spożywczym! http://www.portalspozywczy.pl/przetargi/204783_403.html

Forma ponad wartość

Jak już pisałem, spustoszenie finansowe w kieszeniach artystów i pękate portfele „obsługiwaczy” sztuki jest niczym przy generowanym w ten sposób spustoszeniu aksjologicznym (szacowania wartości propozycji artystycznej). Zawsze z tym nie było najlepiej, ale teraz jest to już dramat zagrażający podstawom. Specyfiką bowiem sztuki, odróżniającą ją od publicystyki oraz wszelkiej informacji czy ilustracji, zawsze była forma – jej jakość jako funkcja doskonale opanowanego warsztatu oraz jej nowatorstwo jako przełamanie i wzbogacenie warsztatu zastanego. To były wyznaczniki pozycji proponującego ją artysty. Forma, której w żaden inny sposób zrobić nie można, niż zrobiły to najlepsze przejawy porównywalnego gatunku. Oczywiście nie jest tak, że zjawiska zwane teraz sztuką i pokazywane w instytucjach sztuki nie mają żadnej wartości. Mają. Ewidentnie mają – na przykład poznawczą. Jest to niewątpliwie jakiś rodzaj społecznej aktywności. Są to też – jak wszystko dookoła – jakieś zjawiska plastyczne. Ale nie każda aktywność tworząca zjawisko plastyczne jest dziełem sztuki. Tym, co odróżnia zjawisko plastyczne (jak pisał Pevsner, np. szopę na rowery) od dzieła sztuki (katedry w Lincoln), zawsze były i są użyte w nim właściwości formy. A także zdolność oddziaływania tymi właściwościami, a nie – osadzonym na najniższych instynktach, łatwym koncepcyjnie i wykonawczo – zabiegiem, np. skandalu.

Kultura się nie liczy

Niestety, łatwość epatowania np. perwersyjną treścią działań uchodzących za sztukę bierze się z bardzo niskiej jej sprawdzalności. Ma to ścisły związek z faktem, że sztuka, będąc metadziedziną potencjalnie dla każdego, sprawdzalna jest tylko dla bardzo nielicznych. Na dodatek sztuka jako dziedzina przekładu najmniej sprawdzalna jest dla mentalności urzędniczej, skutecznej wyłącznie wprost. Urzędnik czy polityk z natury patrzy jednotorowo. Jest jak najdalej od sztuki, co z kolei jest okolicznością korzystną dla tych, którzy najszybciej konstatują, że mała sprawdzalność sztuki sprzyja wysokiej stopie jej zwrotu. Tak więc urzędnik daje ochłap z łaski na odczepnego, bo nie sądzi, że można z tego ochłapu wygospodarować coś istotnego. Na tyle istotnego, że później sam jest tym zdziwiony (w upadającym Detroit tamtejszy urzędnik, będący autorem katastrofy gospodarczej miasta, nagle zainteresował się możliwością intratnej sprzedaży zawartości zbiorów miejscowego muzeum). Polski urzędnik, zblazowany faktem, że przeznacza na kulturę raptem 2/3 procenta budżetu, nie przywiązuje wagi do jej istotności. Ignoruje więc fakt, jak te 2/3 proc. później funkcjonuje i do czego się sprowadza. Nie wgłębia się w znaczenie słowa kultura (z łac. uprawa), nie docieka liczby faktycznych beneficjentów etc. Niczego się nie spodziewa po czymś, na co przekazał relatywne grosze. O, bo taka np. zbrojeniówka to jest kąsek. A tu?!

A tu się zrobiła zdrojeniówka, czyli niespodziewane zadowolenie ministra, że z byle czego można jakiś tam bicz jednak ukręcić: spektakularnie podeprzeć kulturą polską prezydencję w Unii, pokazać się w widocznych akcjach, typu Polska Year 2012, a także obok możnych w Berlinie. Minister nie lubi „jakiegoś tam” zwyczajowego wyrównywania szans dotacjami, tylko lubi, jak się „bogatemu byk ocieli”. Tu rzuci ekstra siedem milionów temu, co i tak ma kilkanaście w budżecie, ówdzie milion, gdzie i sześć było mało, doda trzy miliony do już danych siedmiu, a gdzie indziej pięć do już wydawanych 15. Minister Zdrojewski załatwia sprawy po żołniersku: niech silniejszy wygrywa. Chociaż póki co, ministrowi, miłośnikowi sił zbrojnych, muszą wystarczyć „armaty ukryte w kwiatach” z ogrodu kultury.

Prywatnie? Na przegranej pozycji

W samorządach, radni i spece od kultury po żołniersku wzorują się na wodzu naczelnym, czyli ministrze. Pchają kasę do tych instytucji kultury, które wcześniej upchali „naszymi”, czyli „spadami” z kampanii wyborczej. Samorządy rzucają ten ochłap samorządowym ośrodkom kultury nie dlatego, że są ośrodkami kultury, tylko dlatego, że są ośrodkami samorządowymi. Wystarczyłoby w nich robić to samo i dla tych samych odbiorców, ale zmienić tabliczkę ośrodków z przymiotnikiem „samorządowy” na „prywatny”, by wyciek samorządowej dotacji z dnia na dzień został zatkany. Ba, nawet gdyby w tych prywatnych ośrodkach gospodarowano 10 razy lepiej niż w samorządowych i dla tych samych odbiorców, wyciek by się o kroplę nie powiększył. No, może o kroplę tak, jeśli prywatny potrafi głośniej się upomnieć, niż to ustawa o działalności kulturalnej przewiduje. Teraz jest tak, że jeśli dyrektor ośrodka kultury ma pomysł na imprezę wydawniczą, wystawienniczą czy koncertową, pierwsze pieniądze na nią weźmie z budżetu instytucji, którą kieruje (łatwo dostępny wkład „własny”), drugie w formie grantu – z IAM, NCK, PISF, IAW, MKiDN etc., a trzecie w formie pensji dyrektorskiej. Jeżeli to samo chce zrobić prywatny przedsiębiorca kulturalny, który np. wyremontował i sam utrzymuje dany lokal albo go wynajął, jeśli rzeczywiście wyłoży wkład własny, a będzie miał szczęście załapać się na jakiś grant, to co najmniej ten wkład własny będzie miał w plecy, jeśli nie wszystkie powyższe składowe. A urząd i jego pracownicy powiedzą: „No, konkuruj z nami, konkuruj i jeszcze nie zapomnij „odprowadzić’ to, co się przecież normalnie urzędowi należy”.

Andrzej Biernacki

Ur. w 1958 r. Studiował na Wydziale Malarstwa warszawskiej ASP, u prof. Jacka Sienickiego. W latach 1986–92 był asystentem Jacka Sienickiego, a następnie prowadził Pracownię Rysunku na Wydziale Rzeźby ASP. Jako malarz miał ok. 30 wystaw indywidualnych (Warszawa, Berlin, Paryż, Thun, Essen), brał udział w pokazach zbiorowych (Ostenda, Berlin, Hamm, Warszawa, Strasbourg, Bazylea). W 1991 r. zakupił od miasta Łowicza zrujnowany, zabytkowy kościół ewangelicki (proj. H. Marconi z 1938 r.), który po kilkuletnim remoncie i adaptacji stał się siedzibą Galerii Browarna. Miało w nim miejsce ok. 50 wystaw (m.in. Mariusza Łukasika, Jacka Sienickiego, Jacka Sempolińskiego, Józefa Chełmońskiego, Gustawa Zemły, Artura Nacht-Samborskiego, Konrada Krzyżanowskiego) oraz kilkadziesiąt koncertów (m.in. Konstantego A. Kulki, Reginy Smendzianki, Andrzeja Kurylewicza i Wandy Warskiej, Stanisława Drzewieckiego, Jerzego Romaniuka). W ramach wydawnictwa Galerii Browarna ukazało się ponad 70 różnych pozycji wydawniczych, w tym albumy malarstwa: Jacka Sienickiego, Konrada Krzyżanowskiego, Witolda Wojtkiewicza, Artura Nacht-Samborskiego). Opublikował kilkaset różnych tekstów nt. społeczne i kulturalne w katalogach, albumach, prasie lokalnej i branżowej. Współpracuje z poznańskim pismem o sztuce „Arteon”.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN