Na ścieżce hiszpańskiej

Desygnowany na stanowisko Prezesa Rady Ministrów Kazimierz Marcinkiewicz przedstawił, w czasie trójmiejskiej konwencji wyborczej kandydata na fotel prezydenta Lecha Kaczyńskiego, punktowy program „solidarnej polityki gospodarczej” przyszłego rządu. Przede wszystkim słowo pocieszenia. Istotne jest, że program zaprezentowano w ramach kampanii…

To pozwala to mieć nadzieję, że nie opiera się on tylko na sloganach powtarzanych uparcie i przez wszystkich w miarę rozsądnych od lat, ale już przez nikogo nie realizowanych lub realizowanych szczątkowo.

Można też liczyć, że poza deklaracją znacznego zwiększenia wydatków budżetowych i przy niepewnych założeniach wzrostu przychodów w przyszłości, Kazimierz Marcinkiewicz ma również propozycje dotyczące oszczędności, jakie można by poczynić w budżecie. Nie zdradza ich zaś tylko dlatego, że kampania wyborcza wciąż trwa i nieostrożne wypowiedzi mogą, tak jak w przypadku PO, kosztować jego protektorów kilka procent cennych głosów.

Pierwszy filarem mają być niskie podatki. Z tą propozycją w zasadzie nie ma co dyskutować. Niższe podatki znaczą po prostu, że więcej pieniędzy pozostanie w kieszeni i do dyspozycji obywateli. Choć realizacja planu obniżek przez system dodatkowych ulg może budzić wątpliwości, bo to znów komplikacja systemu…

Dziwić może też stwierdzenie, że niższe podatki mają być fundamentem walki z bezrobociem. Tym bardziej, że PiS – o ile pamiętam – za takie stwierdzenia ostro atakował Platformę jeszcze w toku kampanii parlamentarnej.

Poza tym, ulga czasowa dla osób prawnych na zatrudnianie, podobnie jak inne czasowe ulgi, nie sprawdza się jako trwały bodziec generujący miejsca pracy, a przyznanie jej tylko firmom rozliczającym się w ramach CIT oznacza uniemożliwienie korzystania z niej małym przedsiębiorstwom stanowiącym w naszym kraju znakomitą większość. Przewidywane, choć prawdopodobnie zaniżone, straty budżetu z tytułu tych ulg wynoszą 14 mld zł. Dla nich też trzeba znaleźć pokrycie w oszczędnościach, bo niższe podatki nie muszą oznaczać automatycznie wzrostu ich ściągalności.

Jako kolejny filar swojej polityki gospodarczej Marcinkiewicz wymienił znaczące zwiększenie inwestycji, od którego – jego zdaniem – zależy w dużym zakresie wzrost zatrudnienia. Z tym, że inwestycje mają być kontrolowane przez państwo i agencję inwestycyjną. Jednym słowem interwencjonizm, tak zersztą bliski PiS-owskiemu myśleniu o gospodarce. Bliski myśleniu socjalistycznemu w ogóle i wierze, że gospodarkę podgrzeją przede wszystkim duże nakłady, których koszty poniesie całe społeczeństwo.

Podobnie myślano w Hiszpanii za czasów socjalistów Fellipe Gonzalesa, kiedy to zwiększano wydatki publiczne z 27 proc. PKB (1978 r.) do 39 proc. (1994 r.). To spowodowało, że w latach 80. szybko powiększał się deficyt budżetowy i w efekcie dług publiczny wzrósł z 14 proc. PKB w 1978 r. do 60 proc. w 1994 r. „Grzaniu” hiszpańskiej gospodarki towarzyszył wzrost bezrobocia do ponad 20 proc. Dopiero rząd José Marii Aznara zmienił politykę – dokonał cięć w wydatkach sztywnych (głównie związane ze sferą socjalną: wczesne emerytury, renty przedemerytalne itp.). Dopiero wówczas w gospodarce hiszpańskiej nastąpił znaczący wzrost miejsc pracy.

Marcinkiewicz opowiedział się także za ingerencją państwa w politykę pieniężną. Utrzymanie taniego złotego to jedna z propozycji ochrony polskich eksporterów. I znów prosty interwencjonizm ma jakoby pomóc gospodarce. Interwencjonizm, niestety, zabijający innowacyjność… Tymczasem ostatni raport UNCTAD mówi wyraźnie, że Polska nie powinna już konkurować z innymi krajami kosztami, bo z biegiem czasu i tak pojawią się konkurenci tańsi. Wysiłki należy koncentrować na kreowaniu nowych rozwiązań technologicznych i związanych z bardziej zaawansowaną strukturą finansowania inwestycji, które spowodują, że Polska będzie miała przewagę.