To był rok USA

Mijający rok z pewnością do nudnych nie należał, zarówno w kraju, jak i za granicą. Czy 2016 będzie równie bogaty w wydarzenia i czy wpłyną one pozytywnie na rozwój polskiej gospodarki?

2015 rok na świecie, z gospodarczego punktu widzenia, zapamiętam głównie z uwagi na dwa wydarzenia. Po pierwsze – ze względu na bardzo wyraźny spadek cen ropy na rynkach światowych, po drugie – na wyraźną poprawę, i tak już niezłych, perspektyw gospodarki amerykańskiej.

Łupki wciąż ważne

Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, to jest to przede wszystkim, choć nie tylko, efekt rewolucji łupkowej. Po raz pierwszy zetknąłem się z tym tematem w 2011 r. O szczelinowaniu hydraulicznym zaczynało być wtedy coraz głośniej, zwracano jednak uwagę na niekorzystne oddziaływanie na środowisko płynu do szczelinowania. Dzisiaj wiemy, że tę kwestię jednak mocno wyolbrzymiano. Mówiono też o wysokim koszcie technologii. Tak zwany break even, czyli poziom opłacalności, szacowano na około 85 USD za baryłkę surowców, czyli dopiero przy tym poziomie cen miały być pokrywane całkowite koszty wydobycia. Ropa kosztowała wtedy wyraźnie więcej, dlatego coraz więcej eksploatowano jej z łupków. Jednak kiedy w 2014 r. cena zaczęła wyraźnie spadać, pojawiła się teoria, że rewolucja łupkowa jest tylko chwilowym zjawiskiem i że decyzja OPEC, szczególnie zaś Arabii Saudyjskiej, o utrzymaniu relatywnie wysokiego wydobycia, czyli presji na kontynuację spadku cen, ma doprowadzić do upadłości firm eksploatujących łupki.

Nawet jeśli to prawda, strategia ta w ogóle się nie sprawdziła. W 2015 r. USA stały się największym producentem ropy na świecie, a postęp technologii i jej upowszechnienie doprowadziły do wyraźnego obniżenia progu opłacalności. Dzisiaj, jak się szacuje, może on znajdować się na poziomie nawet poniżej 40 USD za baryłkę. Moim zdaniem cena baryłki w okolicach 50 USD, plus minus 20 USD, i to raczej minus niż plus, to rzeczywistość najbliższych lat. I bardzo dobrze, bo kraje takie, jak Polska tylko na tym korzystają. A dla samych Stanów Zjednoczonych dostępność surowca, także supertaniego gazu łupkowego, oznacza ogromną przewagę gospodarczą. Szczególnie w przypadku energochłonnego przemysłu.

Know-how zza Oceanu

USA potwierdziły także, że, póki co, to one są królestwem idei i koncepcji. To tam tworzy się zdecydowanie najwięcej „nowego”, tam powstają najbardziej obiecujące technologie. Symbolicznym wyrazem tego jest fakt, że Apple właśnie pod koniec 2015 r. osiągnął rekordowy zysk 12-miesięczny, wynoszący prawie 25 mld dolarów. Tyle nie zarobiła żadna firma w historii. A przecież, jak wielu sądziło, śmierć Steve’a Jobsa miała być początkiem końca tego koncernu. Nic z tych rzeczy. Apple „daje radę”, mało tego, nigdy nie był tak silny.

A zatem rok 2015 był, moim zdaniem, rokiem Stanów Zjednoczonych. Jakby tego było mało, w czwartym kwartale pojawiły się głosy, że największa hossa gospodarcza jest jeszcze przed nami i że o żadnym cyklicznym spowolnieniu, które było oczekiwane w okolicach 2016 – 2017 roku, mowy nie ma. Jak będzie, zobaczymy. Ale rzeczywiście w USA o kryzysie już wszyscy zapomnieli i oczekiwania są jak najbardziej optymistyczne. W 2016 r. bezrobocie ma spaść do poziomu 4,5 proc., a to już okolice historycznego minimum. Warto w tym kontekście dodać, że kończą się powoli negocjacje dotyczące stworzenia strefy wolnego handlu z Unia Europejską. Z pewnością dla gospodarki amerykańskiej, z uwagi na jej większą konkurencyjność, przewagę innowacyjną oraz niższe koszty energii, będzie to bardziej opłacalne niż dla Europy, choć nasz kontynent też na tym skorzysta.

Przejściowe kłopoty Chin?

