Polska staje się Indiami Europy

Wywiad z Mariuszem Dąbrowskim – ekonomistą, autorem szkoleń i publikacji dotyczących rynków azjatyckich oraz japońskiej kultury biznesu, doktorantem na Wydziale Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu w Białymstoku.

 

Gazeta Finansowa: Efektem tegorocznej polskiej misji gospodarczej do Japonii był jeden kontrakt zawarty z firmą spożywczą (w misji brało udział 14 polskich firm). Czy taka forma nawiązywania kontaktów handlowych z Japończykami jest skuteczna?
Mariusz Dąbrowski: W przypadku Japończyków – ale również innych kultur Dalekiego Wschodu – ważne są bezpośrednie kontakty i budowanie długoterminowych relacji międzyludzkich. Tak więc uczestnictwo w misjach handlowych i targach będzie zawsze skuteczniejsze niż kontakt za pośrednictwem telefonu, czy Internetu, zwłaszcza w początkowej fazie współpracy biznesowej. Czasem jest to jedyna forma budowania relacji. Natomiast jeśli chodzi o tegoroczną polską misję gospodarczą do Tokio i kontrakt zawarty z firmą spożywczą to warto przypomnieć, że nie była to jej pierwsza misja do Japonii. Przedstawiciel tej firmy (OSI Poland Foodworks) uczestniczył również w misji prezydenta Komorowskiego w ubiegłym roku, a więc mamy tu do czynienia z długoterminowym procesem.

Czy Japonia rzeczywiście jest bardzo wymagającym i trudnym rynkiem dla firm zagranicznych?
Tak, klienci japońscy należą do najbardziej wymagających na świecie. Podmioty wchodzące na ten rynek muszą brać to pod uwagę. Nawet jeśli umowę zawieramy z pośrednikiem to nie możemy utracić z pola widzenia jego ostatecznych klientów na rynku lokalnym. Japończycy są zamożni, ale jednocześnie bardzo wybredni. Moja teściowa, która jest Japonką, jest skłonna zapłacić więcej jeśli na produkcie będzie napis „Made in Japan”, który jest dla niej gwarantem jakości. Tutaj dochodzimy do, modnego również ostatnio w Polsce, patriotyzmu gospodarczego. Patriotyzm konsumencki w  Japonii odgrywa istotną rolę w procesie podejmowania decyzji.

Czego oczekują Japończycy od polskich firm? Na jakie usługi i towary z Polski był dotychczas popyt, a na jakie może się rozwinąć w najbliższym czasie?
Ważna jest długoterminowa wizja współpracy, a to niestety jest naj- większą różnicą kulturową w relacjach polsko-japońskich.  Polacy najczęściej liczą na szybkie zyski, a Japończycy preferują stabilne dochody. W 2015 r. prawie 60 proc. polskiego eksportu do Japonii stanowiły maszyny, urządzenia i sprzęt transportowy, czyli produkty naj- częściej  wyprodukowane  przez koncerny międzynarodowe, w tym koncerny japońskie mające swoje fabryki w Polsce. Do niedawna polskim hitem eksportowym była wieprzowina, ale wirus afrykańskiego pomoru świń (ASF) był powodem zamknięcia japońskiego rynku, w wyniku czego znacząco spadł udział towarów rolno-spożywczych w ogólnym eksporcie do Japonii. Aczkolwiek branża spożywcza wciąż ma przed sobą perspektywy, przy czym należy pamiętać, że cały świat walczy o miejsce na tym rynku.

Ile polskich firm działa obecnie w Japonii, a ile firm japońskich w Polsce?
Obecność polska w Japonii jest bardzo słaba. Nie mamy ani jednej bezpośredniej inwestycji na tamtejszym rynku. Natomiast w Polsce jest zauważalna obecność firm japońskich, których jest prawie 300, w tym około 90 firm produkcyjnych. Wielkie koncerny japońskie mają w Polsce swoje oddziały, które m.in. zajmują się wewnętrzną obsługą biznesową, np. księgowością. Polska powoli staje się Indiami Europy i koncerny transnarodowe to dostrzegają.

