PKN Orlen wie, co robi!

5 stycznia przedstawiciele PKN Orlen podpisali aneks do długoterminowej umowy z Rosnieft Oil Company. Informacja ta wywołała zdziwienie niektórych komentatorów i bardzo zróżnicowane komentarze. Dominowało w nich swego rodzaju podejście socjologiczne – zdziwienie, że „antyrosyjski PiS” zgodził się na dostawy rosyjskiej ropy. Negatywne oceny tego faktu opierają się jednak wyłącznie na stereotypach.

Łatwo zrozumieć, dlaczego niedawna transakcja może wydawać się podejrzana. Szef Rosnieftu Igor Sieczin jest czołową postacią kremlowskiej frakcji siłowników, brał też udział w przygotowaniach do wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Robiący lukratywne interesy w Europie Zachodniej koncern raczej nie może liczyć na polską sympatię, ale trudno, aby dotychczasowy główny dostawca ropy dla naszego kraju nagle przestał się liczyć.

Ciszej nad tą dywersyfikacją

Analizę tego ruchu Orlenu należy zacząć od stwierdzenia, że nie stał za nim żaden polityczny kontekst, ponieważ negocjacje rozpoczęły się wiele miesięcy przed objęciem funkcji prezesa koncernu przez Wojciecha Jasińskiego. Jeżeli więc można patrzeć na tę transakcję pod takim kontem, to jako na rzadki przypadek konsensusu ponad podziałami partyjnymi. Na pewno nie można postrzegać skorzystania z oferty Rosnieftu jako wyłomu od priorytetów dywersyfikacyjnych w sytuacji istnienia gdańskiego naftoportu, którego wykorzystywaniem już są zainteresowani Saudyjczycy, a jego znaczenie może wzrosnąć po zniesieniu sankcji handlowych obejmujących Iran oraz wejścia USA do światowego handlu ropą.

Na razie trwa przystosowywanie krajowej infrastruktury do korzystania z dostaw nafty drogą morską, można się więc tylko cieszyć z wywalczenia zakupu 18 do 25,2 mln ton tego surowca po cenie ok. 26 mld zł, które zagwarantują stabilność pracy rafineriom w Płocku i Możejkach od 1 lutego 2016 do 1 stycznia 2019. Sukcesem polskiej strony jest zarówno wynegocjowanie takich widełek cenowych i rabatu, jak i wprowadzenie do porozumienia zapisu o możliwości odbioru części dostaw właśnie w naftoporcie lub w litewskim terminalu w Butyndze. Jak widać, konkurencja różnych krajów w walce o nadbałtyckich klientów zmusiła Rosjan do poważniejszego traktowania zakładu, z którego przez lata próbowała za wszelką cenę usunąć polskich właścicieli.

Można bez pośrednika

Obecnie oprócz kontraktu z Rosnieftem, Orlen ma też podpisaną umowę na dostawę 3,6-7,2 mln ton ropy z Tatneft Europe AG oraz możliwość sprowadzenia 300-500 tysięcy ton „czarnego złota” z Bliskiego Wschodu drogą kontraktów spotowych. Można się cieszyć, że do porozumienia z koncernem kierowanym przez Igora Sieczina doszło w czasie, gdy ceny tego paliwa były niskie, jednak wiele wskazuje na to, że podczas kolejnej renegocjacji umowy pozycja Rosjan może być jeszcze słabsza.

Warto zwrócić uwagę na inny aspekt tego wydarzenia. Orlen wynegocjował dla siebie korzystne warunki dalszej współpracy ze wschodnim potentatem bez pomocy pośredników. Trudno w takim momencie nie przypomnieć, jak dla Polski skończyło się korzystanie z usług firmy J&S, która nie zapewniła nam rezerw ropy w ilości wymaganej przez prawo unijne, a wymierzoną im za to karę pod pretekstem rzekomego uchybienia formalnego uchylił wicepremier Waldemar Pawlak. Dobrze, że w Płocku nie popełnia się już takich błędów.

 

——