Przez Francję przejechało polityczne TGV

Kawaler. Z czwórką dzieci i dwiema atrakcyjnymi partnerkami. Pierwsza, z którą spędził 30 lat, Ségolene Royal, w poprzednich wyborach prezydenckich w 2007 r., jako socjalistyczna kandydatka, w drugiej turze przegrała z Nicolasem Sarkozym. Startowała wtedy, o czym opinia publiczna nie wiedziała, już jako singielka, gdyż jej wieloletni partner François Hollande dwa lata wcześniej zostawił ją i czwórkę wspólnych dzieci.
Niecodzienna Pierwsza Dama
Ségolene miała ochotę zmierzyć się z powszechnie nielubianym Sarko ponownie w 2012 r., ale tym razem przegrała już w prawyborach partyjnych ze swym byłym partnerem. Uznała, jak Francuzi zauważyli po królewsku (royal znaczy królewski), demokratyczny wybór członków partii i bez osobistych antypatii wspierała na mityngach wyborczych oficjalnego kandydata; była też na zwycięskim wieczorze wyborczym, gratulując Hollandowi zwycięstwa. Obok niej stała jej rywalka, piękna dziennikarka „Paris Match”, Valerie Trierweiler, osobista doradczyni François w czasie kampanii. Podwójna rozwódka, matka trojga dzieci. To dla niej François schudł 15 kilogramów, zmienił image, nabrał pewności siebie i stanął z sukcesem w prezydenckie szranki. Wcześniejsze polityczne porażki, które wytknięto mu szczegółowo w czasie kampanii, znosił zawsze z pogodą, np. gdy prezydent François Mitterand, Ségolene a nie jemu powierzył ministerstwo, uznając, że dla obojga nie ma miejsca w rządzie. Obecna partnerka Hollanda, jeszcze nie chce komentować swojej nowej roli, dość nietypowej zresztą, bo nigdy dotąd „nie żona” nie była nazywana Pierwszą Damą we Francji.

Angela Merkel została „wdową”
Hollande niegdyś był eurodeputowanym. Jak obserwuję Parlament Europejski, jest to swego rodzaju wylęgarnia premierów, prezydentów, ministrów dla kolejnych rządów. Ciekawa jestem, ile moich francuskich koleżanek i kolegów eurodeputowanych wybierze teraz karierę krajową i opuści Europarlament? Na europejskich salonach przed francuskimi wyborami mówiło się o dominującym euromariażu niemiecko-francuskim zwanym „Merkozy”, ale ponieważ jeden z małżonków właśnie politycznie „zmarł”, zastanawiano się, jak Europa będzie sobie radzić w tym wdowieństwie, tym bardziej, że Markel, oficjalnie wspierając Sarkozy’ego, nawet nie chciała się spotkać z lewicowym kandydatem na prezydenta. Bojących się o przyszłość wspólnoty, pragnę uspokoić, nic się nie zmieniło, pierwszą głową państwa, która pogratulowała Hollande’owi zwycięstwa była Angela Merkel, a pierwszym krajem jaki odwiedzi nowy francuski prezydent będą Niemcy. Wspierając, z racji wspólnej familii politycznej, od początku François Hollanda, ze zdziwieniem obserwuję, że we francuskich mediach, po zakończonych 6 maja br. wyborach, częściej pada słowo porażka niż zwycięstwo. 16,9 mln wyborców wolało Sarkozy’ego, a 2,1 mln oddało głos pusty lub nieważny. Teraz 19 mln niezadowolonych głośno to manifestuje.

Wyostrzona wersja Sarkozy’ego
Wielu komentatorów ubolewa też, że urzędujący do 16 maja br. prezydent Sarkozy, jak zapowiedział, wycofa się z polityki. Jego partyjni koledzy niby w to nie wierzą, ale już dzielą skórę na niedźwiedziu, zaś nieoficjalna zwyciężczyni wyborów, Marine Le Pen, zaciera ręce, przewidując, że po porażce Sarkozy’ego rozpadająca się prawica jej powierzy stery opozycji. Co prawda zajęła ona dopiero 3 miejsce w pierwszej turze wyborów prezydenckich, ale w drugiej, paradoksalnie, to jej wyborcy mogli zdecydować, kto zostanie prezydentem Francji. Marine Le Pen zdobyła milion głosów więcej niż jej ojciec Jean-Marie Le Pen przed 10 laty. Prawie 6,5 mln obywateli 22 kwietnia br. poparło Front Narodowy, co pokazuje, że jego idee są coraz bardziej we Francji atrakcyjne. Z wynikiem 17,9 proc. poparcia Marine jest obecnie mocna, jak nigdy wcześniej. Obserwuję ją w Parlamencie Europejskim, gdzie w przerwach pomiędzy swoją aktywnością krajową (będąc europosłanką od 2004 r.) czasem się pojawia. Zasiada w ławach niezrzeszonych, obok swojego taty Jean-Marie Le Pena, nie znajdując z żadną, nawet ultraeurosceptyczną grupą wspólnego języka. Jako rasowa populistka, Marine odrzucała „zaloty” zarówno prawicy, jak i lewicy; jeśli jednak zdecydowałaby się poprzeć Nicolas’a Sarkozy’ego, to miałby on wygraną w kieszeni. Powstrzymując swoich wyborców od pójścia do urn lub wzywając do oddania pustego głosu, przyczyniła się do wygranej François Hollande’a. Na obu kandydatach Marine Le Pen nie zostawiła suchej nitki w czasie kampanii i z żadnym też nie chciała wejść do rządu. Jednakże gołym okiem widać, że jej hasła były wyostrzoną wersją programu Sarkozy’ego, a od Hollanda dzieliły i nadal dzielą ją lata świetlne. Marine Le Pen z wyrachowaniem nie udzieliła nikomu poparcia, poczeka jeszcze 5 lat i znajdzie się w drugiej turze przyszłych wyborów prezydenckich w 2017 r. Francuzi zmęczeni kryzysem, prawicą i lewicą, będą chcieli zmiany.

Trudne wyzwania
Francuska kampania prezydencka wzbudzała, poza Francją, duże zainteresowanie w Niemczech, gdzie kanclerz współpracująca w dotychczasowym aliansie „Merkozy”, obawiała się, że mariaż „Merkolland” będzie białym małżeństwem, i słusznie. Hollande ma zdecydowanie inny gust niż Sarkozy, choć obaj mają bujną przeszłość damsko-męską.
Hollande pojawił się w Polsce 9 marca br., jego wizyta nie wzbudziła dużego zainteresowania naszych mediów i polityków, poza lewicą. Szkoda, ponieważ można było zakładać, że to właśnie on wygra. Miałam okazję poznać François Hollanda, uczestniczyć w dyskusjach z jego udziałem w Parlamencie Europejskim, na posiedzeniach naszej grupy politycznej Socjalistów i Demokratów. Francuzów do Hollande’a przekonało wiele atutów jego programu, np. plan utworzenia 150 tys. nowych miejsc pracy, zmniejszenie obciążeń finansowych od pracowników 50+, jako zachęta do ich zatrudniania, wyższe podatki dla osiągających dochody powyżej miliona euro rocznie. Są to rozwiązania idące w kierunku pobudzania wzrostu gospodarczego, a nie tylko oszczędności. Prezydent elekt Francji przejmuje kraj, w którym przybywa 16 tys. bezrobotnych dziennie, siła nabywcza pieniądza notorycznie spada i nie wiadomo co zrobić z 3 mln imigrantów.

Odrodzenie lewicy
Wybór Hollande’a wpisuje się w świeży centrolewicowy trend w Europie. W ostatnich miesiącach socjaldemokraci wygrali w Danii i na Słowacji. Szykują się też zmiany w Niemczech. To znaczący sygnał, po fali wzrastającego w ostatnim czasie poparcia dla skrajnie prawicowych partii w Finlandii czy w Holandii. To przesunięcie się punktu ciężkości w stronę centrolewicy, także we Francji, jest propozycją powrotu do stabilnej normalności, czego oczekują przeciętni euroobywatele.
Hollande uważa Polskę za ważnego partnera i jedno z najbardziej liczących się państw w Unii. 6 maja br. zdecydował zatem również o jakości relacji Paryż-Warszawa. Dziwię się, że do tej pory, mimo przyjaźni Sarko-Tusk, nie skorzystaliśmy z doświadczenia i technologii szybkiej kolei francuskiej za unijne pieniądze, które zresztą najprawdopodobniej nam przepadną. Chiny i Ameryka Południowa, nawet bez unijnej pomocy, już z niej korzystają. Pociąg jadący z prędkością 320 km/h nikogo we Francji (i u jej partnerów) nie dziwi, ani wagony pędzące wzdłuż autostrady i z łatwością „wyprzedzające” śmigające po drodze auta. Francuski rekord prędkości pociągu to 574,8 km/h. Życząc podobnych osiągnięć naszej kolei i polskim podróżnym w przyszłości, trzymam kciuki za Hollanda.
Autorka jest posłem do Parlamentu Europejskiego, członkiem kilku komisji, w tym między innymi Komisji Prawnej oraz Komisji Petycji.