Wojna z terroryzmem Al-Szabab

W październiku 2011 r. kenijskie wojska po raz pierwszy wzięły udział w zagranicznej operacji militarnej. Przekroczyły granice Somalii, gdy konflikt wewnętrzny w tym kraju osiągnął poziom krytyczny. Celem interwencji było zlikwidowanie organizacji terrorystycznej Al-Szabab, która odpowiada za szereg ataków bombowych, zamachów i porwań cudzoziemców w Rogu Afryki. Malwina Haggard – Al Shabaab to odłam Al-Kaidy, który wywodzi się z pozostałości Unii Trybunałów Islamskich. Grupa ta miała kontrolę nad częścią terytorium Somalii do czasu, gdy wojska etiopskie, wspierane przez Amerykanów, wkroczyły do kraju. Al-Szabab charakteryzuje surowe prawo szariatu, któremu muszą podporządkować się jej członkowie, a także ludność będąca pod kontrolą organizacji.

Pierwszy przypadek zaangażowania w konflikt
Według najnowszych analiz, Al-Szabab ma międzynarodową sieć kontaktów, która rekrutuje setki Somalijczyków, do tej pory wychowujących się na Zachodzie. Wielu obywateli Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Francji dobrowolnie dołączyło do organizacji. Od momentu powstania w 2004 r. przeprowadza ona systematycznie udane ataki terrorystyczne, głównie na przedstawicieli rządu i urzędników państwowych. W ostatnich latach celem organizacji stali się także cudzoziemcy. Fakt, że wojska kenijskie zdecydowały się wkroczyć na terytorium Somalii, aby pomóc rządowym siłom w walce z organizacją terrorystyczną jest ewenementem w regionie. Jest to pierwsza militarna interwencja, w której kenijskie siły biorą udział. Co sprawiło, że państwo zaangażowało się w konflikt?

Brutalne ataki
Przede wszystkim Kenia obawia się napływu uchodźców z sąsiadującej Somalii. Już teraz istnieje zagrożenie, że w północnej części Kenii ludność pochodzenia somalijskiego znacznie przekroczy liczbę rodowitych Kenijczyków. W obozie dla uchodźców w Dadaab w Kenii przebywa obecnie ponad 0,5 mln ludzi, ofiar konfliktów, głodu i suszy w Somalii. Obóz w Dadaab jest obecnie trzecim największym skupiskiem ludności w Kenii i rząd obawia się napływu nielegalnych emigrantów. Wielu spośród uchodźców somalijskich uzyskało nielegalnie papiery, zezwalające na stały pobyt na terenie kraju. Zwiększa się liczba Somalijczyków mieszkających w stolicy Kenii Mogadiszu, a to prowadzi do coraz większej niechęci Kenijczyków w stosunku do osób pochodzenia Somalijskiego. Rząd obawia się konfliktu etnicznego, jak ma to miejsce m.in. w Demokratycznej Republice Konga. Warunki humanitarne w obozie są fatalne, szerzą się epidemie i głód. Z powodu aktywności Al-Szabab pomoc humanitarna często nie dochodzi do potrzebujących. Atakowane są transporty z lekami i żywnością. Dla Kenii, która czerpie zyski główne z turystyki, najpoważniejszym problemem są porwania turystów i pracowników organizacji humanitarnych przez bojowników Al-Szabab. W październiku 2011 r. dwóch hiszpańskich pracowników humanitarnych zostało uprowadzonych w Kenii i wywiezionych do Somalii. Organizacja dopuściła się kilku zamachów na zagranicznych turystach przebywających w kenijskich nadmorskich kurortach: zastrzelono obywatela Wielkiej Brytanii, a jego żonę porwano z hotelu. Ataki stawały się coraz brutalniejsze: uprowadzono niepełnosprawną turystkę i wywieziono ją do Somalii, gdzie zmarła. Porywacze zażądali okupu za jej ciało.

Skromne wsparcie Zachodu
Oczywiście decyzja o interwencji nie jest oparta tylko na ostatnich wydarzeniach. Już w latach 90. terroryści islamscy, mający koneksje z Al-Kaidą, przeprowadzili szereg ataków terrorystycznych w regionie. Ostatni masowy atak w mieście Kampala (w lipcu 2011 r.) zabił 85 osób i ranił setki. To tylko pokazało, że organizacja stanowi regionalne zagrożenie. Zwłaszcza dla państw, które brały od 2007 r. czynny udział w operacji pokojowej Unii Afrykańskiej w Somalii (AMISOM). Samo podjęcie decyzji o interwencji nie zostało poprzedzone długimi negocjacjami. Społeczeństwo zostało powiadomione, że Kenia jest w stanie wojny już dwa dni po ogłoszeniu decyzji w tej sprawie przez ministra bezpieczeństwa wewnętrznego i ministra obrony. Wygląda na to, że krok ten został podjęty przez niewielką grupę członków rządu. Nie tylko sami Kenijczycy byli zaskoczeni decyzją o interwencji. Odbiła się ona echem w całym regionie. Mimo szerokiego apelu władz kenijskich o udzielenie wojskowego wsparcia dla działań militarnych, spośród zachodnich sojuszników Kenii tylko USA i Francja zdecydowały się wspomóc, ale dosyć skromnie (wywiad i logistyka) te działania. USA oficjalnie operację poprały, ale nie zdecydowały się na żaden dalszy krok w tym kierunku. Nieoficjalnie, nie jest zbiegiem okoliczności, że amerykańska baza sił powietrznych zlokalizowana w sąsiedniej Etiopii znowu jest operacyjna i służy jako wyrzutnia bezzałogowych samolotów. Brak oficjalnych kroków militarnych jest zrozumiały, jeśli weźmie się pod uwagę fiasko i międzynarodową kompromitację po amerykańskiej operacji Restore Hope w Somalii w 1993 r. Kenia od początku zabiegała, aby jej siły weszły oficjalnie w skład AMISOM. W ten sposób cała akcja mogłaby zostać przeprowadzona pod sztandarem Unii Afrykańskiej i ONZ. Dałoby to większą legitymację działaniom kenijskim. Kenii nie pomaga również fakt, że wśród oddziałów somalijskich, wspierających siły kenijskie, dochodzi do sporów o dowództwo i kontrolę. Same cele militarne operacji także zmieniają się wraz z biegiem wydarzeń. Początkowo celem było złapanie winnych porwań i zamachów. Z czasem rozszerzyło się to o zlikwidowanie całej organizacji. Obecnie, największym wyzwaniem jest zdobycie portu w Kismayo, który znajduje się w południowej części Somalii.

Strategiczne złoża
Operacja, która miała zostać przeprowadzona sprawnie i szybko, nie osiąga zamierzonych rezultatów. Winą obarcza się ulewne deszcze, które niszczą infrastrukturę drogową, nie pozwalając oddziałom na sprawne przemieszczanie się wraz z zasobami. Ponadto, siły somalijskie są słabsze niż sądzono, a sama Al-Szabab zwróciła się w stronę walki partyzanckiej. Mimo że organizacja nie jest popularna wśród ludności somalijskiej, ze względu na nie radzenie sobie z klęską głodu i surową interpretację szariatu, wiele klanów w wyniku wewnętrznych walk zostało „wcielonych” do Al-Szabab. Stąd pojawia się zagrożenie, że w związku z rosnącą liczbą obywateli Somalii w samej Kenii, może dojść do uaktywnienia się tzw. V Kolumny. Od momentu wkroczenia wojsk kenijskich liczba zamachów bombowych, zabójstw i porwań w samej Kenii, które przypisuje się Al-Szabab, wzrosła. Ale z drugiej strony, w porównaniu z latami poprzednimi, sama siła, zwłaszcza militarna, organizacji spada. Na tle klęski głodowej dochodzi do konfliktów wewnątrz organizacji. Ciosem było także przejęcie przez siły AMISOM stolicy Somalii, Mogadiszu. Do tej pory finansowo Al-Szabab radziło sobie całkiem nieźle, uzyskując „dochody” z podatków, opłat portowych i eksportu węgla drzewnego. Stąd tak ważne jest dla Kenijczyków przejęcie portu w Kismayo, który służy Al-Szabab za główną bazę logistyczną. Oczywiście nie jest to jedyny powód, dla którego uważa się ten port za strategiczny. Region wokoło Kismayo cieszy się obecnie dużym zainteresowaniem ze względu na swój ekonomiczny potencjał. Nie tylko jest to centrum handlu, zarówno somalijskiego, jak i kenijskiego (legalnego i czarnorynkowego). Ocenia się, że znajdują się tam także duże zasoby ropy naftowej. Co więcej, tereny wzdłuż linii brzegowej niedaleko Kismayo uważa się także za atrakcyjne turystycznie, a to ma strategiczne znaczenie zwłaszcza dla kenijskiej gospodarki. Rząd Somalii doskonale zdaje sobie sprawę z kenijskich interesów w swoim kraju. Stąd jego obawy o rosnące wpływy zagraniczne. Biorąc pod uwagę najnowsze doniesienia na temat odkrycia złóż ropy naftowej w kenijskim regionie Turkana, można przewidzieć, że wzrosną wpływy tego kraju w całym regionie. Mając złoża na północy tego kraju, Kenia może chcieć przejąć także te somalijskie w obrębie Kismayo.

Co zrobią Amerykanie?
Nie wiadomo, jak zakończy się operacja Linda Nchi. Możliwe że fiaskiem, podobnie jak było to w przypadku interwencji wojsk etiopskich. W momencie, gdy interesy ekonomiczne pojawiają się na scenie, trudno jest przewidzieć rozwój wypadków. Zwłaszcza jeśli nie zaangażowały się w to mocarstwa zachodnie. W związku z doniesieniami o odkryciu złóż ropy naftowej w Kenii, możemy się spodziewać jednak, że sytuacja ulegnie zmianie i Amerykanie zdecydują się na oficjalne kroki. Oby tylko pomoc dotarła do tych, którzy jej najbardziej potrzebują.

Autorka jest analitykiem Instytutu Jagiellońskiego ds. Ameryki Łacińskiej i Afryki Subsaharyjskiej.