Sprawiedliwość po franku

Pomoc dla osób, które zaciągnęły kredyt we frankach szwajcarskich, stanowiła jeden z kluczowych elementów kampanii wyborczej obecnego prezydenta, Andrzeja Dudy. W czasie minionej kadencji Sejmu także rządząca koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego obiecywała, że przygotuje kompaktowy pakiet pomocowy dla frankowiczów.

Nowy prezydencki projekt ustawy o pomocy dla frankowiczów zakłada spłatę rat po „sprawiedliwym kursie”. Co tak naprawdę kryje się za tym wyrażeniem? Pomoc dla osób, które zaciągnęły kredyt we frankach szwajcarskich, stanowiła jeden z kluczowych elementów kampanii wyborczej obecnego prezydenta, Andrzeja Dudy. W czasie minionej kadencji także Sejmu rządząca koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego obiecywała, że przygotuje kompaktowy pakiet pomocowy dla frankowiczów, lecz gdy przedstawiła swój projekt przewidujący, by koszty przewalutowania kredytów wzięły na siebie solidarnie po połowie banki i kredytobiorcy, spotkała się z nieprzychylnym stanowiskiem środowisk reprezentujących zadłużone osoby. Choć w oczach niektórych ekspertów ustawa PO-PSL wydawała się bardzo hojna wobec frankowiczów, ostatecznie nie doprowadzono do jej uchwalenia. W zamian Sejm uchwalił jedynie powołanie do życia Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, który stanowi rodzaj kasy wspomagającej dłużników znajdujących się w złej sytuacji finansowej – jego start zaplanowano na 18 lutego.

Kukułcze jajo

Ciężko się oprzeć wrażeniu, że poprzednia ekipa rządząca, jak gdyby przeczuwając ogromne koszty ustawy, która w pełni usatysfakcjonowałaby osoby zadłużone we frankach szwajcarskich, świadomie pozostawiła ciężar jej uchwalenia politykom Prawa i Sprawiedliwości. Kancelaria prezydenta Dudy już od wielu tygodni pracowała nad nowym dokumentem, lecz wobec ciągłego osłabiania się złotówki w stosunku do najważniejszych walut (w tym franka), jej działania wyraźnie przyspieszyły. Pracownicy Kancelarii przedstawili podstawowe założenia nowej ustawy, która jest najkorzystniejsza dla frankowiczów ze wszystkich dotychczasowych ustaw, lecz jednocześnie jej koszt wycenia się na ok. 40 mld złotych.

Przedstawiciele prezydenta przekonują, że koszty te poniesie w 90 proc. sektor bankowy, co wywołało już niemałą burzę w środowisku finansowym. Prawo i Sprawiedliwość, które kreuje się na obrońcę Polaków przed wielkim, zagranicznym kapitałem, konsekwentnie podąża więc ścieżką tej samej polityki, którą zamierza stosować wobec sklepów wielkopowierzchniowych czy też wielkich korporacji.

Projekt prezydencki zakłada, że kredyty zaciągnięte we frankach będą mogły być zrestrukturyzowane na 3 sposoby. Pierwszy z nich przewiduje, że bank będzie mógł dobrowolnie zrestrukturyzować (przewalutować) kredyt tak, iż klient będzie płacił raty po „sprawiedliwym”, niższym kursie. Drugi sposób, przewidywany na wypadek odmowy wykonania przez bank procedury dobrowolnej restrukturyzacji będzie polegał na zmuszeniu banku do odpowiedniej aneksacji umowy. I wreszcie, zadłużeni uzyskają odtąd możliwość sprzedania całej nieruchomości w zamian za anulowanie długu.

Oszukani?

Niedawno minął rok, od kiedy 15 stycznia 2015 r. szwajcarski bank centralny ogłosił, że nie będzie utrzymywać sztywnego kursu franka wobec euro. Z dnia na dzień kurs szwajcarskiej waluty poszybował do góry, a wraz z nim raty kredytów. Szacuje się, że w Polsce zaciągnięto łącznie ok. 600 tys. kredytów, co oznacza, że co najmniej dla kilku milionów Polaków płynny kurs franka wobec złotówki stworzył zupełnie nową sytuację, w której poważnie wzrosły koszty, jakie domowe i firmowe budżety muszą ponosić na spłatę odsetek.

Wbrew wielkiemu poruszeniu w mediach, spłacalność kredytów we frankach jest nadal wysoka i zaledwie 2,6 proc. zadłużonych nie spłaca na czas należności. Frankowicze są jednak bardzo liczną grupą społeczną, co w warunkach demokratycznych sprawia, iż o ich interesy i pomyślność zabiegać muszą politycy walczący o ich głosy. Prace nad kolejnymi ustawami o pomocy polegały tak naprawdę na wielkiej licytacji o to, kto przeznaczy więcej na rzecz licznej grupy społecznej, która w medialnej narracji zyskała miano „poszkodowanych”. Czy jednak naprawdę poszkodowanych?

Szczyt okresu, w którym Polacy zaciągali kredyty we frankach, przypadł na lata 2004-2008, kiedy to świat znajdował się w fazie sztucznego gospodarczego boomu wywołanego przez nieodpowiedzialną politykę finansową amerykańskiego banku centralnego (Rezerwy Federalnej). W Stanach Zjednoczonych udzielano wówczas kredytó hipotecznych na zakup nieruchomości osobom, których zarobki nie pozwoliłyby nigdy spłacić nawet połowy kredytu. Karnawał nadmiernej płynności przeniósł się także na polski grunt, gdzie wzrosło zainteresowanie kredytami hipotecznymi m.in. we frankach.

Według wielu frankowiczów oraz obrońców ich interesów, umowy kredytowe podpisywane z bankami od początku były niewłaściwe, podpisywane w pośpiechu, czy też bez udzielenia dostatecznych informacji o ryzyku zmiany kursu. Jednak tak długo, jak kurs franka wobec euro był stabilny, a złotówka trzymała się zasadniczo na stałym poziomie, kredyty we frankach nie stanowiły wielkiego społecznego problemu. Ten pojawił się dopiero w momencie, gdy raty kredytu nagle wzrosły. Wówczas dopiero okazało się, że umowy zawierane z bankami stanowiły rodzaj cynicznego cyrografu podsuwanego niewinnym przez złowrogie instytucje finansowe.

Jak przekonuje ekspert Instytutu Misesa, Jan Lewiński, bez względu na skutki płynnego kursu franka, ustawa pomocowa narusza istotne zasady funkcjonowania gospodarki wolnorynkowej oraz praworządności: „Projekt przewalutowania kredytów oznacza bowiem przymusową ingerencję w zawarte wcześniej dobrowolne umowy między bankami a kredytobiorcami. Tego rodzaju manipulacje, to nic innego jak złamanie zasady niedziałania prawa wstecz”. Lewiński wskazuje, iż bardziej rozsądną formą pomocy dla faktycznie poszkodowanych byłoby zapewnienie pomocy prawnej „To nie oznacza, że naprawdę skrzywdzonym frankowiczom nie można byłoby pomóc w sposób respektujący prawo i powszechnie przyjęte normy społeczne, takie jak dotrzymywanie raz zawartych umów. Jeśli bowiem rzeczywiście umowy o kredyty we frankach zostały zawarte w sposób niezgodny z prawem, a przedstawiciele banków faktycznie w pewnych przypadkach oszukiwali swoich klientów, to, zamiast zmieniać umowy, można byłoby zaproponować rozwiązanie długofalowo stabilizujące stan prawny, uproszczając drogę dochodzenia tego rodzaju krzywd przed sądami, w ramach ugody czy przez usprawnienie działania systemu arbitrażu. Niestety, na to […] się nie zanosi”.

Banki potrzebne państwu

Projekt ustawy Kancelarii Prezydenta nie został jeszcze oszacowany pod kątem dokładnych kosztów – tym ma się zająć teraz Komisja Nadzoru Finansowego. Przeniesienie całości ciężaru na sektor bankowy wydaje się jednak niezbyt realne, gdyż w ostateczności państwo jest mocno uzależnione od kondycji banków. Państwowy dług jest wszakże nabywany przede wszystkim przez polskie banki, jeśli więc teraz przyjdzie im przyjąć na siebie koszty przewalutowania, które przy słabnącej wciąż złotówce mogą jedynie wzrosnąć, ich kondycja może ulec pewnemu osłabieniu, co siłą rzeczy odbije się także na bieżącym stanie finansów publicznych.

Z tego względu prezydencki projekt ustawy przewiduje pewne dodatkowe postanowienia mające zawęzić grono beneficjentów przewalutowania. Otóż nieoficjalnie wiadomo, że pomoc będzie przysługiwała jedynie osobom, których złą sytuację finansową potwierdzi wskaźnik DTI (ang. debt to income), ukazujący wartość zadłużenia względem zarobków netto. Wedle rozmaitych rekomendacji wskaźnik ten powinien wynosić co najwyżej 50 proc., co oznacza, że rata kredytu nie powinna przekraczać połowy wartości miesięcznych zarobków. Dokładnych ustaleń w tym zakresie jeszcze jednak nie poznaliśmy. Ponadto, prezydencki projekt, podobnie jak wcześniejsza propozycja PO, przewiduje pewne ulgi podatkowe dla banków z tytułu kosztów poniesionych na przewalutowanie. W praktyce oznaczałoby więc to, że kosztami niższych, spłacanych po „sprawiedliwym” kursie rat obciążenibyliby wszyscy podatnicy, którzy musieliby pokryć ubytki w budżecie spowodowane przez przyznane bankom, nadzwyczajne ulgi.

Osobną kwestię stanowi zresztą samo pojęcie „sprawiedliwego” kursu franka wobec złotówki, które z góry zakłada, że istnieje też kurs „niesprawiedliwy”. Propozycja prezydencka wynika niestety ze złego zrozumienia realiów rynkowych, na którym zawsze trzeba brać pod uwagę ryzyko określonych zmian. Tym bardziej, jeśli za pewnik bierze się politykę utrzymywania stałego kursu wymiany stosowaną przez polityków w innym kraju. Dla tysięcy Polaków nowe realia finansowe, z wyższą ratą kredytu, powinny się stać bolesną, ale konieczną lekcją ostrożności i gospodarności, która ogromnie ułatwiłaby uniknięcie podobnej sytuacji w przyszłości. Niestety, wszystko wskazuje na to, że zamiast tej bolesnej lekcji nauczkę dostaną wszyscy ci, którzy z przezorności nie zaciągają nigdy kredytów (w Polsce to aż 70 proc. przedsiębiorców), a których zmusi się teraz do poniesienia części kosztów przewalutowania obcych kredytów.

Projekt ustawy prezydenckiej operuje nieustannie pojęciem „sprawiedliwego” kursu, lecz kurs ten można byłoby także nazwać złośliwie kursem „kiełbasianym”, gdyż w razie wprowadzenia ustawy w życie prezydent zyska sobie dozgonną wdzięczność setek tysięcy frankowiczów, którzy zapewne wezmą pod uwagę wyświadczoną im przysługę, stojąc za kilka lat nad urną wyborczą.

—–