Tajemnice śmierci płk. Konstantego Miodowicza. Komu zależało na śmierci posła Platformy Obywatelskiej?

Zadziwiające śledztwo

 

Śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Miodowicza prowadziła Prokuratura Rejonowa w świętokrzyskim Busku-Zdroju. Jego akta zostały dostarczone sejmowej speckomisji. Ale w naszej ocenie ich lektura rodzi wiele zasadniczych wątpliwości. Trudno bowiem przyjąć bez zastrzeżenia to, że śledczy nie przeprowadzili tak wielu czynności, jakie standardowo przeprowadza się w tego typu sprawach.

 

Najbardziej bulwersujące jest jednak to, że nie wykonano nawet sekcji zwłok, co w wypadku, gdy mamy do czynienia ze śmiercią w nie do końca jasnych okolicznościach, jest obowiązkowe. Tymczasem śledczy prowadzący sprawę jakoś o tym zapomnieli. Ubogie są też ustalenia, jakie mogłyby w tej sprawie dostarczyć zeznania świadków. Tak naprawdę, wersja o nieszczęśliwym wypadku, jakiemu miał ulec Miodowicz, opiera się na zeznaniu jednej kobiety, która miała być naocznym świadkiem całego zdarzenia.

 

Można odnieść wrażenie, że śledczy potraktowali sprawę śmierci szefa sejmowej speckomisji jak śmierć jakiegoś kloszarda, który zszedł z tego świata i tak naprawdę nie stanowi wielkiej różnicy, czy nastąpiło to z powodu przedawkowania alkoholu, czy też z powodu nieszczęśliwego wypadku, jakiemu uległ po jego spożyciu. Dla śledczych z prokuratury w Busku zupełnie nie miało znaczenia kim była ofiara, jaką piastowała funkcję i gdzie pracowała. Nic też w aktach tego śledztwa nie wskazuje na to, aby śledczy zadali sobie trud zwrócenia się w tej sprawie o pomoc do polskich służb, które siłą rzeczy powinny trzymać swój parasol ochronny na kimś takim, jak Konstanty Miodowicz. Przypomnijmy jeszcze raz: to były szef polskiego kontrwywiadu (w randze pułkownika) i szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych. To wręcz zadziwiające zaniedbania, w które trudno do końca uwierzyć. Ale być może śledczy mieli jakieś wskazówki w tej sprawie od swoich przełożonych, a ci z kolei swoich. Tylko bowiem tak dałoby się wytłumaczyć sposób prowadzenia śledztwa w sprawie okoliczności śmierci Miodowicza.

 

Zmowa milczenia ludzi służb

 

Wśród funkcjonariuszy ABW, największej polskiej specsłużby, wiedza o faktycznych okolicznościach śmierci Konstantego Miodowicza jest już od dawna powszechna. Pisaliśmy o tym zresztą w naszym styczniowym artykule. Jednak jeśli pojawia się ten temat, pracownicy Agencji nie są skłonni do otwartej rozmowy. W ich zachowaniu daje się wyczuć, że temat ten jest oficjalnie jakąś olbrzymią tajemnicą i lepiej o niej nie mówić za dużo. Nic zresztą dziwnego, ABW przez trzy ostatnie lata była takim filtrem, który miał obrabiać wszelkie informacje, które mogły wywrócić do góry nogami oficjalny scenariusz tego zdarzenia. A miał on przedstawiać opinii publicznej jedną zasadniczą „prawdę”, że śmierć byłego szefa sejmowej speckomisji była zwykłym zgonem i nie stały za nią żadne nadzwyczajne okoliczności.

 

Rozmawiając z funkcjonariuszami ABW, można odnieść również wrażenie, jakby w sprawie śmierci Miodowicza obowiązywała nawet jakaś tajna dyrektywa, która nakazywała im w tej sprawie trzymać się ustalonego scenariusza. Chociaż jednocześnie można wyczuć u nich wewnętrzny bunt. Z zachowaniem proporcji można tę sytuację porównać do zeznań funkcjonariuszy SB w sprawach tajemniczych śmierci opozycjonistów i księży. Za to znacznie bardziej rozmowni są w sprawie śmierci Miodowicza ci funkcjonariusze, którzy już odeszli z czynnej służby. Były wiceszef Urzędu Ochrony Państwa (UOP) płk. Mieczysław Tarnowski przyznał w rozmowie z nami, że sam informował służby o podejrzanych okolicznościach tej śmierci. Zasadniczym powodem jego działania miały być wypowiedzi personelu medycznego ze szpitala, w którym leczono Miodowicza. Jednak, jak podkreśla Tarnowski, gdy funkcjonariusze Agencji zaczęli prowadzić działania w tej sprawie, mieli polecenie przełożonych, aby „łagodzić” swoje ustalenia i „broń Boże” nie potwierdzać, że mogło do niej dojść w wyniku pobicia. Także Maksymilian Górniak, były wiceprezes Enei w rozmowie z nami stwierdził, że pod wpływem wypowiedzi lekarzy on również informował polskie służby o ewentualności takiego scenariusza całego zdarzenia. Górniak zaznaczył jednak, że Miodowicz w pewnym momencie odzyskał przytomność, ale nie mówił nic o tym, że go pobito. Podkreślając swoje bardzo przyjacielskie relacje z Miodowiczem, Górniak stwierdził również, że udział zmarłego posła PO w sprawie „Anacondy” ograniczał się jedynie do przyjacielskich rad, jakich od czasu do czasu udzielał mu nieżyjący poseł. Zapewniał nas także, że Miodowicz nigdy nie jeździł z nim na Białoruś i nie prowadził żadnych negocjacji z ludźmi reprezentującymi „Anacondę”. Co ciekawe, on również wie, że nie zrobiono sekcji zwłok Miodowicza. Ale też nie chce komentować, dlaczego tak się stało.

 

Cały artykuł w najnowszej „Gazecie Finansowej”

E-wydanie: https://wogoole.pl/marzec/212-gazeta-finansowa-122016.html