Rosyjska zemsta na Europie

Wiele wskazuje na to, że za masowym napływem uchodźców do Europy stoi Rosja. To zemsta za sankcje związane z konfliktem na Ukrainie.

Masowy najazd arabskich uchodźców kompletnie zaskoczył unijną Europę. Nikt bowiem nie przypuszczał, że tysiące z nich zaczną do niej napływać od południa, szybko wyczerpując jej możliwości absorpcji w tym zakresie. Unijny projekt rozrzucenia prawie 160 tysięcy arabskich uchodźców we wszystkich krajach wspólnoty, w tym w Polsce, niczego nie zmieni. Po nich przyjdzie następna fala, jak wiele wskazuje, dużo większa od tej pierwszej.

Rozłam w Unii

Sprawa podziału napływających do Europy arabskich uchodźców już ma swoje konsekwencje. Doprowadziła bowiem do poważnego politycznego „pęknięcia” wewnątrz samej UE. Kraje Europy Środkowo–Wschodniej nie chcą zgodzić się na przyjęcie do siebie z góry narzuconej im liczby uchodźców. Szczególnie mocne cięgi za brak europejskiej solidarności w tym zakresie spotykają premiera Węgier Victora Orbana, który zdecydował się m.in. zamknąć granicę z Serbią, aby powstrzymać dalszy ich napływ do swojego kraju. Niemcy ustami swojego wicekanclerza Sigmara Gabriela grożą nawet środkowoeuropejskim państwom odebraniem funduszy strukturalnych, jeśli te nie podporządkują się unijnym ustaleniom.

Jeszcze dalej posunął się niedawno przewodniczący PE Martin Schultz, który nie zawahał się grozić państwom Europy Środkowo-Wschodniej użyciem siły, jeśli te nie podporządkują się unijnym planom wobec imigrantów. Ale konflikt wśród państw członkowskich UE, jaki zarysował się w sprawie uchodźców może być dopiero początkiem znacznie głębszego „pęknięcia”, którego skutki mogą mieć kluczowe znaczenie dla jej przyszłości. Zachodzi zasadnicze pytanie: jak doszło do tego, że właśnie teraz Europę zaczęli masowo zalewać przybysze, których jednak tylko część może być uznana za prawdziwych politycznych wygnańców?

Destabilizacja Bliskiego Wschodu

W zasadzie wojny na Bliskim Wschodzie trwają nieustannie od roku 2003, kiedy amerykańskie wojska rozpoczęły inwazję na Irak, dyktatorsko rządzony przez Saddama Husseina. Dzisiaj jest już dla wszystkich oczywiste, że deklarowany wtedy przez USA zamiar obalenia irackiego dyktatora, który miał ukrywać broń masowej zagłady był czystą fikcją, a w rzeczywistości Amerykanom chodziło o przejęcie irackich pól naftowych, co leżało w interesie amerykańskich koncernów. Tamta wojna nie miała również żadnego związku z walką, jaką Amerykanie już wcześniej prowadzili z Al-Kaidą i Osamą bin Ladenem, z którym Saddam Hussein i jego reżim nie mieli nic wspólnego.

Ale prawdziwą destabilizację Bliskiego Wschodu przyniosła dopiero „Arabska Wiosna”, która w grudniu 2010 r. zaczęła się od Tunezji. Rewolucja, która doprowadziła do obalenia prezydenta Zin Al-Abidin Ben Alego była inspiracją dla pozostałych państw regionu. Jako pierwsza przykład z Tunezji wzięła sąsiednia Algieria, potem Jordania i Jemen, gdzie również masowe protesty obywateli wymusiły polityczne zmiany. W styczniu 2011 r. do rewolucji doszło również w Egipcie, w wyniku czego obalono prezydenta Hosniego Mubaraka. Do wystąpień, choć już na mniejszą skalę, na początku 2011 r., doszło także w Arabii Saudyjskiej, Dżibuti, Iraku, Kuwejcie, Bahrajnie, Libanie, Maroku, Omanie, Palestynie, Somalii, Sudanie.

W lutym 2011 r. także w Libii doszło do masowych wystąpień społecznych, które przerodziły się w prawdziwą wojnę domową, w wyniku której rebelianci obalili rządzącego krajem twardą ręką Muammara Kadafiego. Od początku tego konfliktu rebeliantów wspierali Amerykanie, zarówno tajnymi akcjami CIA, jak i otwarcie przez naloty zarządzone przez prezydenta USA Baracka Obamę. Nikt wówczas nie wiedział, że libijscy rebelianci to w istocie żołnierze Al-Kaidy, którzy wcześniej walczyli z siłami USA w Iraku. Po upadku Kadafiego wojsko USA zaczęło szkolić rebeliantów syryjskich, którzy mieli obalić dyktatora Baszara al-Assada. Amerykanie stworzyli również „szczurze ścieżki”, za pomocą których płynęła do Syrii broń z bogatych arsenałów zbrojeniowych obalonego libijskiego dyktatora. Jak ujawnił amerykański dziennikarz Seymour Hersh, w sprawie tej zostało zawarte nawet tajne porozumienie pomiędzy amerykańską CIA a rebeliantami i sąsiednią Turcją.

Krótko mówiąc, to USA było ojcem chrzestnym Państwa Islamskiego (ISIS), które dzisiaj realnie zagraża władzy Baszara al-Assada. Reasumując, to Amerykanie doprowadzili do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zrobili to pod szyldem walki o prawa człowieka i obywatelskiej wolności (ich brak w Arabii Saudyjskiej jak widać Amerykanom nie przeszkadza), powodując, że region ten nie jest już w stanie zagrozić interesom USA, ani nie jest zdolny do konkurowania z Zachodem. Oczywiście beneficjentem tej sytuacji jest również w dużym stopniu Izrael, dla którego destabilizacja arabskiego Bliskiego Wschodu jest jak najbardziej na rękę. Różnica pomiędzy USA a Izraelem dotyczy jedynie Iranu, którego dezorganizacja leży w interesie Izraelczyków, ale jak się okazuje Amerykanie na razie obawiają się takiego scenariusza.

Do gry wchodzą Rosjanie

Jak zwykle bywa w polityce, kij ma dwa końce. Tak jest również w przypadku Bliskiego Wschodu. Z sytuacji, jaka zaistniała w tym regionie postanowili skorzystać Rosjanie, którzy rozpoczęli swoją geopolityczną grę wokół Syrii, najbardziej dzisiaj zapalnego rejonu Lewantu. Rosjanie zresztą zawsze byli obecni w Syrii. Symbolem tej obecności przez lata była rosyjska baza w położonym na północny zachód od Damaszku Tartusie, z której w 2013 r. Rosjanie ewakuowali swój personel, kiedy nasiliły się walki pomiędzy siłami rządowymi a siłami Państwa Islamskiego (ISIS). Nadal wspierali Baszara al-Assada i sprzedawali mu broń. Bez tej pomocy los jego reżimu już dawno zostałby przesądzony.

Jednak gdy w czerwcu br. w związku z sytuacją na Ukrainie, Bruksela postanowiła przedłużyć sankcje wobec Rosji do stycznia 2016 r., Rosjanie w tym samym czasie przystąpili do ponownego wzmocnienia swojej obecności w Syrii. Apogeum tego procesu nastąpiło na przełomie sierpnia i września, kiedy obok rosyjskich doradców wojskowych Kreml dodatkowo przerzucił dwa okręty desantowe, samoloty, czołgi i „niewielką liczbę” rosyjskich żołnierzy. W zachodnich mediach pojawiają się również informacje, jakoby po stronie syryjskich sił rządowych już walczyły rosyjskie oddziały. Rosjanie systematycznie też wzmacniają swoje siły powietrzne, stacjonujące w Latakii położonej w północno – zachodniej części kraju, która jak wiele wskazuje, ma stanowić główną bazę operacyjną do ataku na rebeliantów walczących z wojskami Baszara al-Assada. Rosjanie prawie dwukrotnie zwiększyli personel swojej ambasady w Damaszku, kierując do niej swoich najlepszych specjalistów od Bliskiego Wschodu.

Narzędzie zemsty

To wszystko nie było przypadkowe. Kreml podjął nową geopolitycznaą grę, w której chodzi nie tylko o zastopowanie amerykańskich planów w Syrii, ale przede wszystkim o podrzucenie unijnej Europie problemu, jakim są uchodźcy, uciekający ze zdestabilizowanego konfliktami zbrojnymi regionu. Jest jasne, że nie byłoby ich masowego napływu do Europy, jaki obserwujemy od kilku tygodni bez pomocy z zewnątrz. Przemieszczanie się tysięcy ludzi z Syrii ku wybranym krajom UE wymaga profesjonalnej infrastruktury (przemytników, pieniędzy, bieżących informacji o sytuacji na granicach i wielu innych elementów), która to ułatwia. Bez niej byłoby to technicznie niewykonalne. Oczywiście nie da się tego na razie twardo udowodnić, jeśli nie mamy dostępu do informacji wywiadowczych. Jednak zgodnie z rzymską zasadą (Cui bono est vel fuit is auctor est?) należy postawić zasadnicze pytanie: komu służy sytuacja, w której Europę zalewają kolejne tysiące arabskich imigrantów?

Odpowiedzi na to pytanie można udzielić kilka. Korzystają Turcy negocjujący z UE dotacje na uszczelnienie granic, zachodni lewacy cieszą się z problemów stawiających interes narodowy na pierwszym miejscu Grecji i Węgier. Przede wszystkim jednak korzysta Rosja, która karze Europę za sankcje coraz bardziej osłabiające rosyjską gospodarkę. W obecnej sytuacji Kreml zmusza UE do ustępstw na innych ważnych dla siebie odcinkach. Jedno z nich już miało miejsce: podpisanie przez europejskie koncerny (Shell, OMV, EON) porozumienia z Gazpromem na budowę Nord Stream II. Zapewne niebawem dowiemy się, jakie będą następne kroki Rosjan. Wszystkie będą zmierzały do systematycznego rozbijania europejskiej jedności. To będzie cena, jaką Europa będzie płaciła za wspieranie Ukrainy i sankcje wobec Rosji!

—————–

 
Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI