Standard&Poors: jesteśmy tylko dziennikarzami ekonomicznymi, mamy prawo się mylić

Agencja ratingowa Standard&Poors to prywatna firma mediowa, a jej analizy i rankingi mają wagę tekstów dziennikarskich, a nie prawdy objawionej.

To nie próba zdyskredytowania S&P, ale słowa kluczowych pracowników tej agencji. „Jesteśmy dziennikarzami finansowymi, nie ponosimy odpowiedzialności za nasze opinie” – tłumaczyła się w 2005 r. Rita M. Bolger, główny prawnik Standard & Poor's,  największej na świecie agencji oceniającej wiarygodność przed amerykańskim Kongresem. Powołała się na pierwszą poprawkę do amerykańskiej Konstytucji gwarantującej wolność słowa. Taka linia obrony pozwoliła S&P uniknąć miliardowych odszkodowań dla inwestorów, którzy stracili kierując się opinią tej agencji na temat Enronu. Fakty dowodzą, że opinie „dziennikarzy ratingowych” nie mają często nic wspólnego z ekonomią, a z polityką.

W najnowszym numerze „Gazety Finansowej” ujawniliśmy, że od ponad dwóch miesięcy trwa atak na złotówkę, której kurs jest broniony przez polskie instytucje finansowe. S&P wzięło właśnie w nim udział. Obniżkę polskiej wiarygodności S&P tłumaczy „demontażem instytucji państwowych i osłabieniem ich niezależności”. Konia z rzędem temu kto powie, co ma sprawa Trybunału Konstytucyjnego i zmiany telewizji PO-PSL-SLD w telewizję PiS z sytuacją gospodarczą Polski. Agencje ratingowe to nie są niezależni audytorzy, a międzynarodowe firmy działające na rzecz swoich akcjonariuszy, z których zapewne duża część gra dziś na zniżkę kursu złotego.

Publikowanie ratingów to biznes. Zdominowany przez trzy firmy, które mają około 95 proc. światowego rynku, to Standard & Poor's i Moody's (w sumie około 80 proc.), trzecim dużym graczem jest Fitch.

Gdy S&P w 1995 r. przyznała Polsce pierwszą ocenę w swojej historii, to było to zaledwie „BB”, czyli niezadowalająca ocena zdolności do wypełniania zobowiązań finansowych. A nasza gospodarka miała wówczas aż 7 proc. wzrostu PKB i budżet z deficytem około 8 mld zł, ładnych kilka razy mniejszy niż obecnie. Dla inwestorów taka ocena oznaczała, że mogą pożyczać polskiemu rządowi pieniądze tylko wówczas, gdy akceptują wysokie ryzyko. Oficjalnym powodem tak niskiej oceny podawanym przez S&P był fakt iż 14 lat wcześniej, po wprowadzeniu stanu wojennego Polska zawiesiła spłatę swoich długów. Ciekawostką jest, że konkurent S&P agencja Moody's wystawiła wówczas ocenę „Baa”, oznaczającą właściwą zdolność do obsługi własnego długu. Jak to możliwe, że dwie profesjonalne agencje tak się różnią w swoich ocenach?

S&P obniżając dziś polski ranking z pobudek politycznych liczy na łatwy zarobek atakujących złotówkę spekulantów i krótką pamięć inwestorów. Tego typu manipulowanie rynkiem może mieć opłakane skutki, także dla tych, którzy próbują zarobić na wywoływaniu zamieszania.

Jan Piński

Dziennikarz z 18-letnim stażem. Były szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, a także były redaktor naczelny "Uważam Rze". Aktualnie naczelny "Gazety Finansowej" i gf24.pl. Z zamiłowania szachista (były wicemistrz Europy juniorów). Motto: dziennikarz nie pisze co wie, ale zawsze wie co pisze.