Nie zostawiajmy polityków samym sobie!

Z byłym wicepremierem i ministrem finansów, przewodniczącym Rady FOR prof. Leszkiem Balcerowiczem rozmawiali Kordian Kuczma i Agnieszka Markowska

Jakie zadania w pierwszej kolejności powinien realizować nowy minister finansów po wyborach parlamentarnych? Czy wystarczy, aby politycy nie szkodzili gospodarce nadmiarem interwencjonizmu?

Wyborcy powinni kontrolować polityków, zmuszając ich do podejmowania decyzji zapewniających stabilność i rozwój gospodarki. Nie podlega dyskusji, że demokracja jest lepszym ustrojem od dyktatury, jednak brak aktywnej postawy obywateli, broniących wolności gospodarczej i dyscypliny finansowej może przynieść takie rezultaty, z jakimi obecnie zmaga się Grecja. Polska jest wciąż krajem „na dorobku”, odrobiliśmy już sporą część dystansu, jaki dzieli nas od dobrobytu np. w Niemczech, zostało jeszcze sporo do zrobienia. Jeżeli kraj na takim poziomie rozwoju gospodarczego, jak Niemczy czy Włochy przestaje się rozwijać, nie jest takim dramatem, jakim byłoby dla Polski zahamowanie wzrostu gospodarczego oraz wiążąca się z nim, nadal duża, emigracja młodych Polaków.

Przekonanie, że stan finansów publicznych zależy głównie od ministra finansów to przesąd. Stan finansów państwa, m.in. siła złotówki zależy od całego układu rządzącego, a także od opozycji. W Polsce wciąż nie mamy powodów do zadowolenia, ponieważ mimo wzrostu gospodarczego deficyt budżetowy sięga 3 proc. PKB. Konieczne jest więc ograniczanie długu publicznego poprzez zmniejszenie deficytu budżetowego, a przede wszystkim przez racjonalizację wydatków z budżetu.

Czyli najlepszy sposób na redukcję długu publicznego to wybór odpowiedzialnych parlamentarzystów?

Nie tylko parlamentarzystów, ale i wszystkich rządzących. Potrzebujemy polityków, którzy realnie zajmą się naprawą finansów publicznych, zamiast składania obietnic, których realizacja tylko pogorszyłaby ich stan.

Ostro krytykuje Pan pojawiające się w dyskursie publicznym pomysły na politykę prorodzinną. W jaki sposób powinna być więc ona prowadzona? A może w ogóle nie ma powodów, aby obawiać się o wpływ czynników demograficznych na polską gospodarkę?

Starzenie się społeczeństwa i próby przeciwdziałania jego skutkom to dwa odrębne problemy. Muszą się z tym zmagać wszystkie kraje o rozwiniętej gospodarce i niektóre stojące na niższym poziomie rozwoju. Z punktu widzenia spadającej liczby ludzi w wieku produkcyjnym, bardzo ważnym ruchem było podniesienie wieku emerytalnego w Polsce. Propozycje obniżenia go uważam za polityczne szkodnictwo. Proszę zwrócić uwagę, że Grecy dopiero teraz zaczęli podwyższać ten wiek.

Pomysły, o których Państwo wspomnieli, to slogany. Jak ich autorzy zamierzają zwiększyć liczbę dzieci? Badania prowadzone w innych krajach pokazują, że większość działań podejmowanych w ramach polityki prorodzinnej jest nieskuteczna. Nie wiadomo także, gdzie nasi populiści planują znaleźć pieniądze na dofinansowanie rodzin wielodzietnych. Prawdopodobnie osobom, które planują dodatkowe potomstwo, pomogłoby ułatwienie łączenia pracy zawodowej z opieką nad dziećmi.

Uważa Pan, że polska gospodarka jest coraz bardziej innowacyjna, że Polska nie jest już wyłącznie krajem montowni. Czy w związku z tym powinniśmy ograniczyć stosowanie tzw. umów śmieciowych?

Nie dostrzegam związku między dwoma zagadnieniami. O wzroście innowacyjności świadczy wyższy poziom technologii stosowanej w przedsiębiorstwach i poprawa jakości wytwarzanych produktów. Pod tymi względami nastąpiła kolosalna poprawa – w dużej mierze dzięki transferowi rozwiązań z zagranicy, a stopniowo również naszej własnej kreatywności. Twierdzenia o „kraju montowni” są nienawistnym fałszem, zamiast mu ulegać powinniśmy skupić się na reformowaniu szkolnictwa wyższego, zwiększaniu konkurencyjności w niektórych dziedzinach gospodarki.

Nie można dyskutować o rynku pracy używając sformułowania „umowa śmieciowa”, ponieważ taka inwektywa uruchamia negatywne emocje, blokując rozum.

A może popularność tego zwrotu wzięła się z tego, że jest krótszy od „umowy cywilnoprawne”?

Kiedyś stosowano neutralny termin „umowy czasowe”. Za dużo w Polsce próbuje się załatwić poprzez stosowanie wyzwisk w debacie publicznej.

14 października brytyjski parlament przyjął ustawę, która de facto zakazuje deficytu budżetowego. Czy powinniśmy iść w ślad Zjednoczonego Królestwa?

Szczegóły tego aktu prawnego nie są mi znane, ale ogólnie rzecz biorąc prawne ograniczenia wysokości wydatków budżetowych i możliwości zaciągania długów przez Skarb Państwa są pożyteczne, ponieważ stanowią barierę dla fiskalnego populizmu rozmaitych politycznych „świętych Mikołajów”. Oczywiście pod warunkiem, że pilnuje się ich przestrzegania. W Polsce mamy takie reguły, ale praktyka pokazuje, że z racji braku odpowiedniej kontroli społecznej i obywatelskiej nie są w pełni praktykowane.

Czy receptą na problem wadliwej legislacji byłoby przyjęcie zasady, że nowa regulacja prawna może zostać wprowadzona jedynie, jeżeli inna zostałaby zlikwidowana?

Najważniejsza jest dokładna analiza projektów ustaw przed ich uchwaleniem, ponieważ wiele z nich jest pisanych bardzo niedbale lub „pod publiczkę”. Warto byłoby przejrzeć regulaminy parlamentarne różnych krajów pod kątem ograniczeń „radosnej twórczości” posłów. Wprowadzone już przez inne państwa tzw. sunset clauses, czyli wprowadzenie czasowych ram obowiązywania aktów prawnych, również wydaje się warte rozważenia.

————–