Patenty bez szansy. Jak urzędnicy potraktowali wybitnego inżyniera i opozycjonistę

Po wielu miesiącach trwania urzędowej procedury, 29 maja 1996 r. pojemnik Bachanka na mocy ustawy o wynalazczości z dnia 19 października 1972 r., został wreszcie zarejestrowany, otrzymując prawo ochronne nr 54 152 i potwierdzający to, stosowny dokument. Dopiero mając taki certyfikat, Bachanek mógł rozpocząć starania, by jego wynalazek mógł być produkowany na większą skalę i wejść do użytku w polskich przychodniach stomatologicznych. Ale dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe urzędowe schody. Gdy zwrócił się do Państwowego Zakładu Higieny (PIH) w Warszawie z wnioskiem o wydanie opinii dopuszczającej pojemnik do użytkowania odmówiono mu jej wydania, pomimo że rozporządzenie Ministra Zdrowia nakładało na ten urząd obowiązek oceny urządzeń do sterylizacji i związanych z tym opakowań. Kierownik Zakładu Zwalczania Skażeń Biologicznych PIH, dr Krzysztof Kanclerski, który rozpatrywał wniosek Bachanka, zarzucił produktowi, że nie ma w nim uszczelek, zaworów i innych zamknięć, w związku z czym nie może zapewniać dobrej szczelności mikrobiologicznej. Podkreślił również, że Polski Komitet Normalizacyjny (PKN), pracuje nad polską normą dotyczącą pojemnika sterylizacyjnego, która jak zaznaczył, zostanie niebawem wprowadzona. Nie bardzo było wiadomo w oparciu o jakie kryteria uznano w PIH, że pojemnik Bachanka nie spełnia norm, skoro ich po prostu jeszcze nie skodyfikowano. Ale Bachanek nie dał za wygraną, i dalej słał pisma do PIH w tej sprawie. Tam jednak ostatecznie zbyto go stwierdzając, że w jego przypadku nie można wydać żadnych zaleceń lub przeciwwskazań. I na tym sprawa w PIH się zakończyła.

W październiku 1998 r. Bachanek napisał do ministra zdrowia, pytając się wprost, czy skonstruowany przez niego pojemnik na narzędzia stomatologiczne może zastąpić tacki nakrywane serwetami, które obecnie są standardowo używane w gabinetach do zabezpieczania wysterylizowanych narzędzi przed ich bakteriologicznym zanieczyszczeniem. Do pisma dołączył całą dokumentację dotyczącą wynalazku. Ale i tym razem Bachanek nie wskórał zbyt wiele. Minister Wojciech Maksymowicz i jego ludzie byli wówczas całkowicie pochłonięci sprawami związanymi z wdrażaniem reformy ubezpieczeń zdrowotnych w swoim resorcie. Gdy przyszedł nowy rząd koalicji SLD-PSL, Bachanenk dalej słał pisma do kolejnego już ministra i kompetentnych urzędów, chcąc ruszyć sprawę z miejsca i zainteresować ich swoim wynalazkiem. Gdy w 2004 r. weszliśmy do Unii Europejskiej gabinety stomatologiczne powszechnie już zalane zostały papierowo-foliowymi rękawami, w których przechowywały swoje narzędzia. W większości pochodziły one z Chin i były jeszcze gorsze od poprzedniego sposobu ich przechowywania, czyli zwykłej tacki i serwetki. Znacznie gorzej chroniły bowiem przed bakteriami. Ale powszechnie mówiono, że taki sposób przechowywania narzędzi stomatologicznych jest powszechny w całej Unii Europejskiej. Tak było przez następne lata.

W międzyczasie firma Bachanka wyprodukowała pewną ilość pojemników PS-1, rozprowadzając go głównie dzięki znajomościom jego żony po gabinetach na terenie Świdnika i Lublina. W rezultacie tej bardzo ograniczonej sprzedaży, jak podkreślił w rozmowie z nami Bachanek, wychodził w całym interesie mniej więcej na zero. Gdy do władzy doszła PO, jej politycy zaczęli non stop mówić o podniesieniu innowacyjności polskiej gospodarki i wspieraniu krajowych wynalazców. Mieli być oni teraz wydatnie wspierani przez państwo, które miało zapewnić im dużo lepsze warunki do pracy nad innowacyjnymi projektami, które następnie miały produkować polskie firmy. Ale Bachanek szybko zauważył, że tak naprawdę za tymi deklaracjami polityków PO nie stoją żadne realne działania. Bachanek dalej wysyłał pisma do urzędów i instytucji, chcąc je zainteresować swoim wynalazkiem. Mimo wszystko liczył dalej, że uda mu się wreszcie uzyskać odpowiednie papiery, aby jego pojemnik mógł być powszechnie stosowany w gabinetach. To przesądziłoby o ich masowej produkcji. Ale tak się nie stało. Najczęściej słyszał bowiem, że nie ma dla swojego pojemnika dokumentu dopuszczającego do powszechnego stosowania. I wtedy coś podpowiedziało Bachankowi, żeby sprawdził czy foliowo-plastikowe rękawy, jakie są w powszechnym użyciu w polskich gabinetach stomatologicznych, takowy dokument mają. W czerwcu 2015 r. zwrócił się z pisemnym zapytaniem w tej sprawie do Państwowego Zakładu Higieny (PZH) w Warszawie, prosząc o udostępnienie kopii dokumentu, dopuszczającego do powszechnego stosowania papierowo-foliowych rękawów. I wtedy właśnie okazało się, że takiego dokumentu po prostu nie ma. Mało tego! W odpowiedzi jaka do niego nadeszła z PZH napisano, że ani producenci, ani dystrybutorzy wspomnianych rękawów nie zwracali się do Państwowego Zakładu Higieny o wydanie takiego dokumentu i że na dobrą sprawę taki dokument może być wydany tylko w przypadku konkretnego rękawa, nie zaś wszystkich opakowań tego typu. Odpowiedź dosłownie zamurowała świdnickiego wynalazcę. Bo dopiero wtedy zobaczył w jakich oparach absurdów przez lata musiał się poruszać, chcąc produkować i sprzedawać swój wynalazek.

Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI