Przetarg z polityką w tle?

Ogłoszenie wyników przetargu MON na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii nie było zaskoczeniem. Od początku przetarg był mocno uwarunkowany polityką i zabrakło w nim widać dbałości o polskie interesy.

21 kwietnia MON zakomunikował kto został zwycięzcą przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii. Został nim francusko-niemiecki Airbus Helicopters, którego sztandarowy produkt – H225 M Caracal znajdzie się w wyposażeniu Polskich Sił Zbrojnych. W komunikacie MON była oczywiście mowa o wstępnym wyborze oferty Airbusa, która miała najbardziej spełniać kryteria dla śmigłowca potrzebnego naszej armii. Nikt jednak nie może mieć wątpliwości, że ostateczna decyzja będzie inna. Wątpliwości nie mają również szefowie PZL Mielec należących do amerykańskiego koncernu Sikorsky Aero Engineering Company i PZL Świdnik, które z kolei należą do włosko-brytyjskiej firmy AgustaWestland. Produkty, z którymi przystąpili do organizowanego przez MON przetargu – śmigłowiec S-70i Black Hawk i jego morska wersja Seahawk (Sikorsky) oraz AW 149 (AgustaWestland) przegrały zdecydowanie z ofertą zwycięzcy. W ten sposób nasza armia otrzyma 50 Caracali, z czego 34 egzemplarze przygotowane będą w wersji specjalistycznej, a 16 w wersji transportowej. Cała transakcja musi jednak zostać w pełni domknięta. Najpierw odbędą się testy nowego śmigłowca w Polsce, a potem (jak komunikował MON) musimy jeszcze podpisać umowę na dostawę oraz cały pakiet umów offsetowych. Pierwsze egzemplarze mają trafić do naszej armii w 2017 r.

Bez zaskoczenia

Wynik przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii nie powinien dziwić. O prawdopodobnym zwycięstwie francusko-niemieckiego Airbusa pisaliśmy już na początku października 2014 r. („Gazeta Finansowa” z 10 października 2014 r.). Po naszej publikacji natychmiast zgłosili się do nas przedstawiciele Airbusa, proponując wszelkie ułatwienia w dostępie do materiałów, jakie koncern był w stanie przekazać mediom. Ta natychmiastowa reakcja nieco nas zdziwiła. W następnych miesiącach docierały do nas kolejne sygnały potwierdzające, że będzie właśnie tak, jak zasugerowaliśmy w naszej publikacji. O zwycięstwie Airbusa w przetargu w Polsce mówiło się w kręgach politycznych we Francji już otwarcie jesienią ubiegłego roku. Mówili o tym również francuscy i niemieccy politycy w prywatnych rozmowach w Brukseli. Od wielu miesięcy mówili o tym również związkowcy ze Świdnika i Mielca, z którymi rozmawialiśmy wiele razy. O tym, kto wygra przetarg, powiedział również sam prezydent Bronisław Komorowski – konstytucyjny zwierzchnik naszych sił zbrojnych. Podczas wyborczej wizyty w Lublinie (16 kwietnia br.) prezydent mówił na temat przetargu w taki sposób, że z jego wypowiedzi wynikało jasno, kto go wygra. Mieszkańcom Lubelszczyzny, dla których przyszłość PZL Świdnik jest sprawą kluczową, Bronisław Komorowski zakomunikował jasno, że „nie jest to czas, aby kupować sprzęt gorszy, ale nasz”, a „firma, która uzależnia swoje istnienie od jednego przetargu, byłaby mało wartościowa”. Każdy, kto słuchał wypowiedzi prezydenta w Lublinie, mógł odnieść wrażenie, że ani PZL Świdnik, ani PZL Mielec nie mają szansy i wygra oferta Airbusa, którego w Polsce jeszcze nie ma. Tak też się stało. Właśnie z powodu tych wszystkich sygnałów wynik przetargu MON nie może być zaskoczeniem.

Dziwny przetarg

Żaden przetarg zbrojeniowy w MON w ostatnich kilkunastu latach nie był jasny i transparentny. Potężny lobbing zagranicznych koncernów zbrojeniowych, zbyt częste zmiany warunków i harmonogramu procedury przetargowej, a także wymogów polskiej armii budziły poważne podejrzenia. Nie inaczej było w przypadku przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla naszej armii. Warto jedynie zwrócić uwagę na kilka zasadniczych aspektów związanych z tym przetargiem. Rozpisano go już wiosną 2012 r. Początkowo dotyczył on 26 śmigłowców, potem jednak zwiększono zapotrzebowanie do 70 maszyn. Śmigłowce miały być przeznaczone m.in. do zadań transportowych, miały służyć również do bojowych misji poszukiwawczo-ratowniczych oraz morskich i do zwalczania okrętów podwodnych. Ostatecznie wielkość zapotrzebowania na śmigłowce dla polskiej armii określono na 50 maszyn. Wielkość zapotrzebowania zmieniała się zbyt radykalnie. Można się oczywiście pomylić, ustalając, ilu tak naprawdę śmigłowców potrzebuje polska armia, ale nie aż o 200 proc. Taka pomyłka wskazuje bowiem, że wojskowi planiści od uzbrojenia tak naprawdę nie planowali. Według deklaracji, jakie padały ze strony MON, przetarg miał być pierwotnie rozstrzygnięty do połowy 2014 r., potem wyznaczono jego zakończenie na koniec 2014 r., a finalnie jako ostateczną datę rozstrzygnięcia wskazano koniec lutego 2015 r. MON wielokrotnie przesuwał też terminy składania ofert. Miały one zostać ostatecznie złożone do 1 sierpnia 2014 r., następnie do końca września 2014 r, a potem jeszcze raz przedłużono termin, wskazując datę 28 listopada 2014 r. MON tłumaczył to tym, że poprosili o to oferenci, nie wskazując jednak którzy. To wszystko budziło poważne podejrzenia. Najwięcej takich dziwnych posunięć przy wspomnianym przetargu MON wykonywano pomiędzy sierpniem a listopadem 2014 r.

Wielka europejska polityka z Tuskiem na czele

W wypadku przetargu na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii okazało się także, że na jego przebieg nałożyła się zarówno krajowa, jak i europejska polityka. Afera taśmowa, jaka wybuchła w czerwcu ubiegłego roku, tak naprawdę była dla rządu Donalda Tuska klęską wizerunkową. Premier zaczął wówczas myśleć, jak wyrwać się z piekła polskiej polityki i uciec do Brukseli, najlepiej na eksponowane stanowisko. Tylko realizacja takiego scenariusza mogła uratować zbudowaną przez niego polityczną legendę najbardziej skutecznego polskiego polityka, odnoszącego sukcesy, o jakich inni nie mogli nawet marzyć. To po aferze taśmowej w jego najbliższym otoczeniu pojawiła się koncepcja rejterady do Brukseli. Okolicznością temu sprzyjającą był fakt, że 30 listopada 2014 r. kończyła się kadencja dotychczasowego Przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana van Rompuy’a i można było zawalczyć o schedę po nim. Donald Tusk został szybko przekonany do tej walki przez swoich najbliższych doradców. Zaczęły się wówczas gorączkowe telefony do Berlina i Paryża z prośbami o wsparcie jego kandydatury. Ale w Unii Europejskiej nikt nie daje takiego wsparcia za darmo. Każdy wystawia za to konkretny rachunek. Dla Donalda Tuska cena nie grała już roli. Najpierw przyszło poparcie z Berlina – kanclerz Angela Merkel niedwuznacznie dala do zrozumienia, że może poprzeć Tuska, o ile ten uzyska wcześniej poparcie prezydenta Francji François Hollande’a. Ale ten w zamian poprosił polskiego premiera o wsparcie dla oferty francusko-niemieckiego Airbusa, który przystępując do przetargu MON, postanowił zawalczyć o polski rynek. Tusk złożył wówczas obietnicę Hollande’owi, że wesprze francuską ofertę, ale musi to zrobić także prezydent Bronisław Komorowski. Jak się później okazało, ten ostatni miał również złożyć Hollande’owi obietnicę wsparcia oferty Airbusa w rozmowie telefonicznej, jaką miał odbyć z francuskim prezydentem jesienią ubiegłego roku. Poparcie oferty Airbusa za kandydaturę Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej miało też wzmocnić pozycję Polski w Unii Europejskiej. Tam bowiem byliśmy uważani za prawdziwą forpocztę Amerykanów, zwłaszcza gdy w zeszłym roku ostatecznie potwierdzono rolę Polski w zorganizowaniu tajnych więzień CIA w Europie. Związanie się z europejskim potentatem zbrojeniowym miało zniwelować dystans Francji i Niemiec do Polski. Oczywiście istniało ryzyko, że wpłynie to na nasze relacje z Amerykanami, którzy mogą poczuć się urażeni, że zwycięzcą przetargu nie zostanie ich Sikorsky, który m.in. po to zainstalował się w Polsce. Ten problem postanowiono zminimalizować, wspierając ofertę amerykańskiego Raytheona, który z kolei został zwycięzcą przetargu MON na system obrony przeciwpowietrznej średniego zasięgu i dostarczy nam swoje Patrioty. To również zakomunikował MON przy okazji ogłaszania wyniku przetargu na śmigłowce. W tym wypadku przegranym okazało się z kolei konsorcjum Eurosam, zawiązane przez francuskie firmy MBDA i Thales.

Gdzie w tym interes Polski?

Błędy popełniono już w przeszłości, stawiając na to, że uda się utrzymać w Polsce dwie wytwórnie (PZL Świdnik i PZL Mielec), które będą produkowały śmigłowce. Taka właśnie kalkulacja spowodowała, że w Świdniku pojawiła się AgustaWestland, a w wytwórnię w Mielcu zainwestował amerykański Sikorsky. Tymczasem wszystkie przesłanki przemawiały za tym, że najbardziej racjonalnym rozwiązaniem byłoby postawienie w Polsce tylko na jednego producenta śmigłowców.

W aspekcie przetargu na śmigłowce w polskim interesie było na pewno podzielenie realizacji potrzeb naszej armii pomiędzy Świdnikiem i Mielcem. Można to było zrobić, stawiając sztywny wymóg, że oferent musi być już zainstalowany w Polsce. Tak zrobiłby każdy rząd faktycznie dbający o interesy swojego kraju. Chodzi bowiem nie tylko o nowy sprzęt dla armii, lecz także o to, ile mogłaby zyskać na tym polska gospodarka. A w przypadku podzielenia potrzeb pomiędzy Świdnikiem a Mielcem na pewno zyskalibyśmy dużo więcej. Wystarczy wspomnieć o tzw. wartości dodanej, jaka mogłaby wynikać z takiego rozwiązania. Rozwój obu wytwórni, wzmocnienie gospodarcze obu biednych regionów (województwa lubelskie i podkarpackie zajmują w gospodarczych statystykach z reguły ostatnie miejsca), współpraca obu wytwórni z polskimi kooperantami i kolejne miejsca pracy na polskim rynku – to argumenty, których nie można pominąć. Ale stało się inaczej. To francusko-niemiecki Airbus wygrał przetarg na śmigłowce dla polskiej armii. Jest mało prawdopodobne, aby Airbus zdecydował się na to, aby tutaj na miejscu produkować w całości swojego H225 M Caracal. Oczywiście żadne umowy offsetowe nie zostały jeszcze podpisane, ale na pewno i tak nie zrekompensują one tego, co moglibyśmy uzyskać w przypadku wyboru ofert Świdnika i Mielca. Jest również jasne, że realizacja oferty Airbusa, wcześniej czy później, doprowadzi do wycofania się z polskiego rynku zarówno Sikorsky’ego, jak i AgustyWestland. A to będzie miało znacznie poważniejsze konsekwencje, bo wtedy zarówno nad wytwórnią w Świdniku, jak i w Mielcu zawiśnie „widmo śmierci”. I jeśli tak się stanie, ziści się jeden z najbardziej czarnych scenariuszy dotyczących przyszłości polskiej zbrojeniówki. Ale Donald Tusk i prezydent Bronisław Komorowski o tym nie pomyśleli. A wojskowi z MON? Czy zawsze będą „stukać obcasami” przed swoimi politycznymi zwierzchnikami?

Autor jest historykiem, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI

Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI