Tajemnicza śmierć wpływowego posła PO

To wtedy zaprzyjaźnił się z Janem Rokitą, Bartłomiejem Sienkiewiczem, Piotrem Niemczykiem i wieloma innymi krakowskimi działaczami, którzy po 1989 r. porobili kariery w strukturach administracji państwowej lub w polityce. Podobnie zresztą stało się z samym Miodowiczem, który w 1990 r. trafił do MSW, którego szefem został, pochodzący również z Krakowa, Krzysztof Kozłowski. Miodowicz przeszedł niebawem do Urzędu Ochrony Państwa (UOP), który miał być nową polską służbą państwową powstałą w miejsce komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Został tam niebawem szefem Departamentu Kontrwywiadu – najważniejszego pionu, który miał dbać o bezpieczeństwo naszego państwa.

Początek lat 90. był bardzo burzliwym okresem w polskiej polityce, w którym UOP wielokrotnie znajdował się w ogniu silnej krytyki, oskarżany o kontynuowanie praktyk z czasów komunistycznej SB. Tak było m.in. w marcu 1993 r., gdy szef Porozumienia Centrum (PC) Jarosław Kaczyński ujawnił instrukcję 0015/92 wydaną przez kolegę Miodowicza – Piotra Niemczyka, wówczas szefa Biura Analiz i Informacji.

W czasach kierowania kontrwywiadem UOP Miodowiczowi bliżej było do starych SB-eków niż do centroprawicowej opozycji, którą UOP wziął na cel swoich działań. To był swoisty paradoks. Zasłużony działacz antykomunistyczny pracował w instytucji, która rozpracowywała i dezintegrowała coraz bardziej spychaną na polityczny margines centroprawicową opozycję, uznawaną zresztą przez kontrwywiad za polityczną ekstremę i potencjalne środowiska terrorystyczne. Ale z chwilą przegranej Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich, które miały miejsce jesienią 1995 r., kariera Miodowicza w UOP zaczęła dobiegać końca. Postkomunistyczne SLD mając swojego prezydenta i swój rząd zaczęło „czyścić” UOP. I Miodowicz, chcąc nie chcąc, odszedł do cywila. Politycznie związał się wówczas z Instytutem Lecha Wałęsy. W 1997 r. postanowił jednak wejść do polityki, która zawsze go pociągała. W wyborach parlamentarnych w 1997 r. został wybrany posłem na Sejm III kadencji z listy Akcji Wyborczej „Solidarność” (AWS) w okręgu kieleckim. Tak naprawdę to związał się ze Stronnictwem Konserwatywno- Ludowym, które współtworzyło AWS. Wszedł do niego za namową Jana Rokity, który przyciągnął do SKL część członków dawnej Unii Wolności (UW). Ale rządy AWS skończyły się w 2001 r. i SKL zaczęła coraz bardziej zbliżać się do nowo powstałej Platformy Obywatelskiej. To z jej list Miodowicz dostał się ponownie do Sejmu. Jako poseł IV kadencji zasiadał m.in. w komisji administracji i spraw wewnętrznych oraz komisji do spraw służb specjalnych. Gdy wybuchła afera Orlenu, Miodowicz z ramienia swojej partii został członkiem sejmowej komisji śledczej, powołanej dla wyjaśnienia całej sprawy. To był szczytowy moment jego politycznej kariery. Transmitowane przez telewizję publiczną obrady orlenowskiej komisji śledczej sprawiły, że stał się on w Polsce dobrze rozpoznawalnym politykiem. Kolejny rozdział w politycznej karierze Miodowicza zaczął się jesienią 2007 r., gdy PO wygrała przyspieszone wybory parlamentarne i przejęła władzę. Miodowicz ponownie został posłem PO i szefem partyjnych struktur w województwie świętokrzyskim. Cztery lata później z powodzeniem ubiegał się o reelekcję. Cały czas zasiadał w sejmowej komisji ds. służb specjalnych, obejmując w 2011 r. funkcje jej przewodniczącego. W Platformie do Miodowicza nie bez powodu przylgnęła łatka „posła od służb”. Znał się najlepiej na specyfice ich pracy ze wszystkich posłów tej partii.

ABW ponad wszystko!

Gdy po wyborach w 2011 r. Miodowicz ponownie znalazł się w sejmie, raz jeszcze trafił do komisji ds. służb specjalnych. Nikogo też specjalnie nie dziwiło, gdy został jej przewodniczącym. Był to wybór poniekąd bardzo naturalny, podyktowany doświadczeniem i wiedzą Miodowicza. Ale gdy opinia publiczna zaczęła dowiadywać się o kolejnych aferach, jakie ujawniały media, sejmowa speckomisja zaczęła znajdować się w samym centrum związanych z nimi wydarzeń. Pierwszy raz taka sytuacja miała miejsce w sierpniu 2012 r., gdy tysiące klientów Amber Gold dobijało się do siedzib firmy należącej do Marcina P., chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się, co rzeczywiście się stało z ich oszczędnościami, które wcześniej w niej ulokowali licząc na obiecywane duże zyski (ponad dwukrotnie przekraczające ofertę banków). Wszyscy pytali wówczas, gdzie była ABW i dlaczego Polacy nie zostali ostrzeżeni przed działaniami Amber Gold? Dopiero potem okazało się, że ABW miała wcześniej wiedzę na temat osoby Marcina P. i Amber Gold. Mało tego, informowała o tym nawet premiera Tuska, który nie wiadomo dlaczego zbagatelizował całą sprawę.

Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI