Rosja i Chiny – małżeństwo z rozsądku

Sankcje ekonomiczne i embargo na zachodnie towary znacznie ograniczyły pole manewru rosyjskiego biznesu. Praktycznie jedynym ratunkiem przed izolacją dla naszych wschodnich sąsiadów jest ścisła współpraca z najbliższym geograficznie i najsilniejszym mocarstwem pozostającym poza amerykańską strefą wpływów – Chinami. Przynajmniej na papierze ten sojusz byłby w stanie napsuć wiele krwi wrogom Rosji. Czy jednak mamy do czynienia z równoprawnym partnerstwem, jak twierdzi kremlowska propaganda?

Razem przeciw dolarowi

Podstawowym celem obydwu rządów jest intensyfikacja wymiany handlowej, w czym Pekin widzi środek do umiędzynarodowienia swojej waluty. 13 października banki centralne interesujących nas państw przypieczętowały wartą 150 mld juanów (24,5 mld dol.) transakcję typu swap, czyli zabezpieczoną przed zmianami kursu. Chiny zawarły już takie porozumienia z 24 innymi krajami, w tym Szwajcarią i Brazylią, której obroty swapowe z Państwem Środka opiewają na 190 mld juanów. Wszystkie te posunięcia pomogły chińskiej walucie prześcignąć euro w walce o status drugiego po dolarze najpopularniejszego środka płatniczego na świecie.

Wciągnięcie wymiany z Rosją do tego planu było o tyle proste, że sąsiadom zza Ussuri także zależało na odejściu od rozliczeń w amerykańskiej walucie. Obroty między obydwoma partnerami w ubiegłym roku wyniosły 89 mld dol. Premier Dmitrij Miedwiediew zapowiedział, że w 2014 r. przekroczona zostanie granica 100 mld. Zyski z wymiany juanów na ruble na moskiewskiej giełdzie w br. wzrosły dziesięciokrotnie, jednak uzyskane w ten sposób według stanu na wrzesień 939 mln dol., to tylko niewielki procent 374 mld dol. dochodów z wymiany dolarów na rosyjską walutę.

Dość spekulacji

Mimo że rosyjsko-chiński swap to jedna z 38 umów dotyczących kwestii energetycznych, technologicznych i finansowych podpisanych 13 października przez Miedwiediewa i premiera Li Keqianga, wymiana pieniędzy z sąsiadem stanowi tylko jeden z wielu elementów ambitnej strategii Pekinu. Zresztą nie tylko Chiny mają dość ciągłego dodruku pieniędzy przez rezerwę federalną i nie chcą dłużej używać dolara w rozliczeniach. Od czerwca Państwo Środka i Japonia w handlu między sobą przerzuciły się na jeny i juany. Iran w obliczu amerykańskich sankcji rozlicza się z Turcją i Indiami w barterze i złocie. Także Arabia Saudyjska w związku ze spadkiem eksportu ropy naftowej do USA planuje odejście od petrodolara.

Ważnym elementem chińskiej polityki zagranicznej jest gromadzenie zapasów złota (w 2009 r. wynosiły one 1054 ton metrycznych, ale na pewno od tego czasu ich wysokość znacznie wzrosła), co ma zapewnić juanowi większą stabilizację niż dowolnie dodrukowywanemu dolarowi i jest zgodne z działaniami rządów innych państw kreowanej na alternatywę dla hegemonii Waszyngtonu grupy BRICS. Nie można jednak zapominać o innym fragmencie tej układanki. Chiny to największy zagraniczny posiadacz papierów dłużnych w USA. Wartość pozostających w rękach Pekinu skryptów w listopadzie ubiegłego roku wynosiła 1,28 biliarda dol. i od tego czasu systematycznie spada. Analitycy uważają, że nie jest to wyraz braku zaufania do dolara, którego wartość w ostatnich dwóch latach systematycznie wzrastała, lecz oznaka stabilizacji największych obecnie na świecie rezerw finansowych w walutach obcych. Chiny posiadają obecnie prawie 4 biliardy dol. w środkach płatniczych innych państw.

Realia i złudzenia

Trudno więc spodziewać się, aby w najbliższym okresie władzom azjatyckiego mocarstwa zależało na całkowitym upadku amerykańskiego dolara. Proces wypierania go z handlu międzynarodowego przez juana w ostatnich latach znacznie przyspieszył. Jeszcze w 2010 r. tylko 3 proc. transakcji Chińczyków z zagranicznymi partnerami odbywało się w rodzimej walucie. Za rok ma być to już co najmniej 30 proc. Do gruntownej „dedolaryzacji” globalnej gospodarki jednak jest jeszcze daleko. Rosyjskie dążenia do odwetu za polityczny ostracyzm raczej nie spotęgują tego procesu, ponieważ to Chiny z racji większej liczby partnerów i znacznie wyższego PKB są w tej parze stroną dyktującą warunki.

Twierdzenia o zagrożeniu dla USA ze strony osi Moskwa-Pekin opierają się głównie na informacjach o wspólnych projektach infrastrukturalnych, m.in. w dziedzinie wojskowości i energetyki. Do najpoważniejszych należą plany sprzedaży Chinom myśliwców Su-35, systemów rakietowych S-400 i łodzi podwodnych Amur 1650. Aby uzyskać pożyczkę w wysokości 30 mld dol., Rosja zobowiązała się sprzedawać za południową granicę 600 tys. baryłek ropy naftowej dziennie. Moskiewskie instytucje finansowe w rodzaju WTB i Wnieszekonombanku traktują współpracę z chińskim Eximem nie tylko jako wartość samą w sobie, lecz także jako wstęp do ekspansji na rynki Hongkongu i Singapuru.

Pozorna sielanka

Nie ma pewności, czy antyamerykańskość, wrogość do demokracji czy podobieństwa charakterologiczne Putina i Xi Jinpinga na dłuższą metę przeważą nad utrzymującymi się różnicami politycznych priorytetów tych dwóch krajów. Rosja nie rezygnuje ze współpracy handlowej z pozostającymi w nieprzyjaznych stosunkach z ChRL Indiami i Wietnamem. Pekin na pewno nie będzie zadowolony ze sprzedaży tym krajom broni przez sojusznika. Moskwa nie jest też w stanie powstrzymywać gwałtownego wzrostu chińskiej populacji na Syberii i Dalekim Wschodzie, do którego Państwo Środka ma skrywane historyczne pretensje.

Jak na razie autorytarnym władzom udaje się utrzymać spokój na terytorium Federacji Rosyjskiej. Jeżeli jednak sytuacja gospodarcza nadal będzie się pogarszać, nie można wykluczyć zastosowania przez Chiny scenariusza donieckiego, czyli wkroczenia na teren sąsiada w imię obrony swoich obywateli przed zamieszkami. Geopolityka i demografia są bezlitosne – ucieczka na Wschód jako chwilowe rozwiązanie problemów wynikających z agresywnej polityki w Europie może okazać się dla Kremla ślepym zaułkiem.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN