Warszawski Sen WSI

Na początku bieżącego roku spółka ogłosiła upadłość. Do dzisiaj nie ustalono, kto odpowiada za to, że intratny kontrakt wpadł w ręce znanej w Warszawie grupy byłych żołnierzy WSI i ich kolegów, o których mówiono, że mieli wręcz niewiarygodne szczęście przy robieniu interesów z miastem.

Warszawskie biznesy kapitana

Kpt Piotr P. to były oficer WSI, który w połowie lat 90. musiał pożegnać się ze służbą. – Wyleciał za wykorzystywanie naszej wiedzy do własnych interesów – mówi „Gazecie Finansowej” wysoki oficer dawnych WSI, były przełożony kpt. P. – I za flirtowanie z politykami PC… – dodaje z wyraźną dezaprobatą w głosie. Wersja naszego rozmówcy pokrywa się z tą przedstawioną kilka miesięcy temu przez byłego szefa WSI – gen. Marka Dukaczewskiego w radiu RMF. To m.in. odkrycie notatek z tych spotkań w archiwach służb miało według niego stać się przyczyną konfliktu środowiska dzisiejszego PiS z kapitanem. Jak dowiedział się „Newsweek” przełożony kapitana miał zeznać, że powodem zakończenia współpracy z P. były informacje komórki bezpieczeństwa wewnętrznego WSI.
Kpt. P. od początku swojej kariery w WSI kręcił się przy środowiskach prawicowych. Jak pisała kilka lat temu „Rzeczpospolita”, według raportów jednego z oficerów WSI P. w latach 1991-1993 kontaktował się z tym środowiskiem najprawdopodobniej za wiedzą i z inspiracji płk. Aleksandra L. (partnera w „interesach” zasiadającego wraz z nim na ławie oskarżonych w dwóch sprawach dziennikarza Wojciecha S.) oraz płk. Marka Wolnego. – Zawsze obracał się w środowiskach prawicowych i kościelnych, przyjaźnił się z duchownymi, podobnie jak jego przełożony L. To była ich nisza – kwituje nasz rozmówca ze służb.
Po wyrzuceniu z WSI kpt P. skupił się na robieniu interesów. Oczywiście w swoim stylu. W 1994 r. powstała Fundacja Pro Civili, która miała pomagać poszkodowanym w walce o bezpieczeństwo państwa. Jej założycielami było dwóch Austriaków, z których jeden był twórcą Global System – pierwszej piramidy finansowej w Polsce. Fundacja wkrótce wpadła w ręce kpt. P. (do sierpnia 1995 r. był oficerem obiektowym na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT) w Warszawie) i jego kolegi z WSI Krzysztofa Werelicha. Żona kapitana została dyrektorem generalnym, a jednym z pracowników fundacji był wspomniany wcześniej przełożony kapitana – płk Marek Wolny. Tygodnik „Wprost” pisał, że fundacja od początku była wehikułem służb do pomagania prowadzeniu w Polsce działalności austriackich firm ubezpieczeniowych. Cały mechanizm miał pomagać również pozyskiwać WSI swoich ludzi w szeregach UOP. Ponadto Pro Civili handlowała np. nieistniejącym programem komputerowym. Finałem działalności Pro Civili było wyprowadzanie z WAT na podstawie umów o fikcyjne usługi z podmiotami powiązanymi z fundacją 400 mln zł. Odpowiedzialność za wyprowadzenie pieniędzy spadła na pracowników WAT.

Deal w Ursusie

Po zakończeniu przygody z Pro Civili kpt P. ze swoją ekipą przerzucił się na deweloperkę. Założona przez niego spółka Kwant wyłożyła wadium na zakup przez spółkę Challange Eighteen Sp. z o.o. gruntów po zlikwidowanej fabryce traktorów w Ursusie. 52 hektary zakupione zostały za ponad 82,7 mln zł. Wkrótce po tej transakcji za sprawą zmiany w uchwale o Studium kierunków i zagospodarowania przestrzennego dla m.st. Warszawy, będącego podstawą do nowego planu zagospodarowania przestrzennego (pisaliśmy o tym w „Gazecie Finansowej) ich wartość wzrosła ponad dwukrotnie. Udziały w spółce-właścicielu gruntów zostały szybko sprzedane za gigantyczną kwotę ponad 200 mln zł.

Po operacji w Ursusie kpt. P. skupił się na sektorze parabankowym. Został wiceprezesem SKOK Wołomin. Dziś zasiada na ławie oskarżonych w sprawie zdefraudowania 360 mln zł.

Jednak kpt. P. znany jest za sprawą jeszcze innej operacji, o powodzeniu której przesądziła (podobnie jak w przypadku gruntów w Ursusie) decyzja stołecznego ratusza. To kontrakt na budowę bulwarów na zachodnim brzegu Wisły. P. zarobił na nim 120 mln zł.

Szybka kasa

W wrześniu 2012 r. kolejna spółka, w której działał kpt P. ze swoją ekipą – Hydrobudowa Gdańsk wygrała przetarg na budowę bulwarów po zachodniej stronie Wisły.  Sytuacja – jak na Warszawę dość nietypowa pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz zwycięzcą przetargu okazała się firma, która oferowała najniższą cenę. Kryterium ceny zazwyczaj nie jest stosowane, a wygrywającym jest oferent dający gwarancję najlepszego wykonania i bezpieczeństwa. Spółka kapitana zarobiła na tej operacji 123 mln zł, które trafiły do niej jeszcze przed zakończeniem budowy. Na początku bieżącego roku okazało się, że spółka ogłosiła bankructwo.

– „Dlaczego firma padła? Wiele mogą powiedzieć jej bilanse: – Faceci wypłacali sobie 15 milionów dywidendy rocznie. Do tego helikopter, którym „Bentley” latał do Gdańska – milion rocznie. Za utrzymanie biura w Warszawie płacili ponad dwa miliony. Rada nadzorcza zgarniała milion za rok. Ile pieniędzy wyszło na Cypr za dziwny konsulting – nie wiem. Kto i po co lokował pieniądze w funduszach w USA – też nie. Czym jeździli? – Porsche panamera i drogimi mercedesami – wyjaśniał w rozmowie z „Newsweekiem” były pracownik Hydrobudowy.

Jak to możliwe, że przetarg wygrywają znani wszystkim ludzie WSI, którzy od operacji z gruntami w Ursusie są doskonale znani włodarzom stolicy? Próbując ustalić, kto odpowiada za przyznanie kontraktu, kierujemy zapytania do Ratusza. Rzecznik nie odpisuje i nie odbiera telefonu. Udało nam się jednak dodzwonić do jego zastępczyni, która tłumaczy, że sprawą zajmował się zarząd mienia m.st. Warszawy. Dopytywana o szczegóły prosi o wysłanie pytań mailowo. Pytania skierowaliśmy również do obecnego szefa KNF –Andrzeja Jakubiaka, który do października 2011 r. był wiceprezydentem Warszawy. Niestety mimo upływu dwóch tygodni nie uzyskaliśmy odpowiedzi na nasze pytania.

—————–