Jeśli chodzi o inne kraje, warto odnotować poprawę sytuacji w Japonii. Wygląda na to, że kraj ten ma szanse wydobyć się z trzydziestoletniego marazmu. Drukowanie jena oraz zmiany ograniczające rolę państwa w gospodarce zdają się działać. Nieco gorzej natomiast wygląda sytuacja drugiego azjatyckiego mocarstwa, czyli Chin. Gospodarka tego kraju zaczyna hamować. To z pewnością było największe negatywne zaskoczenie w gospodarczym krajobrazie 2015 r. Dzisiaj wygląda jednak na to, że „z dużej chmury mały deszcz”. Działania podjęte przez rząd Chin oraz większa niż sądzono, odporność chińskiego społeczeństwa na hamowanie gospodarki, doprowadzą prawdopodobnie do ograniczenia spowolnienia. Chińczycy dalej chcą konsumować, nie przestraszyli się złych informacji. Pomaga także spadek cen ropy oraz kilka projektów na czele z nowym Jedwabnym Szlakiem, z którego my, Polacy, również mamy nadzieję skorzystać.

Warto też odnotować pogorszenie sytuacji w wielu innych gospodarkach typu „emerging markets”, czyli rozwijających się. Jest to związane głównie ze spadkiem cen surowców. Większość z nich jest ich producentem i z faktem finansowania długów publicznych w USD. Dobrym przykładem jest tutaj choćby Brazylia. Wzrost wartości dolara wobec praktycznie wszystkich walut na świecie doprowadził do wyraźnego wzrostu długów w walutach krajowych. Dla niektórych staje się to już poważnym problemem, bo udział długu denominowanego w USD często przekracza 50 proc. Ale w skali globu nie oczekujemy tu jakichś poważnych turbulencji. Nawet w Rosji, choć jej gospodarka bardzo boleśnie odczuwa także międzynarodowe sankcje. Wielkim zaskoczeniem jest natomiast wzrost w Indiach. Prawie 7,5 proc. w ostatnim kwartale to coś, czego w styczniu nikt nie oczekiwał. To, między innymi, efekt reform, na przykład większego otwarcia kraju na Zachód.

Lepszy czas dla Europy

A co z Europą? Można powiedzieć: „powoli, ale jednak do przodu”. Gospodarka strefy euro nie chce przyspieszyć z impetem, stąd kolejne aktywizujące ją decyzje Europejskiego Banku Centralnego, czyli, de facto, drukowanie pieniędzy. 1,5 proc. wzrostu PKB w skali całej strefy trudno uznać za sukces, ale ten wynik oznacza poprawę sytuacji. Są też pozytywne wyjątki od reguły, jak choćby Niemcy i oczywiście Wielka Brytania, z tym, że ona nie jest w strefie euro. Oba kraje są już blisko zrównoważenia swoich budżetów, co jest, jakby na to nie patrzeć, ewenementem. Warto też odnotować, że wzrosty pojawiły się także w krajach, które miały kłopoty, jak choćby w Grecji, Włoszech, czy Hiszpanii. To dobre informacje, lecz pamiętajmy, że najpierw dochodziło tam do poważnych spadków.

A jak ocenić sytuację w Polsce? Z jednej strony jest tak, jak miało być, czyli nastąpiło około 3,5 proc. wzrostu PKB w całym roku. Spada bezrobocie, rośnie przeciętne wynagrodzenie, choć faktem jest, że trudno tu mówić o jakichś szybkich procesach, buduje się rekordową liczbę mieszkań. Z drugiej strony jest tak, jak kompletnie nie miało być. Mam tu na myśli kurs euro po 4,30 PLN, dolara prawie po 4 PLN i, przede wszystkim, potężny, bo dwudziestokilkuprocentowy, spadek indeksu WIG 20.

Przykre niespodzianki

Tego się nikt nie spodziewał, bo nikt się nie spodziewał upadłości dwóch, relatywnie dużych banków, czyli SKOK-u Wołomin i SK Banku, nikt nie oczekiwał, że co chwilę będą się pojawiać polityczne pomysły, które, de facto, godzą w sporą część spółek giełdowych. Podatek bankowy, także od firm ubezpieczeniowych, podatek od sieci handlowych, podatek od kopalin, łączenie kopalń ze spółkami energetycznymi, realne ryzyko prawie stuprocentowego obciążenia banków rozliczeniem kredytów frankowych itd. itp. Nie ma obecnie niebezpieczeństwa zdestabilizowania finansów publicznych, ale jaki będzie kształt różnych koncepcji, o których słyszeliśmy w czasie kampanii wyborczej, do końca nie wiemy. Nie wiemy także, co to tak dokładnie znaczy „repolonizacja polskiej gospodarki”, jak ma do niej dojść, nie wiemy, jak będziemy „na nowo i naprawdę” wspierać eksport itd. itp., a są to zagadnienia kluczowe. Jeśli faktycznie uda się to zrobić, perspektywy mogą być jeszcze lepsze, niż są. Ale perspektywy na 2016 rok to już zupełnie inny temat.

——