Polskie przepisy są jak sztuka

Mamy wybitnych prawników – praktyków i naukowców, finansistów, ekonomistów, etc. Możemy pochwalić się całkiem niezłą kadrą akademicką. I większość tych osobistości, gdy przychodzi co do czego… No właśnie. Gdy zabierają się za rządzenie lub choćby tworzenie ustaw, okazuje się, że poprzeczka ustawiona jest za wysoko. Huk jaki powstaje, podczas uderzenia ciała prawotwórczego o trotuar zmusza nas do refleksji, czy aby nie za szybko mistrzowie sal sądowych, uniwersytetów lub korporacji trafiają do polityki lub choćby jej przedsionka.

A może w ogóle trafić tam nie powinni? Tak przynajmniej mogą myśleć przedsiębiorcy. Przyjrzyjmy się skrajnościom. Aby założyć firmę trzeba odwiedzić: urząd gminy, urząd statystyczny, urząd skarbowy, ZUS, bank, czasem sanepid. Trzeba jeszcze gdzieś wyrobić pieczątkę i wizytówkę. Wszystko trwa kilka miesięcy i nie zawsze kończy się pozytywnie. Warto jednak zacisnąć zęby, dla wyższej idei –przyszłego bogactwa, które na wzór Amerykanów mamy zdobywać własną przedsiębiorczością. Niestety i tu napotykamy na problemy.

Szybko okazuje się, że jeśli chcemy jakkolwiek funkcjonować, to na starcie potrzebujemy gigantycznych środków – by opłacić rachunki, podatki, spłacić kredyty obrotowe, etc. Na konsumpcję zostaje tyle, ile jesteśmy w stanie zaoszczędzić konkurując z Chińczykami żywiącymi się jedną miską ryżu dziennie. Ale jest też plus takiej sytuacji – jeśli będziemy rywalizować z miłymi Azjatami choćby kilka miesięcy, to mamy szansę na skuteczne odchudzenie i to bez efektu jojo. Nie powinniśmy bowiem liczyć na to, że nawet po „wykończeniu” konkurencji zaczniemy zarabiać. Jeżeli nie wykończą nas rosnące podatki, również te ukryte, to odczujemy skutki kryzysu, bo ktoś np. nie zadbał o nadzór bankowy.

Nie daj Boże, jeśli ktoś zajmuje się eksportem. Nasza waluta ma podobne szanse na zachowanie w dłuższym okresie swojej wartości, jak tancerką go-go na życie w cnocie. Jeszcze gorsze problemy mają przedsiębiorcy, którzy muszą korzystać z pomocy prawnej. Zazwyczaj pozostaje wybór – bardzo drogo i czasem skutecznie albo drogo i rzadko kiedy skutecznie. Polacy bardziej przedsiębiorczy biorą się sami za czytanie przepisów, formułowanie umów, etc. i to zazwyczaj jest moment przełomowy. Okazuje się, że wśród paragrafów, ustępów i artykułów brodzą nieuchwytne myśli – nakazy, zakazy, pozwolenia. Piętrzą się nad nimi wyjątki, których próżno szukać w jednym kodeksie. Wszystkie te przepisy tworzą obraz abstrakcyjny, bez kompozycji zamkniętej, bo przecież wciąż nasze prawo się zmienia.

Sięgamy po komentarze uczniów lub profesorów tych, którzy owe przepisy stworzyli. Wówczas z nowoczesnej sztuki malarskiej przechodzimy do literatury choć raczej nie pięknej. Nasz podziw – jak zapewne chcieli autorzy – budzi tu jednak fachowy język, który wyraża i interpretuje. W końcu zmusza do zamknięcia działalności gospodarczej.