„Udowadniam, że można!” Marzena Filipczak o udanym podróżowaniu

Z Marzeną Filipczak, autorką znakomitych współczesnych książek podróżniczych dla kobiet o wyprawach na koniec świata, robakach i bankomatach rozmawiała redakcja Fanbooka.

– Za co Panią krytykowano?

– Za blogowy język. Rzeczywiście nie była to wysoka literatura, ale też nie taki był pomysł na tę książkę. „Między światami” jest napisane zupełnie inaczej.

– Gdy pytałam znajomych, jakie książki podróżnicze polecają, wymieniali Panią. Stała się Pani klasykiem dla współczesnych globtroterów.

– Nie wiedziałam o tym. Stało się tak może dlatego, że udowodniłam, że można nawet jeśli ma się nie najlepsze doświadczenia. Wcześniej, kiedy byłam z koleżanką w Afryce, przeżyłam napad: w Nairobi zaatakowało nas kilku mężczyzn z nożami, bo byłyśmy na tyle głupie, by nie posłuchać miejscowych i wyjść z dworca zanim się rozjaśni. W efekcie bałam się podróżować, choć kusiła mnie egzotyka. W końcu doszłam do wniosku, że skoro mam jechać daleko, to nie na chwilę. Wybrałam Azję Południowo-Wschodnią, bo to podróżnicze przedszkole: jest tania, bezpieczna i łatwo się tam dostać.

– Powiedziała Pani, że to przedszkole, tymczasem dla większości to uniwersytet.

– W Tajlandii, Malezji, Kambodży, czy Wietnamie infrastruktura turystyczna jest bardzo dobrze zorganizowana: jest dużo tanich guesthousów i hotelików, czy agencji turystycznych. Tani i wygodny jest też transport w popularne miejsca, znajomość angielskiego – powszechna, a ponieważ jest tam też wielu turystów, zawsze można do kogoś dołączyć. Z mojego punktu widzenia lądowanie w Tajlandii to bajka, a jeśli komuś nie przeszkadza, że ceny dla turystów bez targowania się są zawyżone, nie musi się zajmować niczym, bo wszędzie znajdzie się jakiś miejscowy, który go zawiezie do lokalnej atrakcji, zaprowadzi do hotelu, restauracji czy sklepu z pamiątkami.

Ja wylądowałam w Indiach i tego raczej nie polecam na pierwszy raz, bo to taki kraj, który można natychmiast pokochać, ale równie szybko znienawidzić, uciec do domu i zniechęcić się do dalszych podróży.

– Czy przed poznaniem wielkiego świata zwiedzała Pani Polskę?

– Polskę znam bardzo dobrze, regularnie od czasów liceum chodziłam po górach, przynajmniej dwa razy do roku jeżdżę na kajaki. Szczególnie lubię wschód, który jest różnorodny i niemal egzotyczny: z cerkwiami, polskimi Tatarami czy Narwią, która jest jedną z kilku rzek na świecie takiego samego typu jak Amazonka. Nie wyobrażam sobie, by zacząć podróżowanie od zagranicy nie poznając wcześniej Polski. Ale nie wyobrażam sobie też, żeby zostać tylko przy niej. Owszem, jeśli ktoś chce tylko zwiedzać i oglądać, Polska może mu wystarczyć. Ale podróżuje się przede wszystkim po to, żeby poznać inny świat i kulturę. A tego przecież w Polsce nie ma.

– Po lekturze Pani książek odniosłam wrażenie, że Pani woli oglądać nie wielkie zabytki, ale małe, klimatyczne miejscowości i raczej poznawać ludzi niż budowle?

– Wyjeżdżając jestem przygotowana od strony praktycznej: wiem jak trzeba się ubrać, czy granice są otwarte, bankomaty akceptują zachodnie karty itd. Ale jeśli chodzi o miejsca do zobaczenia, wybieram kilka najważniejszych – nie wyobrażam sobie np. w Indiach nie odwiedzić Tadż Mahal, a w Kambodży – Angkoru, choć niektórzy omijają je szerokim łukiem uważając za zbyt turystyczne i skomercjalizowane. Ja uważam, że skoro jeździ tam tylu ludzi musi coś w nich być i warto to sprawdzić choćby po to, żeby wyrobić sobie opinię. Ale jeśli mam zobaczyć piąty znany meczet, czy dziesiątą świątynię, to już mi się nie chce. Wtedy zaczynam podróż pod hasłem: ahoj, przygodo!. Ktoś mi poleci jakieś nieznane miejsce, inny zaprosi na wesele, kolejny – do obozu na pustyni…

– W które miejsca chciałaby Pani wrócić?

– Świat jest wielki, a ja chcę zobaczyć jeszcze tyle, że wracać mi bardzo trudno. Robię to w szczególnych sytuacjach, np. jeśli ktoś poznany podczas poprzedniej podróży zaprasza mnie na jakąś uroczystość. Regularnie wracam za to do miejsc, które leżą blisko i które bardzo lubię: nad norweskie fiordy, pod islandzkie wulkany, czy na kolację w gigantycznej restauracji pod gołym niebem w jaką się zamienia co wieczór plac Jemaa el Fna w Marrakeszu. Ale objechać jeszcze raz cały Iran jest dla mnie mało realne.

– Zazwyczaj pisze Pani ciepło o ludności krain, które Pani odwiedza. Wyjątkiem są Wietnamczycy.

– To oczywiście moja subiektywna ocena, ale zanim tam dotarłam, wiele osób mnie uprzedzało: zobaczysz jak będzie w Wietnamie. Jedno, dwa drobne oszustwa dziennie, jakie się zdarzają w podróży, są irytujące, ale jeśli dzieją się nagminnie – a tak bywa w Wietnamie – nie pozwalają się nią cieszyć. Niby chodzi o drobne kwoty, ale zebrane razem dają wynik imponujący, a jeszcze słyszę, jak za plecami się śmieją, że mnie oszukali.

Z drugiej strony Wietnam jako cel wyjazdu jest bardzo kolorowy, zróżnicowany, etniczny i ciekawy do fotografowania. Dla mnie jest jednak na razie jedynym krajem, do którego nie chcę wrócić. Jego mieszkańcom udało się mnie skutecznie zniechęcić, choć o to trudno. Nie wiem, może jestem niesprawiedliwa, bo to np. wina systemu, w którym żyją, ponieważ wszyscy Wietnamczycy, których spotkałam w Warszawie, byli cudowni.

– Które miejsce najbardziej Panią pozytywnie zaskoczyło?

– Trudno powiedzieć, ale chyba Kurdystan, choć trochę się tego spodziewałam: wiedziałam, że spotka mnie tam gościnność i ludzie o wielkich sercach. Zdumiało mnie co innego. W Kurdystanie w granicach Turcji dosłownie co krok są zabytki liczące sobie po kilka tysięcy lat, bo to teren, na którym rozkwitła starożytna Mezopotamia. Mało kto zdaje sobie sprawę, że tak niedalekie miejsce jak wschodnia Turcja po prostu zapiera dech w piersiach!

Z kolei Kurdystan iracki zaskoczył mnie z zupełnie przeciwnego powodu – wielkiej nowoczesności. Wszędzie trwają budowy, powstają nowoczesne centra handlowe i parki rozrywki, są trzypasmowe ulice, po których jeżdżą ekskluzywne terenówki – nigdy i nigdzie wcześniej nie widziałam ich tylu naraz. Gdy po powrocie kolega pomagał mi wybrać zdjęcia do książki zdziwiłam się, że są na nich przede wszystkim czołgi, działa i drut kolczasty. Tak właśnie wyobrażamy sobie Irak. Tymczasem on jest zupełnie inny, a zdjęcia te zrobiłam w muzeum reżimu Saddama Husajna.

Niezwykłym miejscem jest również Kałmucja ze stepem jak morze: jest tak płaski, że widać jak się zakrzywia. Ponieważ to jedyne miejsce w Europie, gdzie religią dominującą jest buddyzm, w takim stepie albo w swojsko wyglądającej wsi nagle wyrasta złota świątynia, a gdzie indziej obok siebie stoją stupa i pomnik Lenina. Przedziwny jest Turkmenistan ze stolicą wybudowaną z marmuru w środku pustyni, reżimowy, zamknięty na świat, pod względem swobód obywatelskich lokowany tuż za Koreą Północną. W tamtej części świata jest zresztą kilka krajów rządzonych przez satrapów. Dla nas panujące w nich zwyczaje byłyby nie do przyjęcia, dla ich mieszkańców – niekoniecznie, bo władający kupują poparcie fundując im np. darmową energię, wodę (w pustynnym przecież kraju), czy gaz.

– Normalność nie wszędzie znaczy to samo?

– Podróże nauczyły mnie, że coś takiego jak normalność nie istnieje. Gdy po powrocie opowiadałam koleżankom jak żyją kobiety w tamtym rejonie, że zawsze są pod opieką mężczyzny, bez jego zgody nie mogą pracować czy podróżować, stwierdziły, że to straszne. Ale gdy mówiłam tamtejszym kobietom jak żyją kobiety w Europie, że wiele z nas nie ma męża czy dzieci i pracuje na siebie sama, uważały, że straszny jest brak męża, który zarabia na kobietę. Region Kurdystanu to jedyne bezpieczne miejsce w Iraku. Tuż po moim wyjeździe wydarzył się tam zamach, jednak było to bardzo nietypowe, bo takich ataków nie było tam od lat. Gdy opowiadałam o tym w Polsce wszyscy stwierdzili, że jestem nienormalna, skoro miejsce z zamachem nazywam bezpiecznym. Tam z kolei pytali mnie o temperatury zimą w Polsce, a gdy powiedziałam, że dochodzą do minus 20 st. C i zdarzają się zamarznięcia ludzi usłyszałam, że nikt nie odważy się do nas przyjechać. W ten sposób w Iraku Polska zyskała opinię bardzo niebezpiecznego kraju.

– Czytałam Pani relacje także pod kątem robaków. Karaluchy jako bohaterowie wystąpiły raptem kilka razy. A jak to jest na co dzień?

– Karaluchy zależą nie tylko od brudu, ale przede wszystkim od klimatu. Pamiętam jak kiedyś w eleganckim hotelu w Indiach korzystałam z łazienki. Na stolikach w restauracji leżały białe obrusy, leżały srebrne sztućce, a pomiędzy nimi biegł karaluch. Ja ich nie znoszę i się nimi brzydzę, ale one tam istnieją i nic się z tym nie zrobi. Tak samo jak nic się nie zrobi z muchami na polskiej wsi.

– A inne „groźne” stwory?

– Wiem, że niektórzy boją się pająków, ale dla mnie to miłe stworzonka, na które nie zwracam uwagi, więc nie rejestruję ich obecności. Trzeba uważać na komary, bo roznoszą malarię. W stepie są skorpiony, a w wielu miejscach występują szczury, ale nie są to takie spasione okazy jak u nas, tylko małe, prawie jak myszki polne. Kiedyś na dworcu w Kalkucie czekałam na nocny pociąg, wokół mnie siedziały bezdomne dzieci. Mieliśmy taką zabawę: zastygaliśmy bez ruchu i czekaliśmy aż szczury wystawią łebki z norek, a my je wtedy straszyliśmy. Te szczury były dla nas jak dla polskich dzieci chomiki.

W Macedonii czy Armenii musiałam uważać na żmije, ale wystarczył kij, którym idąc stukałam przed sobą. Wtedy wygrzewająca się w kamieniach żmija ucieka, przez co nie nastąpię na nią przypadkiem. Gdybym tak zrobiła, zaatakowałaby mnie.

– W jakim kraju najsmaczniej gotują?

– Dla mnie w Indiach, choć dla innych może to być kontrowersyjna teza, bo tamtejsza kuchnia jest bardzo ostra, zwłaszcza na południu kraju. Ale ja jestem wegetarianką i był to pierwszy kraj, w którym nie musiałam szukać jedzenia. W Indiach dominuje bowiem wegetarianizm, w niektórych świętych miastach restauracje mięsa nie serwują w ogóle i jeśli turysta chce je zjeść, musi zamówić dzień wcześniej. Jeśli ktoś nie lubi ryżu i soczewicy, które są podstawą tamtej kuchni, bardzo szybko ją znienawidzi, ale dla mnie był to raj.

Piekłem były za to Azja Środkowa i Iran, gdzie króluje baran, bo w stepie łatwiej wyhodować jego niż marchewkę.

– Czy są książki podróżnicze, które może Pani polecić?

– Niemal wszyscy podróżujący na własną rękę mają w plecaku Lonely Planet: to praktyczne przewodniki, z których korzystamy, i których równocześnie nienawidzimy. Wszyscy poruszają się potem tą samą trasą, chcą zobaczyć te same opisane jako warte zobaczenia miejsca, a polecane w LP hotele czy restauracje bardzo szybko windują ceny. Ostatnio w ogóle wydawnictwo poleca coraz droższe rozwiązania, raczej dla zamożniejszego turysty, a nie trampa. Ja używam Lonely Planet, żeby zaplanować logistykę i przygotować się praktycznie, ale nie korzystam z polecanych tam hoteli, knajpek czy wycieczek. Szukam za to informacji na obcojęzycznych forach internetowych i stronach ministerstw spraw zagranicznych publikujących informacje dla turystów.

– Jak bezpiecznie wybrać się w podróż?

– Wystarczy myśleć: słuchać miejscowych, nie ignorować ostrzeżeń, nie szwendać się po nocy i zakazanych rejonach, nie pakować w niebezpieczne sytuacje itd. Kluczem do sukcesu jest zdrowy rozsądek i przygotowanie od strony praktycznej. Jakie? Trzeba wykupić dobre ubezpieczenie, nie trzymać wszystkich pieniędzy razem na wypadek kradzieży i mieć pomysł, jak w razie potrzeby je zorganizować. Warto zeskanować dokumenty – np. paszport – i wysłać do siebie e-mailem, dzięki czemu w razie kradzieży będzie łatwo je odtworzyć. Koniecznie trzeba umówić się z rodziną jak często będziemy w kontakcie – np. raz w tygodniu.

Przed wyjazdem trzeba też sprawdzić niuanse, np. że w Uzbekistanie praktycznie nie ma bankomatów, trzeba więc zabrać dolary, które wymienia się na czarnym rynku, w Iranie jest ich co prawda mnóstwo, ale akceptują tylko miejscowe karty, karty na nic zdadzą się też w Turkmenistanie.

– A gdzie będzie Pani spędzać wakacje?

– Na Islandii. Jedyna droga główna wiedzie wokół wyspy i nią już przejechałam. Żeby mieć wyobrażanie: ta droga główna fragmentami jest szutrowa. W interiorze jest jeszcze gorzej, w dodatku często nie ma mostów, trzeba więc przejeżdżać rzeki. Samochodem osobowym nie wolno tam wjeżdżać, jeśli coś się stanie, ubezpieczenie tego nie obejmie. Wnętrze wyspy można pokonać jedynie autem z napędem na cztery koła, a wypożyczenie tego jest dość drogie. Ja jadę sama, postanowiłam więc przejść Islandię w poprzek na piechotę. Muszę zabrać wystarczająco dużo prowiantu i paliwa, bo tam są jedynie lawa i gorące źródła.

– Będzie pani niosła wszystko na własnych plecach?

– Tak, dlatego muszę zminimalizować wagę bagażu; zabrać jedzenie, które jest pożywne, mało waży i szybko się gotuje. Dwa lata temu przeszłam Lofoty i wiem, że mogę wędrować z bagażem o maksymalnej wadze 18 kg. Wyższa szybko staje się dla mnie udręką. Wiem też, na ile wystarczy mi jeden kartusz gazu oraz że potrzebuję kijków do przejścia przez rzeki. Na szczęście są zwykle szerokie, ale płytkie, a gdyby okazały się wartkie, zawsze mogę poczekać na jakiś samochód.

Gdybym jednak nie była wcześniej na Islandii i nie wędrowała sama na długich dystansach po Norwegii, na pewno bym się na ten wyjazd nie porwała. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałabym czego się spodziewać.

– Życzę powodzenia.

——