Pod skorupą niewoli pulsowało życie. Dziewiętnastowieczni bohaterowie i zdrajcy

Elżbieta Cherezińska, autorka historycznych powieści opowiada o kulisach wielkiej polityki w okresie między powstaniem listopadowym a wojną krymską i postawach Polaków, którzy na różnych polach upatrywali szansy na odrodzenie ojczyzny. Stryj Witkacego, arycyzdrajca hrabia Gurowski i Rufin Piotrowski – jedyny uciekinier z Syberii, a także książę Czartoryski, szef rosyjskiej tajnej policji i jego seksowna siostra – to galeria postaci, których aktywność polityczna miała kolosalny wpływ na konfrontację militarną mocarstw.

XIX wiek to nie jest epoka, o której chętnie się uczymy na lekcjach historii. Powstania narodowe i uwłaszczenie chłopów –nienawidzimy tego, gdy musimy przechodzić przez to w szkole. A Pani tymczasem porzuciła wspaniałe polskie średniowiecze na rzecz historii, która dzieje się między powstaniami?

Uprawiam pisarski płodozmian, bo uważam, że jest on konieczny dla autora i przynosi korzyść czytelnikom. Gdybym osiadła na stałe w naszym wspólnie ukochanym średniowieczu, to oczywiście poznawałabym je coraz lepiej, ale nie ustrzegłabym się przed jakąś kalką, jakąś rutyną, która jest nieunikniona, gdy obracamy się w tej samej materii. Wraz z każdą kolejną książką lubię przeskakiwać w kolejne epoki. Rzeczywiście, o XIX wieku myślimy w kategoriach narodowej smuty, bo zaczyna się zrywem napoleońskim, który wiadomo jak się skończył, a po nim jeszcze dwa nieudane powstania i ciemność. Z tej perspektywy nie ma się co dziwić, że niełatwo nam się emocjonalnie przełamać do czasów klęski. Ale to tylko półprawda o XIX wieku. Pod skorupą niewoli pulsowało życie. Dla mnie, punktem wyjścia do „Turnieju cieni” była potrójna fascynacja. Urzekły mnie życiorysy trzech bohaterów. Pierwszym, o którym myślałam już od kilku lat, był Rufin Jozafat Piotrowski – uciekinier z Syberii, który w XIX wieku wydał trzytomowe pamiętniki z ucieczki. Liczą 900 stron. Uwielbiam go, ale zdawałam sobie sprawę, że to postać skrajnie jednowymiarowa i przez to słaba jako bohater powieściowy. Polak, katolik, wierzy tylko w Boga i ojczyznę. Żadnych kompromisów. Taki bohater jest nudny, nie pociągnie opowieści. Ale inna rzecz, że on dzięki tej prawości wygrywa.

Rufin Piotrowski kojarzy mi się z Longinusem Podbipiętą.

Jak pamiętamy z Sienkiewicza, żeby pięknie wybrzmieć w swojej postaci, Longinus musiał być otoczony innymi, krwistymi bohaterami i tak samo jest w „Turnieju cieni”. Jako drugi uwiódł mnie Jan Prosper Witkiewicz – postać fenomenalna. Byłam zaskoczona, zaczęłam tropić, bo to aż niemożliwe, że nie powstała żadna wielka powieść, już nie wspomnę o filmie, na temat losów Batyra. Bohater wymarzony. Trzecim z nich, kontrującym tych dwoje, był hrabia Adam Gurowski, arcyzdrajca sprawy narodowej, całkowite przeciwieństwo Piotrowskiego. Przy czym zaczynał od tego, że był powstańcem listopadowym i za Olszynkę Grochowską dostał Order Virtuti Militari, a dopiero potem dokonał spektakularnego aktu narodowej apostazji. Splotłam losy trzech rówieśników, używając pisarskiej wyobraźni, bowiem nie wiem, czy kiedykolwiek w rzeczywistości się spotkali. Dostajemy opowieść o trzech różnych patriotyzmach, o trzech różnych sposobach walki o Polskę i polskość, a oprócz tego wielkie grono bohaterów pobocznych, których postawy obrazują cały ten czas. Akcja zaczyna się w trakcie wybuchu powstania listopadowego a kończy wojną krymską. Przenoszę czytelników poza Polskę. Uświadamiam, że wojna o naszą niepodległość toczyła się na frontach międzynarodowych, byliśmy jednym z ogniw wielkiej międzynarodowej polityki, zresztą jak zawsze.

Chciałabym, żeby powiedziała Pani parę słów o Janie Witkiewiczu, stryju ojca bardziej nam wszystkim znanego Witkacego. Okazuje się, że ten odegrał niebagatelną rolę w historii… Afganistanu.

Także Rosji i przede wszystkim Wielkiej Brytanii. Młody Jan Prosper Witkiewicz był jako szesnastolatek aresztowany za powołanie stowarzyszenia „Czarnych Braci”. To byli gimnazjaliści z Wileńszczyzny, którzy swoim protestem chcieli odciągnąć uwagę od procesu filomatów i filaretów, licząc naiwnie na to, że skoro całe gimnazjum w Krożach spiskuje, to wszystkich nie aresztują. Otóż aresztowali. Nowosilcow nie darował, skazał wszystkich spiskowców na śmierć, a dobry książę Konstanty zamienił to na karę pójścia „w sołdaty”, co pewnie było gorsze od kary śmierci, bo oznaczało bezterminową służbę wojskową w najdalej wysuniętych garnizonach. W przypadku Witkiewicza to był Orsk, czyli południowa rubież Rosji. Można powiedzieć, że to były ostatnie bastiony Rosji, broniące granicy przed dzikimi ludami Kazachstanu i Kirgizji. Dalej już leżał Afganistan, a za nim brytyjskie Indie. Tam, w Azji Środkowej toczyła się cicha wywiadowcza gra – można powiedzieć zimna wojna – między Rosją i Wielką Brytanią, która chciała opanować Afganistan, bojąc się, że car zrobi to pierwszy. Rosja zaś była zainteresowana tym terenem, żeby zastraszyć Brytyjczyków w Indiach. Witkiewicz, po odsłużeniu lat rekruckich, był wysyłany w celach zwiadowczych w step. Szybko nauczył się języków wschodu. To niebywałe, ale podobno nauczył się 19 języków, z czego pięć to języki europejskie, a pozostałe arabskie. Nauczył się na pamięć Koranu i bardzo szybko stał się dla swoich rosyjskich dowódców idealnym agentem dyplomatycznym do prowadzenia gry afgańskiej. Wysłano go do Kabulu i tam spotkał się z agentem brytyjskim, który prowadził targi polityczne z przywódcami afgańskich klanów. Choć wszystko wskazywało na to, że wojnę szpiegów muszą wygrać Brytyjczycy, wygrał ją Witkiewicz. Tym samym postawił Wielką Brytanię i Rosję w takiej sytuacji, że każdy kolejny krok oznaczałby wojnę między mocarstwami. Z jednej strony jako agent osiągnął więcej, niż spodziewali się jego przełożeni, z drugiej strony Rosjanie i Brytyjczycy zdali sobie sprawę, że oni tej wojny nie pragną, nie są do niej przygotowani. Witkiewicza wycofano z Kabulu i wezwano do Petersburga, by go uhonorować za misję. Dzień przed audiencją u cara Mikołaja I popełnił samobójstwo w pokoju hotelowym. Na tym jego oficjalna historia się kończy. Już w jego czasach nikt nie wierzył w to samobójstwo i mnożyły się spekulacje na temat jego śmierci: czy usunęła go tajna carska policja, bo przekroczył swoje kompetencje w Afganistanie, bo doprowadził niemalże do wybuchu wojny, czy też zrobili to Brytyjczycy za afgańską porażkę, której był powodem. A może Rosjanie dowiedzieli się, że był podwójnym agentem? Spekulacjom nie było końca i to stało się dla mnie powieściowym wyzwaniem, wokół którego toczę swoje rozważania. W czasach, kiedy w każde słowo naszych narodowych wieszczów wsłuchiwano się z uwagą, tuż po wydaniu „Konrada Wallenroda”, ówcześni Polacy bardzo szybko zaczęli interpretować działalność Witkiewicza jako tego, który pod przykryciem miał doprowadzić do starcia dwóch mocarstw, do konfliktu, który byłby korzystny dla Polski, dlatego że dawałby nam szansę na uwolnienie się spod carskiej władzy. Multiplikowaniu tych rozważań poświęcam „Turniej cieni”.

Mam jeszcze pytanie o Adama Gurowskiego, który w Pani książce mieni się być twórcą panslawizmu. Jaki istotnie był jego wpływ na powstanie i upowszechnienie tej idei?

Panslawizm – w znaczeniu, w jakim my go dziś rozumiemy – powstał w Czechach. Gurowski te idee wykorzystał i rozwinął. Zacząć należy od tego, że był radykałem, w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że był socjalistą. O ile od wybuchu powstania listopadowego walczył o Polskę, o tyle od początku także deklarował, że walczy o Polskę innego porządku społecznego. Krótko po powstaniu, gdy wraz z emigracją znalazł się w Paryżu, założył Towarzystwo Demokratyczne Polskie – to była największa polska partia polityczna na emigracji. W kraju stronnictwa polityczne istniały w dużym uśpieniu, a prawdziwe życie polityczne rozgrywało się na emigracji. Oto mamy hotel Lambert, czyli konserwatystów pod wodzą Czartoryskiego i na przeciw nich demokratów pod wodzą Adama Gurowskiego. Towarzystwo rozrastało się lawinowo, ale było dla niego za mało radykalne. Opuścił je i krótko potem dokonał aktu narodowej apostazji ogłaszając, że Polska jest trupem w ostatnim stadium rozkładu i zniknięcie z mapy świata jej się po prostu należało, zaś rozwój wymaga, by wielkie państwa wchłonęły małe. Dla niego uosobieniem tego rozwoju była Rosja. Jego panslawizm był podporządkowany tej idei: oto pod wodzą cara Rosji jako dyktatora powinno być utworzone superpaństwo, dlatego że Rosja jest najsilniejsza i ma największą zdolność adaptowania innych narodów, innych kultur. Dlatego powinna wchłonąć pozostałe kraje słowiańskie, wszyscy powinniśmy mówić po rosyjsku, a wtedy będziemy silni i potężni. Zagadką jest, jeśli chodzi o Gurowskiego, czy rzeczywiście wierzył w idee, które głosił. Jego książki odbijały się bardzo głośnym echem w Europie. Może był to rodzaj intelektualnej gry? Czy głosząc panslawizm, chwaląc cara i nazywając Rosję krajem przyszłości, nie miał na myśli socjalistycznej przyszłości? Czy przypadkiem nie próbował zwieść cara i jego aparatu, by wynajęli go jako kreatora przyszłej potęgi? Z całą pewnością nie do końca mu się to udało, do końca życia pozostał na carskim żołdzie, ale tego, o czym marzył, nie osiągnął. Paradoksalnie na przeszkodzie jego planom stanęła zdrada narodowa. Proszę spojrzeć na przeciwstawienie dwóch postaw. Rufin Piotrowski w swojej relacji oddaje hołd narodowi rosyjskiemu – był sprawiedliwy w ocenie ludzi, z wielkim szacunkiem wyrażał się o prostych Rosjanach, których spotkał w czasie katorgi, ale także o carskich urzędnikach, którzy go sądzili i skazali, bo oni w nim także widzieli człowieka. Mówili: „Musimy cię skazać, bo przekroczyłeś nasze prawo, natomiast szanujemy cię jako człowieka, bo jesteś wielkim patriotą i jesteś wierny swojej ojczyźnie. My jesteśmy prawymi Rosjanami, ty jesteś prawym Polakiem”. Gurowski wyparł się polskości i zgłosił akces do zostania Rosjaninem, chciał zmienić przynależność państwową, car wziął go pod opiekę tajnej policji, kazał mu pisać, tworzyć, był zainteresowany jego dziełami, ale Gurowski nigdy nie przekroczył carskiego przedpokoju. Wyparcie się polskości zamknęło mu tę drogę, bo mu nie ufali. Przy okazji był też bohaterem niemal mitycznego spisku koronacyjnego, w wyniku którego car Mikołaj miał być zamordowany podczas defilady w Warszawie. Ta historia wielokrotnie się komplikuje w losach tych samych bohaterów.

Z Pani książki wynika, że wywiad rosyjski był nadzwyczaj sprawny i doskonale zinfiltrował polską emigrację we Francji, Rosjanie zdawali sobie sprawę z wszelkich poczynań, podejmowanych przez polskich patriotów. Zastanawiam się, czy rzeczywiście wiedza i możliwości Rosjan w ramach działań wywiadowczych były aż tak szerokie?

Tak, też byłam tym faktem zdziwiona. Mieli swoich agentów niemalże wszędzie, rekrutowali ich spośród Polaków-emigrantów, brali ich na swój żołd, ale również współpracowali w tym względzie z francuską policją. Od Francuzów uczyli się sztuki inwigilacji i tworzenia tajnej policji i sami rozwinęli tę umiejętność w stopniu nieprawdopodobnie zaawansowanym. Inwigilowali własną arystokrację, korespondencję, każdy, kto wyjeżdżał za granicę, był objęty cichym nadzorem tajnej policji.

Z grubsza zdajemy sobie sprawę, że carska Rosja była państwem wzmożonej kontroli policji nad obywatelami, ale zastanawiająca jest skala ich działań i pieniądze, które musiały być na to łożone, choćby tylko na pensje dla utrzymywanych na Zachodzie agentów.

Roczna pensja Gurowskiego była nieduża. Był tym rozgoryczony, że nie został należycie finansowo doceniony. Inaczej niż w przypadku agentów wpływu, czyli znaczących postaci życia publicznego w różnych państwach europejskich – publicystów, pisarzy, dziennikarzy, ludzi darzonych powszechnym szacunkiem za swój dorobek – do nich szły tysiące rubli. Były to pieniądze wystarczające na godziwe, reprezentacyjne życie. Fantastyczną historią jest sprawa Dorothei Lieven, nazywanej w Londynie „ambasadorem Rosji”, podczas gdy była żoną ambasadora, a prywatnie siostrą szefa rosyjskiej tajnej policji Aleksandra Benckendorffa. Ta nieprawdopodobna kobieta szturmem zdobyła salony najpierw Paryża, potem Londynu. Ilość kochanków wśród wpływowych osób, którą się jej przypisuje, jest olbrzymia. Między innymi są w tej grupie dwaj brytyjscy premierzy. W książce wspominam słynne zielone liściki Dorothei, które trafiały bezpośrednio do cara Mikołaja. Osobiście czytał jej relacje z życia towarzysko-społecznego elit ówczesnej Europy. Równie nieprawdopodobne jest to, że Dorothea pozostawała w bliskim kontakcie z carem Rosji, a mimo to politycy brytyjscy ulegali jej urokowi. Ponoć w ogóle nie była kobietą urody oczywistej.

Zachował się jej portret?

Tak. Mnie się ten typ urody podoba, dość eteryczna, można powiedzieć angielska uroda, ale we wspomnieniach nazywano ją nawet „kobietą chudą i brzydką”. W każdym razie wszystkie ważne sprawy kierowano do niej, a nie do jej męża; była faktycznym ambasadorem, a nie ambasadorową.

Ciekawa jest historia Literackiego Towarzystwa Przyjaciół Polski. Nie wiedziałam, że takowe w Londynie istniało i miało tak prominentnych członków.

Istniało nie tylko w Londynie, ale i Paryżu. Należały do niego bardzo wpływowe osobistości. Chodziło o to, by wywierać wpływ na opinię publiczną w obu krajach, tworząc dobry wizerunek Polski. Polscy poeci, zwłaszcza Mickiewicz cieszyli się wielkim uznaniem, wielką estymą na Zachodzie. Oczywiście był jeszcze Chopin. Działało to jako rodzaj kulturalnego lobbingu. Ciekawostką jest, że protokolantem obrad Towarzystwa w Londynie był młodziutki Dickens, który później urósł do wielkiej gwiazdy. Członkowie Towarzystwa, brytyjscy politycy i arystokraci, byli gotowi poświęcić wiele pieniędzy na wsparcie sprawy polskiej, choć później de facto rozbijało się to o oficjalną politykę.

Do kwestii poparcia sprawy polskiej pozwolę sobie jeszcze wrócić, natomiast zapytam o niezwykle ciekawą postać Andrzeja Towiańskiego, która marginalnie, ale pojawia się na łamach „Turnieju cieni”. Co do zdrowia umysłowego Towiańskiego raczej nie mamy złudzeń, ale czy prawdziwy jest fakt, że Mickiewicza niemalże wygwizdano, gdy odczytywał jego przesłanie?

Ponoć Mickiewicz miał wielki problem, by odczytać to przesłanie, bo ono nawoływało, by miłować Rosjan, wybaczyć carowi. Było bardzo wątpliwe pod względem polityczno-patriotycznym. Mickiewicz bardzo długo nie mógł się wyzwolić spod wpływu Towiańskiego i zdecydował się jednak je odczytać. Został potraktowany przez słuchaczy jako przedstawiciel zdrajców i na krótko zachwiało to jego pozycją. Ten sam fakt doprowadził do wyrwania się wieszcza spod wpływów szalonego mistyka.

A Adam Czartoryski? Przedstawia go Pani jako biedaka – to zaskakujące.

