Równiejszy. Kto chroni Jana Burego?

Czy wpływowy polityk może być ponad prawem? Czy decydując przez kilkanaście lat o stanowiskach sędziów i ich karierach może kpić sobie z prokuratury? Czy może bezkarnie sabotować śledztwo i cieszyć się niezagrożoną wolnością? W ochronę wpływowego polityka PSL zaangażowali się najważniejsi polscy politycy, sędziowie, prokuratorzy i urzędnicy. To jedna z największych afer ostatniego 25-lecia, ale też zaskakująco pokazująca patologie III RP, w której wpływowi ludzie mają status nietykalnych.

Kilkadziesiąt minut przed północą w nocy ze środy (18 listopada) na czwartek funkcjonariusze CBA zatrzymali na jednej z ulic w Warszawie byłego posła PSL Jana Burego. Działali na polecenie Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, która w ten sposób chciała chronić toczące się śledztwo. „Z zebranego materiału wynika, że Jan Bury pozyskuje informacje ze śledztwa, wpływa na funkcjonariuszy instytucji państwowych celem przekazywania informacji dotyczących śledztwa. (…) Uprzedza osoby o podejmowanych wobec nich działaniach policyjnych i przekazuje im informacje ze śledztwa” – uzasadniał prokurator Leszek Sroka, zaznaczając też, że Bury wyprzedaje własny majątek. Prokuratura postawiła mu 6 zarzutów dotyczących przyjęcia ogromnych korzyści majątkowych (około miliona złotych, m.in. w postaci sztabki złota). Zapowiedziała także stawianie kolejnych m.in. dotyczących ustawiania konkursów na stanowiska w Najwyższej Izbie Kontroli. Bury według prokuratury brał pieniądze za – uwaga! – m.in. załatwianie spraw w Krajowej Radzie Sądownictwa (nadzoruje działanie sądów i prokuratur w Polsce, Bury jest jej członkiem od 14 lat) i w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Mimo tak mocnych zarzutów sąd nie tylko nie zgodził się na aresztowanie Burego, ale nawet nie skorzystał z możliwości poręczeń, które proponowała obrona. Tak działa system Burego. Ostatnie 26 lat to właśnie jego panowanie. Ten system ma w sobie coś kumplowskiego, ferajnianego – elementy zblatowania towarzystwa mającego do siebie zaufanie. Dlatego Burego nazywa się Pierwszym Jasiem. Ten system potrafi być uwodzicielski i sympatyczny – niczym podchmielony, wesoły kumpel. Potrafi też być nieprzyjemny i agresywny – jak to w ferajnie. Biada temu, kto spróbuje jej się narazić.

„Gazeta Finansowa” jako pierwsza opisała w 2013 r. sprawę legalizowania haraczu pobieranego od przedsiębiorców handlujących z Elektrownią w Kozienicach, od której zaczęły się kłopoty Burego.

Za naszą wolność

„Bury ma też szczęście, że stawiane mu zarzuty dotyczą korupcji związanej z wymiarem sprawiedliwości. Słyszymy, że miał coś załatwiać w Naczelnym Sądzie Administracyjnym i w Krajowej Radzie Sądownictwa. W takich sprawach, gdy w grę wchodzić może także odpowiedzialność sędziego, wobec którego, zgodnie z uchwałą Sądu Najwyższego z 23 stycznia 2008 r. w sprawie SNO 91/07 obowiązują wyższe wymagania dowodowe niż w zwykłych postępowaniach. Zgodnie z zaprezentowaną tam filozofią sprawiedliwości, postawienie sędziemu zarzutu korupcji jest praktycznie niemożliwe, na czym w konsekwencji może skorzystać również Bury” – napisał Janusz Wojciechowski, europoseł PiS. Wojciechowski, wie co mówi, był przez wiele lat nie tylko członkiem PSL, ale także sędzią i prezesem Najwyższej Izby Kontroli.

Co ciekawe sędzia, który był autorem tej skandalicznej uchwały działał – jak się okazało – we własnym interesie, bo niedługo po niej okazał się być głównym bohaterem afery korupcyjnej w Sądzie Najwyższym, zamiecionej, w świetle reflektorów  pod dywan. Pomysł, że aby osądzić sędziego trzeba mieć lepsze dowody niż na zwykłego obywatela jest tak kuriozalny, że trudno go komentować, pokazuje jednak sposób myślenia elit III RP. To wręcz modelowa realizacja hasła z kultowej książki Georga Orwella „Folwark zwierzęcy”, w której obnażał on zakłamanie komunizmu, że „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Wystarczy zmienić słowo „zwierzę” na obywatel i mamy III RP w akcji.

Samo zatrzymanie Jana Burego i postawienie mu zarzutów, to przełomowe wydarzenie w historii Polski po 1989 r. Niespisaną zasadą kolejnych władz jest porozumienie, które można określić w sposób następujący „my nie wsadzamy was, a wy nas”. A Bury nie jest jakimś tam zwykłym posłem, to człowiek, który dla ludowców jest tym kim Aleksander Kwaśniewski dla SLD. 

Bury (w październiku skończył 52 lata) w polityce działa od ponad 30 lat, zaczynał jeszcze w PRL-u. Do Związku Młodzieży Wiejskiej Należał od 18 roku życia – 1981 r., a do satelickiego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego – od 1983 r. Już w latach 80. łączył działalność w polityce z pracą w nomenklaturowych firmach (Agrotechnika). Później równolegle z rozwojem swoich biznesów piął się po szczeblach kariery politycznej. W 2007 r. udało mu się zostać wiceministrem skarbu odpowiedzialnym za kluczowe spółki energetyczne. To nowy typ oligarchy, któremu polityka pomaga w tworzeniu biznesowego imperium. Chociaż jego oficjalny majątek szacowany był na kilka milionów złotych, faktycznie ma on wpływy bezcenne. A one z kolei gwarantują mu bezkarność, nawet, gdy w oczywisty sposób zostaje przyłapany na łamaniu prawa.

Czerwiec 2011 r. CBA potwierdza doniesienia „Super Expressu” i dostarcza premierowi Donaldowi Tuskowi raport, z którego wynika, że wiceminister skarbu Jan Bury złamał ustawę antykorupcyjną. Na początku 2011 nabył on 50 proc. udziałów w spółce So-Res, chociaż prawo pozwala wiceministrom mieć 10 proc. Jednocześnie ze zmianami właścicielskimi spółka zgłosiła rozszerzenie działalności o branżę energetyczną i to akurat tę część, którą nadzoruje minister Bury. On sam tłumaczył złamanie ustawy antykorupcyjnej „niezamierzonym błędem”. Pytanie czy prawnik z blisko dwudziestoletnim doświadczeniem w polityce mógł zapomnieć o jednym z najważniejszych ograniczeń ustawy antykorupcyjnej? Zresztą jedna z najważniejszych reguł państwa prawa mówi, że nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem. Tusk okazał się dla Burego nadzwyczaj wyrozumiały: dał mu naganę i karę, którą sam zaproponował – przekazanie wynagrodzenia na cele charytatywne.

Trzy miesiące później, podczas debaty budżetowej światło ujrzały kolejne kompromitujące Burego fakty. Poseł PiS Marek Suski przemawiając na trybunie sejmowej ujawnił zdjęcia z alkoholowej biesiady Jana Burego z członkami zarządu Elektrowni w Kozienicach (obecnie ENEA Wytwarzanie). Zarząd państwowej spółki suto ugościł nadzorującego go wiceministra. Rachunek – ponad 15 tys. zł zapłaciła państwowa spółka. I znów – po kilkudniowej burzy, doniesieniach na wiceministra do prokuratury sprawa przycichła. Chociaż było to tuż przed kampanią wyborczą premier Tusk wolał nie narażać się na próbę sił z wpływowym politykiem i nie wyciągnął z ujawnionej patologii żadnych konsekwencji.

Od stołka wiceministra Burego odkleiła dopiero afera z „taśmami PSL” (rozmowy dwóch działaczy ludowych o interesach tej partii). Po ich publikacji media zabrały się za opisywanie biznesów ludowców na styku sektora publicznego  i prywatnego. Bury podał się do dymisji uprzedzając szereg publikacji opisujących patologie w nadzorowanym przez niego sektorze energetycznym. Patologie, na których zarabiali jego koledzy i biznesowi partnerzy.

Starcie z przedsiębiorcą

Jego dobrzy znajomi i byli wspólnicy tylko z jednej państwowej elektrowni w Kozienicach (obecnie ENEA Wytwarzanie) otrzymali kontrakty na kilkaset milionów złotych w branży handlu biomasą (ekologiczny surowiec do spalania) i popiołami lotnymi (składnik cementu). Jeden z jego znajomych biznesmenów żądał od przedsiębiorców haraczu za interesy z elektrownią powołując się – a jakże – na Burego i wspólnych kolegów w ministerstwie sprawiedliwości i tajnych służb. Przedsiębiorcy zgodzili się płacić haracz, ale przekonali znajomego Burego, że potrzebują podkładki w postaci umowy, która pozwoli im zaksięgować wypłaty. Gdy umowa została podpisana, a haracz płacony biznesmeni poszli do CBA przyznali się do płacenia za możliwość robienia interesów w Kozienicach i machina ruszyła. Badając wpływy i powiązania Burego oficerowie CBA odkryli na Podkarpaciu prawdziwą „ośmiornicę” – tak powstał kolejny wątek. Dziś sprawa Burego ma te dwie główne odsłony. Sprawę korupcji i protektoratu w Kozienicach przeniesiono sprawę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Wątek korupcji na Podkarpaciu bada zaś wspomniana Prokuratura Apelacyjna w Krakowie. I w tych postępowaniach już od kilku lat dzieją się cuda. Np. jeden z przedsiębiorców, który doniósł do CBA na Burego dostał zarzuty od warszawskiej prokuratury na Woli za niezapłacenie jednej z rat haraczu od interesów z Elektrownią. Prokuratorów nie interesował fakt, że umowa jest fikcyjna, a płacenie takich faktur zwyczajnym praniem pieniędzy. Gdy sprawa została opisana przez media, to zarzuty wobec przedsiębiorcy umorzono jako w oczywisty sposób nieprawdziwe. Poszkodowany „haraczobiorca” odwołał się od tej decyzji, a warszawski sąd nakazał Prokuraturze Okręgowej ponowne zajęcie się sprawą. I tutaj dochodzimy do sedna systemu Burego. 22 listopada haraczobiorca miał być przesłuchiwany w Warszawie m.in. przy udziale swojej ofiary – Jarosława Pedrycza. Prokurator Ewelina Ostrowska uniemożliwiła mu udział błyskawicznie zamykając przesłuchanie, chociaż przedsiębiorca specjalnie był w budynku i czekał na załatwienie formalności związanych z wejściem.

Jako wieloletni członek Krajowej Rady Sądownictwa ma realny wpływ na kariery sędziów. KRS bowiem wpływ na obsadę kadrową całego wymiaru sprawiedliwości. To KRS przedstawia prezydentowi kandydata do urzędu Prokuratura Generalnego, oraz wnioski o powołanie sędziów w Sądzie Najwyższym, Naczelnym Sądzie Administracyjnym, sądach powszechnych, wojewódzkich sądach administracyjnych i sądach wojskowych. Chociaż członkowie KRS powinni mieć nieposzlakowaną opinię, to Bury utrzymał swoje stanowisko w latach 2011–2015, chociaż złamał ustawę antykorupcyjną. Członkowie KRS nie protestowali przeciwko ponownej nominacji Burego w 2011 r. Zresztą koledzy trzymają się razem nadal. Rzecznik KRS sędzia Waldemar Żurek publicznie krytykował zatrzymanie Burego w godzinach nocnych. Nie miał do tego prawa, bo przecież nie miał możliwości zaznajomienia się z dowodami na matactwo, które mieli prokuratorzy.

Jak działają nieformalne wpływy ludowców w wymiarze sprawiedliwości pokazała sprawa oskarżonego o korupcję marszałka województwa podkarpackiego Mirosława Karapyty. W kwietniu 2013 r. sędzia, która rozpatrywała wniosek o jego tymczasowe aresztowanie i zdecydowała się na zwolnienie podejrzanego za śmiesznie niską kaucję 60 tys. zł miała stwierdzić po wyroku, że „podejrzany powinien być zadowolony”. Sprawa skończyła się ogromnym skandalem. CBA zażądało postawienia zarzutów dyscyplinarnych sędziów. Sąd Okręgowy oskarżał zaś CBA o atakowanie niezawisłości sądowej. Fakty są takie, że sprawa się rozmyła. Postępowanie dyscyplinarne rzecznika przy KRS nic nie przyniosło. Tuż po wybuchu afery związanej z rzekomą wypowiedzią sędzi – CBA przesłuchało agentów będących świadkami wypowiedzi sędzi na wykrywaczu kłamstw. Badanie wykazało, że mówili prawdę. Krajowa Rada Sądownictwa nie wyciągnęła żadnych konsekwencji wobec sędzi dbającej w taki sposób o samopoczucie oskarżonego. Co więcej, działania CBA w tej sprawie sędziowie uznawali za atak na niezawisłość sędziowską.

Bury pilnował nie tylko sądownictwa. W 2007 r. tworząc koalicję z Platformą Obywatelską ludowcy otrzymali stanowisko prokuratora krajowego dla Marka Staszaka (było to przed reformą prokuratury tworzącą stanowisko niezależnego od polityków Prokuratora Generalnego). Staszak to znajomy nie tylko Burego, ale również biznesmena, który powołując się na wpływy ściągał haracz w imieniu polityka PSL. Córka prokuratora Staszaka reprezentuje „haraczobiorcę” przed sądami. Po reformie prokuratury w 2010 r. politycy PSL zabiegali o takie usytuowanie Staszaka, aby nadzorował pion odpowiedzialny za stosowanie inwigilacji. Prokurator Staszak zeznając przed sądami dawał do zrozumienia, że z faktu, iż ktoś kogoś zna i z kimś się koleguje na stopie prywatnej nie można wyciągać wniosków, iż łamie prawo przekazując mu informacje z toczących się spraw.

Charakterystyczny jest sposób działania Burego i powiązanych z nim biznesmenów wobec mediów. Słynny z afery podsłuchowej dziennikarz Piotr Nisztor w 2012 r. otrzymał dowody i informacje dotyczące interesów Burego i wspomnianego „haraczobiorcy”. Zamiast spróbować je opublikować został redaktorem naczelnym tygodnika „7 dni Puls tygodnia”, który wydawała spółka syna „haraczobiorcy”, a Bury pisał tam felietony.

Poseł Bury nie wymięka. Chociaż znajomi namawiali go na opuszczenie kraju, on postanowił zostać i walczyć. Ma aktywa, przez lata pracował przy nominacjach setek sędziów, którzy dziś mogą wobec niego odczuwać wdzięczność. Był jednym z najbardziej pracowitych członków Krajowej Rady Sądownictwa. Brał teczki przyszłych sędziów, dokładnie czytał je i starał się wywoływać wrażenie, że to jemu zawdzięczają awanse czy nominacje.

Zresztą – jeśli wierzyć prokuraturze  – ma ona dowody, że część z nich wprost znajduje się pod wpływem Burego. – Zatrzymanie i postanowienie zarzutów Buremu to nie Berlin 1945 r., tylko Stalingrad – obrazowo opowiada jeden z oficerów CBA. – Tylko cholera nie wiemy, czy jesteśmy w tej bitwie Niemcami czy Rosją Sowiecką. Bo gdyby się okazało, że tymi pierwszymi, to dalej już nie pójdziemy – podsumowuje ze smutkiem.

——

 

 

 

 

 

Jan Piński

Dziennikarz z 18-letnim stażem. Były szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, a także były redaktor naczelny "Uważam Rze". Aktualnie naczelny "Gazety Finansowej" i gf24.pl. Z zamiłowania szachista (były wicemistrz Europy juniorów). Motto: dziennikarz nie pisze co wie, ale zawsze wie co pisze.