Muza jest kluczowa – Marek Dutkiewicz o Jolce i nie tylko

Marek Dutkiewicz jest autorem tekstów znakomitej większości piosenek, które znamy i lubimy: „Szklana pogoda”, „Chodź, Pomaluj mój świat”, „Za ostatni grosz”, czy wreszcie „Jolka, Jolka pamiętasz”, którą na Woodstocku zaśpiewało siedemset tysięcy ludzi. To wyjątkowe wydarzenie dało asumpt do powstania książki, w której opowiedział o barwnym życiu i ciekawych ludziach. Mówi zaś o swoim stosunku do alkoholu, dyskotek i współczesnej muzyki. Wyjaśnia też, dlaczego nie został polskim Szekspirem oraz co z tym wspólnego mają Indianie i kobiety. Rozmowa z Markiem Dutkiewiczem

 

Przez Pana książkę przelewa się takie morze alkoholu, że przy czytaniu warto spróbować ją wyżąć, a nuż coś kapnie.

Pierwsza recenzja, jaką dostałem, brzmiała: „To pamiętnik alkoholika”. A co takiego ciekawego wydarza się na trzeźwo, że warto to zapamiętać i jeszcze odnotować, na dodatek w książce? Nie da się ukryć, że żyjemy w takim klimacie i nie będę za to przepraszał. Alkohol – w rozsądnych dawkach – bardzo często nam towarzyszy, a to, co opisałem w książce, jest przykładem igrania z dawkami nierozsądnymi.

Nad wspomnieniami z PRL-u często unoszą się opary alkoholowe. Jak pisze Pan we wstępie, książka powstała dla siedmiuset tysięcy ludzi, którzy na Woodstocku odśpiewali „Jolka, Jolka pamiętasz”, a dla których PRL to „egzotyczny kraj”. Tylko że Pana opis nie ma wiele wspólnego z PRL-em, nie ma pałowania, SB-ków, kartek…

Rzadko mnie pałowali. Chciałem oddać smak i zapach PRL-u, jakim go zapamiętałam. To były czasy szczeniackiej młodości, sukcesów odniesionych przy pierwszych nagraniach. Patrzę na ten czas przez potwornie różowe okulary, moje wspomnienia są szalenie barwne. Nigdy nie twierdziłem, że zajmowałem się jakąkolwiek działalnością opozycyjną. Małgosia Ostrowska w jednym z wywiadów powiedziała, że piosenka „Śmierć dyskotece!” mówi o radiowozach milicyjnych, które nadjeżdżały świecąc i wyjąc, a były symbolem potwornej opresji. Tymczasem ja po prostu nie cierpię dyskoteki jako takiej, jako instytucji, więc powiedziałem: „Przepraszam Cię Małgosiu, ale nie walczyłem w ten sposób z komuną”.

Czy nie lubi Pan dyskoteki, bo nie lubi Pan tańczyć?

Czasami tańczę, ale to raczej rodzaj tańca wyzwolonego. Wspominam dwie sytuacje, w których musiałem zatańczyć walca i towarzyszyła temu potworna trauma. Po szczegóły odsyłam do książki. A dyskoteka jako miejsce, w którym nie można pogadać i poza parkietem nie można wejść w bliższy kontakt z nikim, po prostu mnie odrzuca.

Ludowa ojczyzna wykształciła Pana najpierw na skrzypka, a potem prawnika. Jak się Pan ludowej ojczyźnie odwdzięczył i czy przepracował Pan choć godzinę w wyuczonym zawodzie?

Moje studia były przygodą niesłychanie rozciągniętą w czasie. W międzyczasie wpadłem też na chwilę na anglistykę, gdzie zajmowałem się głównie wystawieniem sztuki Harolda Pintera. To były burzliwe czasy. Nie zostałem magistrem. Moja mama Zofia bardzo ubolewała z tego powodu, ale to przypadek rządzi ludzkim losem. Gdyby nie sukcesy pierwszych nagrań, to być może byłbym teraz ponurym, sfrustrowanym adwokatem albo, nie daj Boże, sędzią. Na szczęście los mnie od tego uchronił. Z przyjaciółmi bardzo wcześnie zaczęliśmy się interesować muzyką. Wszyscy ludzie, którzy wówczas traktowali to jako szczeniackie hobby, nadal żyją z tej muzyki, tkwią w niej. To ludzie, których przygarnęła wtedy Rozgłośnia Harcerska. To wspaniałe miejsce na mapie Warszawy, Konopnickiej 6…

Teraz mieści się tam nasza redakcja.

W Rozgłośni Harcerskiej nie spotkałem nigdy ani jednego harcerza ani zucha. W tamtych czasach płyty były nieosiągalne, a na czarnym rynku osiągały kosmiczne ceny. A jak ktoś skombinował jakiś winyl, mógł go na antenie zaprezentować i wszyscy wielcy ludzie radia jak Mann, jak Kaczkowski, jak Marek Wiernik zaczynali właśnie od Rozgłośni Harcerskiej. Muzyka szalenie nas integrowała.

A jak wybrał Pan studia?

Studia szły swoim torem, trudno mi nawet odtworzyć decyzje, jakie podejmowałem. Co może wiedzieć kilkunastoletni chłopak, który decyduje się na studia? Młodzi ludzie, jeśli mogą sobie na to pozwolić, mają czas do namysłu, podróżują po świecie, szukają siebie, wtedy decydują, co z nimi będzie w przyszłości. Moja droga była dość jasna. W dekadzie Gierka, a może i potem, trwał kult magistra: żeby skończyć studia, dotrwać do finału, uzyskać dyplom, to było wielkim wyzwaniem.

Powiedział Pan o tym, że panował wielki głód płyt. Obecnie mamy raczej przeciwieństwo tej sytuacji – panuje nadmiar. Ta ilość pewnie nie przekłada się na jakość, ale czy teraz powstają równie ciekawe, ponadczasowe utwory jak kiedyś?

Trudno powiedzieć i trudno do tych ciekawych utworów dotrzeć. Radia prezentują trochę bezjajeczną papkę. Istnieje kolosalne rozproszenie gatunków muzycznych. Na spotkaniach autorskich często pada pytanie o warunki, w jakich pisze się teksty, w jakich powstają przeboje. Kiedyś znacznie łatwiej było dotrzeć z potencjalnym przebojem do słuchacza. Stacji było niewiele, a jeśli utwór gdzieś zaistniał, na przykład w Trójce, miał ogromną szansę na zdobycie popularności. Taka klasyczna sytuacja dotyczy piosenki „Jolka, Jolka pamiętasz”. Do tej pory jestem wdzięczny Piotrowi Kaczkowskiemu, który zaprezentował ją w sposób genialny. Dostał gorącą jeszcze taśmę – innych nośników wtedy nie było – z tym utworem, docenił ją. Było to pierwsze nagranie Felicjana Andrzejczaka z Budką Suflera, nikt nie kojarzył jego głosu z tym zespołem, w związku z tym było to tajemnicze i dość anonimowe nagranie. Piotr przez tydzień puszczał je w swoich audycjach bez słowa zapowiedzi. Zagotowało się, grzały się telefony do radia. A on wytrzymał ten tydzień z pokerową miną i dopiero w sobotę powiedział: „Jak to Państwo nie wiedzą? To jest nowe nagranie Budki Suflera. Jeśli chodzi o ten utwór mieliśmy masę szczęścia choćby dlatego, że teraz żadne radio nie przytuli singla, który miałby więcej niż trzy minuty. „Jolka” trwa siedem minut i trudno byłoby opowiedzieć tę historię w wersji kompaktowej.

Który pierwszy napisany przez Pana tekst stał się przebojem?

„Chodź, pomaluj mój świat”. Wcześniej też skrobałem różne wierszyki, ale ten tekst miał swoją niezwykłą historią. Z Januszem Krukiem poznała mnie Katarzyna Gärtner, ówczesna gwiazda środowiska muzycznego, podająca się bodajże za córkę kanadyjskiego drwala, osoba obdarzona niesłychanym wdziękiem, ale i talentem muzycznym. Napisała m.in. „Mszę bitową”, „Małgośkę”. Krukowi powiedziała, że jestem wybitnym rokującym poetą, a mnie o nim, że to fantastyczny kompozytor. Patrzyliśmy więc na siebie z kolegą z dużym szacunkiem.

Zasadnicza część Pana książki kończy tekst „Jolki” i wers: „ale nic nie jest proste w te dni”. Wtedy nie było proste, ale teraz prościej się Panu żyje?

Inaczej. Jednak na tamte czasy bym się nie zamienił. Ubolewam, że teraz znacznie trudniej wylansować przeboje i że troszkę spsiały piosenki. Obniżyła się ich ranga, wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy Festiwal Opolski z ostatnich lat, gdzie scenę zdominował balet w kuriozalny sposób. Na polskim festiwalu dużo jest piosenek anglojęzycznych, więc pożeglowało to w osobliwą stronę.

Obserwując rynek książek można stwierdzić, że ich fabuły są coraz prostsze. Widać ta tendencja obejmuje też teksty piosenek. Naród musi je rozumieć – może to o to chodzi?

Nie wydaje mi się. Kiedyś bardzo protestowaliśmy przeciw komisjom dopuszczającym piosenki na antenę radiową. A tymczasem one pełniły rolę bardzo pożytecznego sita i nie dopuszczały rzeczy kiepskich, banalnych, grafomańskich. Mówię teraz wyłącznie o tekstach. Premiowały to, co było oryginalne, wiarygodne czy napisane z pazurem, z talentem. Teraz tego nie ma, teraz decydują bardzo tajemnicze ciała, decydują kuriozalne rankingi. Jeśli puszcza się przez telefon wytypowanemu słuchaczowi jakiś utwór przez 20 sekund, to trudno jego opinię uznać za wiarygodną. Tak podobno wyglądają rankingi dopuszczające w dużych stacjach radiowych utwory na antenę. Rozgłośnie regionalne, które powinny lansować swoich, mieć inny gust, podążają tropem tych wielkich, w związku z czym miele się cały czas te same, niesłychanie płaskie i banalne piosenki. Zadecydował o tym rynek, ale ten sam rynek wymiótł co cenniejsze z nurtu polskiej piosenki. Ciekawe rzeczy dzieją się w polskim hip-hopie, często są to rzeczy bardzo atrakcyjne, także jeśli chodzi o teksty. Nadchodzi pokolenie balladzistów, na przykład Kortez albo Pablopavo, związany bardzo głęboko z Warszawą. Niestety, to jest ciągle margines.

Czy tekściarz to poeta?

Dobrze, jeśli nim bywa. Ja się staram zachować poziom moich piosenek. Najczęściej pisze się dla konkretnych wykonawców, którzy proszą o teksty. Nie mam zwyczaju pisać do szuflady. Szczególnie podoba mi się definicja mistrza Młynarskiego, że pisanie piosenek to jest krawiectwo miarowe. Ma dobrze leżeć i nie pić pod pachami.

Czy woli Pan mieć na początku artystę, dla którego Pan pisze, czy najpierw muzykę, czy pomysł na tekst?

Zawsze wolę mieć artystę, bo tekst musi współgrać z jego teoretycznymi możliwościami. Na ogół mam muzykę, a to jest trudniejsze. Jednak niewielu kompozytorów umie napisać coś sensownego do wiersza, a poza tym to zapewne dla nich spore ułatwienie, gdy dają po prostu własną kompozycję i ja się muszę nad tym pocić. Język polski nie jest wdzięczny. Mało w nim męskich rymów, czyli jednosylabówek, które kończą wers, bo tam przypada akcent. Obecnie wśród świeżo występujących piosenkarek to nie ma znaczenia, bo akcenty pływają u nich w koszmarny sposób. Kłuje mnie to w ucho niesłychanie, ale może jestem w mniejszości.

Czy może Pan dać przykład?

Sarsa pisze takie teksty, w których język w przedziwny sposób jest wciskany we frazy muzyczne, ale ponieważ naród ją pokochał, to może ona ma rację?

Czy hodowanie ziela, które opisuje Pan w książce, już się przedawniło?

Niestety była to jednorazowa przygoda i bezkarna dlatego, że działa się w czasach – jak się okazuje – bardziej liberalnych niż nasza współczesność. W surowym, północnym kraju zioło przyjęło się fantastycznie i mieliśmy z niego ogromny pożytek. A przedawnienie na pewno już nastąpiło.

W tekście Pana książki wydaje się, że jest więcej Krakowa niż Warszawy, a Pan przecież jest warszawiakiem?

Kraków to zawsze było magiczne miasto i jeździło się tam, żeby się w ten Kraków zanurzyć. Ale nie wiem, czy Krakowa jest więcej, bo wspominki warszawskie są mocno rozproszone. Prapremiera książki odbyła się właśnie w Krakowie i przeczytałem znajomym krakusom kilka historyjek.

O kim Pan myślał pisząc: „Warszawa jest smutna bez ciebie”?

Prowadziłem dosyć rozrywkowy tryb życia, więc potencjalnych adresatek mogło być nawet kilka, w związku z czym dobrze było niedoprecyzować.

Profesor Jerzy Bralczyk pełni w Pana książce bardzo szczególną rolę.

Przyjaźń z profesorem Bralczykiem jest dużym zaszczytem dla mojej rodziny. Kiedyś ktoś próbował zawłaszczyć prawo do utworu „Wstawaj szkoda dnia”. Wówczas opinia profesora Bralczyka niesłychanie mi pomogła. Włączył do swojej książki o polskich zdaniach skrzydlatych dwa moje tytuły „Bądź gotowy dziś do drogi” i „Podaruj mi trochę słońca”, więc po pierwsze jestem zaszczycony, a po drugie pozwolił mi przedrukować swoje dywagacje. Moją książkę wypełniają rzeczy osobliwe. Przy ostatniej przeprowadzce znalazłem dwa akty napisanej przeze mnie sztuki teatralnej, która dzieje się na Dzikim Zachodzie. Podejrzewam, że była to moja pierwsza reakcja na lekturę książki „Winnetou” Karola Maya. Musiałem jakoś dać odpór emocjom.

Te dwa akty nie mają finału. Czy pamięta Pan, jak skończył Pan ten dramat?

Pisze się zawsze, żeby zaimponować koleżankom. Wtedy jakoś nie potrafiłem koleżance, w której ręce złożyłem te dwa akty, zaimponować. Mam wrażenie, że nie była ani fanką Dzikiego Zachodu, ani Indian, ani tajemniczych oberżystów – a taka postać tam występowała. Ja, zdruzgotany, porzuciłem myśl o dokończeniu tej sztuki. Jak to często bywa, przez kobietę złamałem pióro dramatopisarza.

Fatalnie. Jak widać muza to ważna rzecz.

Kluczowa.

Książka w pewien sposób stanowi podsumowanie Pana życia. Czy zastanawiał się Pan kiedyś, który z cytatów z piosenek pasowałby najbardziej jako życiowe motto? Zanim pozwolę Panu odpowiedzieć, zasugeruję jeden: „Żyje się wiesz, tylko po to, by biec”.

A to piękne. Popieram ten pomysł. À propos podsumowań, to napisałem, że zazwyczaj wydaje się nam, że działamy i szczyt sukcesów jest jeszcze przed nami. Ale od czasu odśpiewania „Jolki” przez siedmiusettysięczny tłum, mam szczyt za sobą. Takiego audytorium już mi się nie uda zebrać. Ale pod wybranym cytatem podpisuję się oburącz.

 

——