Licencja na zabijanie

Pięć lat temu wiceminister finansów Jacek Kapica upoważnił Izbę Celną w Przemyślu do badania automatów do gier hazardowych. Izba nie miała żadnych uprawnień i wymaganych certyfikatów. Kolejne sądy, prawomocnie „rozjechały” decyzję Kapicy. Skarb Państwa ponosi straty, a sam Kapica powinien otrzymać zarzut przekroczenia uprawnień, czasu nie ma dużo, bo do przedawnienia przestępstwa dojdzie już za 7 dni.

Nie było to jedyne działanie Jacka Kapicy, które może być uznane za przestępstwo. Po kilku latach ścigania mafii hazardowej kontrolującej jednorękich bandytów, Prokuratura Apelacyjna w Białymstoku opracowała i w maju 2014 r. przesłała do Ministerstwa Finansów kilkudziesięciostronicowy dokument, sygnalizujący nieprawidłowości dotyczących reglamentacji hazardu, dostrzeżonych w działaniach resortu przed 2010 rokiem. Prokuratorzy, zamiast gromić mitycznych hazardowych złoczyńców, dość wyraźnie wskazali, że za nieład na rynku automatów do gier odpowiedzialni są przede wszystkim resortowi urzędnicy, a nie przedsiębiorcy eksploatujący maszyny zarejestrowane przez Ministerstwo bez żadnych uwag.

 

Opracowanie to było dalece niewygodne dla Jacka Kapicy – ówczesnego resortowego dygnitarza z nadania Platformy Obywatelskiej i szefa Służby Celnej. Osobiście wykonywał on polecenie Donalda Tuska z czasów „afery hazardowej” w 2009 roku, który autorytarnie zarządził zepchnięcie kłopotliwych automatów do gier z ulic wyłącznie do kasyn.

Teraz prokuratorzy dość dobitnie wskazywali, że Kapica (na swoim stanowisku od początku lutego 2008 roku), jawił się jako jeden z głównych odpowiedzialnych za chaos związany w automatami: najpierw to on sam miał niewłaściwie nadzorować działania urzędników, przyczyniając się tym do wywołania nieładu na rynku, po czym ochoczo przystąpił do porządkowania tego bałaganu, zuchwale przy tym twierdząc, że za jego istnienie odpowiada nie on i inni urzędnicy, lecz wyłącznie przedsiębiorcy hazardowi, których wobec tego trzeba ścigać i przykładnie ukarać.

 

Jasne było wobec tego dla wszystkich znających temat, że Kapica traci grunt pod nogami i lada moment może zostać strącony w otchłań urzędniczej nicości – dla każdego mundurowego celnika, nawet w randze generała, tego rodzaju ewentualne prokuratorskie zarzuty to w najlepszym razie zawieszenie w obowiązkach do wyjaśnienia sprawy, a przy prawomocnym skazaniu – wydalenie ze służby. Prokuratorzy z Białegostoku w istocie taki właśnie plan mieli, chociaż jego realizacja okazała się dalece niedoskonała i w efekcie pozwoliła Kapicy wywinąć się z kłopotów. Przypomnijmy: na przełomie lata i jesieni owego 2014 roku nawet przychylne Platformie Obywatelskiej media relacjonowały, w tonie sporej sensacji, że oto na skutek nie do końca jasnej i zrozumiałej ingerencji Prokuratury Generalnej, kierowanej wówczas przez Andrzeja Seremeta, postępowanie karne dotyczące hazardowych nieprawidłowości w Ministerstwie Finansów za okres przed 2010 rokiem nagle i niespodziewanie odebrano z Białegostoku i przekazano do dalszego prowadzenia do Poznania. Kilka dobrych tygodni zabrało nowym gospodarzom sprawy przekopanie licznych dokumentów i zorientowanie się, co też w Białymstoku ustalono i na jakiej podstawie – i to był właśnie czas, który okazał się deską ratunku dla tonącego szefa celników. Urzędnicze przestępstwo niedopełnienia obowiązków, czyli to, które białostoccy śledczy chcieli Kapicy zarzucić, przedawnia się z upływem 5 lat, ale przedstawienie zarzutów konkretnej osobie pozwala ten okres przedłużyć na kolejne kilka lat. Jeśli więc postępowanie karne dotyczyło nieprawidłowości przed 2010 rokiem, to – jak łatwo policzyć – przedawnienie zapadało z końcem 2014 roku. Manewr Prokuratury Generalnej doprowadził więc do przedawnienia możliwości postawienia zarzutów, czyli pozwolił Kapicy zachować tak stanowisko, jak i mundur.

————————————————

Więcej w najnowszej „Gazecie Finansowej”

E-wydanie: https://wogoole.pl/kwiecien/217-gazeta-finansowa-142016.html