Pakt Poroszenko-Merkel. Niemcy zarabiają na Ukrainie

Berlin zaangażuje się także w modernizację lokalnej infrastruktury, szczególnie w tzw. regionach depresyjnych, a przede wszystkim w organizację efektywnego systemu energetycznego, w tym odnawialnych źródeł energii, o co od początku zabiegał Kijów. Realizowanym już we Lwowie projektem pilotażowym jest „zielone miasto”, które pokazuje za niemieckie euro, jak budować nowoczesny miejski system przesyłowy, w tym sieci ciepłownicze. Zresztą także program miast partnerskich, do którego należy 60 ukraińskich ośrodków będzie również intensyfikowany, podobnie jak program nauki języka niemieckiego. W chwili obecnej niemieckim patronatem edukacyjnym zostało objętych 8,5 tys. ukraińskich szkół, uczących języka zgodnie z jego ojczystą metodologią. Jak podlicza berlińskie MSZ ogółem języka Goethego uczy się rocznie ok. miliona Ukraińców. Programy pomocy oświatowej obliczone na powstanie społecznego lobby proniemieckiego są oczywiście zróżnicowane, ale nasi zachodni sąsiedzi kładą szczególny nacisk na ukraińskich stypendystów oraz wymianę naukową. W odpowiedzi na takie zapotrzebowanie niemieckie placówki uniwersyteckie zainaugurowały największy w Europie program badawczy ukrainistyki. Jego celem jest stworzenie sieci merytorycznych kontaktów społecznych oraz wymiana opinii między kręgami nauki, kultury, polityki oraz biznesu obu krajów. A wracając do forum gospodarczego, aby obrady zakończyły się odczuwalnym efektem, w obecności Merkel i Jaceniuka ukraińskie instytucje finansowe podpisały z EBOiR kolejny, wielomilionowy program pomocowy. Cóż, Polacy mogą tylko pozazdrościć, a przede wszystkim nauczyć się szybkiego i skutecznego działania od Niemców. Tym bardziej, że ukraiński blitzkrieg zbiegł się z unijną rekapitulacją filozofii i metod reformowania Ukrainy. Choć szczerze mówiąc, w kontekście decyzyjnej pozycji Niemiec w UE, nie wygląda to wcale na przypadek, tylko na jeszcze jedną możliwość wzmocnienia, a głównie zabezpieczenia niemieckich interesów w tym kraju.

Nacisk Unii

Europejska burza zbierała się nad Ukrainą w miarę, jak nikły brukselskie nadzieje na to, że Kijów zabierze się wreszcie poważnie do demokratycznych i wolnorynkowych zmian rekomendowanych przez UE, a wypatrywanych przez miliony Ukraińców. Zawiedzione oczekiwania zdefiniował w listopadzie ubiegłego roku eurokomisarz ds. polityki sąsiedztwa Johannes Hahn, mówiąc: zbyt często zdarza się, że finansujemy obiecanki Kijowa i czas z tym skończyć. Hahn podkreślił ponadto, że Kijów musi wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że wejście w życie porozumienia o strefie wolnego handlu z UE jest nie tylko przywilejem i korzyścią dla Ukrainy, ale kraj czeka ogromne wyzwanie. W styczniu 2016 r. Rada Europejska zdobyła się wobec Ukrainy na bezprecedensowe działanie. Bruksela zażądała od Kijowa utworzenia specjalnego stanowiska wicepremiera do spraw integracji europejskiej. Precedens polega na tym, że Unia nigdy dotąd nie ingerowała w kwestie personalne i merytoryczne rządów krajowych państw członkowskich, a co dopiero mówić o władzach kraju stowarzyszonego od kilkunastu dni w pełnym tego słowa znaczeniu. Przyczyny ukraińskich niepokojów Brukseli tłumaczy komunikat grupy państw – Przyjaciół Ukrainy, a więc wewnątrzunijnej instytucji wsparcia tamtejszej transformacji. Mówiąc wprost, jakkolwiek UE dostrzega znaczący postęp Kijowa w reformowaniu ustawodawstwa i zmianach instytucjonalnych, to z implementacją są już ogromne kłopoty, a ich miarą jest na przykład poziom zaufania społecznego do wymiaru sprawiedliwości, mierzony zaledwie pięcioma procentami. Powodami hamowania reform są zdaniem unijnych ministrów spraw zagranicznych, osobiste interesy i brak systemowej woli. Bardzo to enigmatyczne, ale w biurokratycznym języku jest to bardzo ostra krytyka stanu ukraińskiej transformacji. Dlatego równolegle powstał pomysł ścisłego nadzoru UE nad wybranymi, acz kluczowymi obszarami reform, a stąd wynikła konieczność wskazania osoby spośród najwyższych ukraińskich urzędników, która będzie je koordynowała, kierując pracami oraz zdając UE raporty o ich postępie. Jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Urzeczywistnienie gospodarczej części umowy o stowarzyszeniu z Unią nakłada na Kijów ogromną odpowiedzialność dostosowawczą. Zniknęły bowiem bariery uniemożliwiające swobodną wymianę handlową, inwestycyjną i kapitałową realizowaną według standardów europejskich. Formalnie Unia chce gwarancji bezpieczeństwa dla swoich przedsiębiorców i inwestorów, ale w świetle skali niemieckiej penetracji Ukrainy oraz zapowiedzianych planów na przyszłość, unijny nadzór dotyczył będzie w największym stopniu interesów ekonomicznych właśnie tego kraju. Z drugiej strony stwarza to jednak pole manewru i kontroli niemieckich apetytów. Jak interpretują zmianę filozofii wobec Ukrainy anonimowi dyplomaci z Brukseli, we wzajemnych relacjach nadchodzi czas rozmowy o sprecyzowanych i jasnych priorytetach działania. Poza tym Bruksela jest niezadowolona ze swojej medialnej nieobecności na Ukrainie. Rząd w Kijowie starannie przypisuje sobie wszystkie sukcesy odniesione we współpracy z Unią lub dzięki niej. Aby temu zapobiec oraz wzmocnić reformatorski zapał, Ukraina będzie odtąd często wizytowana przez unijne delegacje wysokiego szczebla. Zdaniem „Europejskiej Prawdy” UE posyła w ten sposób wyraźny sygnał wsparcia społeczeństwa ukraińskiego oraz nadszarpniętej nieco nadziei, że tamtejszy rząd jest zdolny do kontynuowania transformacji, a Unia jest nadal gotowa wspierać podobne wysiłki. Pozostaje zadać tylko pytanie, w czyim imieniu i dla czyich korzyści unijni dygnitarze będą nadzorować Ukrainę – 28 państw członkowskich UE, czy też Niemiec?

——