Mnie samą zaskoczyło, że zaczynał życie w Paryżu od ubogiego, dwupokojowego mieszkania. Dopiero po kilku latach kupił słynny Hotel Lambert. Czartoryski jest fascynującą postacią, bo to wielka fortuna, polityk o bardzo sprecyzowanych, konserwatywnych poglądach, a zaczynał przecież jako minister spraw zagranicznych cara Mikołaja. Samo jego pochodzenie jest nie do końca jasne. Mówiono o tym na salonach, może nie głośno podczas przyjęć, ale półgębkiem na pewno, że jego ojcem nie był hrabia Czartoryski, a Repnin, rosyjski dyplomata, który na rozkaz carycy Katarzyny ostro i niestety skutecznie, pracował nad zniewoleniem Polski. Ten sam Czartoryski postawił na sprawę narodową całą swoją karierę i całą swoją fortunę. Za udział w powstaniu listopadowym został skazany na karę śmierci, na cały jego majątek nałożono sekwestr i przez pierwszy okres emigracyjny został bez środków do życia. Przytaczam w książce opowieść, że gdy przyjechał do Londynu z jedną walizeczką i sam, przyjaciele rozglądali się za jego plecami, gdzie jest służący? Wydawało się to nieprawdopodobne, że wielki książę Adam przyjechał sam z walizką. Ta historia wydała mi się godna przytoczenia, bo zwykle patrzymy przez pryzmat finiszu, a nie znamy perypetii postaci.

Mówimy książę, myślimy – ma pieniądze.

Tymczasem jego losy były bardzo burzliwe. Uciekał z narażeniem życia z Królestwa Polskiego.

Powróćmy do sprawy polskiej. Mimo istnienia wspaniałego Towarzystwa Literackiego w celu wspierania sprawy polskiej, wniosek, jaki wypływa z opowiedzianej przez Panią historii, jest taki, że czego byśmy dla tej Europy nie zrobili w takiej czy innej formie, jako szpiedzy, jako żołnierze, na koniec i tak zostaniemy na lodzie, bo Polską nikt nie będzie się przejmował, jeśli realizuje interesy swojego kraju.

Nie patrzę na to tak pesymistycznie. Zaskakuje mnie raczej przewidywalność dyplomatycznej gry, mimo deklaracji, zapewnień, na końcu zawsze wygra interes silniejszych. Mówię o przewidywalności także w pracy dyplomatyczno-politycznej. Znając XIX- i XX-wieczne lekcje, powinniśmy sprawniej wyciągać wnioski, a tymczasem ciągle popełniamy podobne błędy. Zwróćmy uwagę, jak ważną rolę w tamtym czasie odgrywa motyw wewnętrznego skłócenia Polaków i w kraju, i na emigracji. W chwili zrywu jesteśmy fantastyczni, fenomenalni jako pojedyncze jednostki, a gdy trzeba działać zespołowo, potrafimy szkodzić sobie wzajemnie i sprawie, dla której działamy. Drugą kwestią jest pytanie, które moi bohaterowie stawiają w finiszu: jak to się stało, że Turcy potrafili swoim problemem zainteresować opinię publiczną całego świata? Gdy doszło do wybuchu wojny o Konstantynopol, nazwanej później wojną krymską, za Turcją stanął silny sojusz francusko-brytyjski, który umożliwił pokonanie Rosji i upokorzenie jej poprzez ciężkie warunki traktatu pokojowego. A więc dlaczego Turcy to potrafili, a my nie? Po drugie, gdy doszło do wybuchu wojny krymskiej, był to idealny moment do wybuchu powstania. Z Królestwa Polskiego ściągnięto większość wojsk, Polska została odsłonięta, bez dowództwa, bo namiestnika Królestwa Polskiego, Iwana Paskiewicza, car uczynił głównodowodzącym Armii Naddunajskiej. Rosjanie byli uwiązani na Krymie, Prusy zajęły pozycję neutralną, Austria oficjalnie sprzeciwiła się polityce Rosji – rozpadło się trójprzymierze, nasi zaborcy nie byli już litą siłą, wystarczyło być wtedy dobrze przygotowanym w kraju. Jednak kraj nie był przygotowany. Natomiast powstanie w 1863 r. trafiło w polityczną pustkę.

Jak mówi jedna z nieźle udowodnionych historycznych teorii, nasze powstania były silnie inspirowane przez brać masońską i realizowały polityczne zadania i cele militarne, leżące zupełnie gdzie indziej.

Nie idę tropem masońskim, ale motyw spisku koronacyjnego prowadzi mnie do tego, czy aby wybuch powstania listopadowego nie był inspirowany przez Rosjan? Wtedy jeszcze mieliśmy silną armię, doskonałych oficerów i w tamtym czasie w interesie rosyjskim było wywołać nieprzygotowane powstanie, szybciutko rozprawić się z Polakami i rozbić dobrą armię Królestwa Polskiego wtedy, gdy jeszcze dała się rozbić.

I jak tu mówić o pozytywnych wnioskach płynących z historii?

Są pozytywne wnioski, takie jak postawa ewangelicznego Rufina Piotrowskiego, który kochał tylko Boga i Ojczyznę. Jemu się udało, doszedł do końca, nikogo nie zdradził. Można więc być przyzwoitym człowiekiem i Polakiem.

——