Czy i dlaczego warto inwestować w rynek japoński?
Moim zdaniem warto. Przede wszystkim jest to rynek duży i bardzo prestiżowy. Jeśli komuś udało się w Japonii, to jest to sygnał dla partnerów biznesowych z innych państw, że dany podmiot należy traktować poważnie. Poza tym Japonia nie jest już tym zamkniętym rynkiem, z czym w przeszłości była kojarzona. Obecnie każdy może tam wejść, ale nie jest to łatwe, ze względu na wymagania konsumentów oraz dużą konkurencję.

Premier Abe chce inwestować w kraje afrykańskie. Czy rynek ten jest atrakcyjny dla japońskich firm czy jest to jedynie element wojny ekonomicznej z Chinami?
Japonia w ostatnich latach trochę przespała rozwój wydarzeń w krajach afrykańskich, szczególnie rosnącą pozycję Chin w tamtym rejonie świata. Ale ekipa premiera Abe postanowiła uaktywnić się w Afryce, która potencjalnie jest dużym rynkiem zbytu i źródłem surowców naturalnych, potrzebnych dla przemysłu japońskiego. Japońsko-chińska rywalizacja jest przede wszystkim widoczna na rynku infrastruktury i dotyczy to nie tylko kontynentu afrykańskiego, ale jest to rywalizacja o charakterze globalnym. Poza tym Chińczycy dobrze odnajdują się na rynkach, gdzie podstawą sukcesu są odpowiednie relacje z władzą. W grę wchodzi tu nie tylko biznes, lecz także geopolityka. Chiny jako mocarstwo światowe mają tutaj naturalną przewagę.

Jak ocenia Pan dotychczasowe wyniki Abenomiki? Czy gospodarcza rewolucja premiera Abe przynosi zadowalające wyniki?
Abenomika składa się z trzech filarów: polityki fiskalnej, monetarnej i tzw. trzeciej strzały, czyli głównie działań o charakterze jakościowym, które dotyczą deregulacji przepisów prawnych krępujących przedsiębiorczość, umocnienia ładu korporacyjnego, czy problemu z kurczącymi się zasobami siły roboczej. Najważniejszy jest ten trzeci filar i tutaj jeszcze nie widać zadowalających efektów, co z kolei przełożyło się na zmęczenie mieszkańców Japonii, którzy nie kryją swojego niezadowolenia. Ostatnio w sondażu Nikkei – po raz pierwszy od ogłoszenia przez premiera Abe swojej polityki gospodarczej – ponad połowa Japończyków wyraziła właśnie swoje niezadowolenie. Jedynie większość twardego elektoratu Partii Liberalno-Demokratycznej wciąż wspiera program reform.

Skąd bierze się niechęć japońskich mediów do premiera Abe? Czy czarny PR w japońskiej prasie jest uzasadniony?
Premier Abe jest postacią dość wyrazistą i w ostatnim czasie podjął kilka decyzji nieprzysparzających popularności w pewnych kręgach. Najważniejsza jest chyba zmiana interpretacji pacyfistycznej konstytucji, dzięki której Japońskie Siły Samoobrony będą mogły walczyć u boku napadniętych sojuszników, nawet jeśli nie będzie bezpośredniego zagrożenia dla samej Japonii. W zasadzie prawo do samoobrony zbiorowej nie jest niczym nadzwyczajnym na świecie, ale w Japonii – oraz u jej sąsiadów – wywołuje wiele kontrowersji. Poza tym w czasie rządów premiera Abe doszło do podwyżki podatku konsumpcyjnego z 5 proc. do 8 proc. oraz do uruchomienia kilku reaktorów jądrowych, co po tragedii w Fukushimie, wciąż elektryzuje japońską opinię publiczną.

Jakich rad mógłby Pan udzielić Polakom chcącym inwestować w Japonii?
Po pierwsze, trzeba poznać tę kulturę, aby mieć świadomość czyhających pułapek, w które łatwo wpaść podczas kontaktów międzykulturowych, a w tym przypadku, nawet międzycywilizacyjnych. Po drugie, musimy mieć rzeczywiście coś do zaoferowania, a to nie jest łatwe na bardzo konkurencyjnym rynku japońskim. Po trzecie, należy przyjąć długoterminową strategię, która w krótkim czasie może nie generować zysków, ale w pewnym momencie jej efekty okażą się korzystne dla obu stron.

Rozmawiał Grzegorz Jakubowski