Zakupy MON do przeglądu!

Nowy polski rząd będzie musiał uważnie przyjrzeć się wszystkim przetargom zbrojeniowym MON. Na pewno znacznie lepiej niż do tej pory będą musiały one uwzględniać interesy polskiej zbrojeniówki!

Podczas ostatniej konferencji prasowej szef MON minister Tomasz Siemoniak przedstawiając plany swojej partii na temat różnych aspektów bezpieczeństwa naszego kraju i rozwoju jego armii zakomunikował, że modernizacja wojska w maksymalnym stopniu powinna być oparta na polskim przemyśle obronnym. Postulat wygłoszony przez Siemoniaka mógł zaskakiwać z jednego zasadniczego powodu! Ostatnie lata były bowiem okresem, gdy MON dokonujący zakupów zbrojeniowych dla polskiej armii kompletnie nie brał pod uwagę interesów polskiej zbrojeniówki. Mało tego, wyniki wielu MON-owskich przetargów na nowy sprzęt i uzbrojenie, były czasami całkowicie sprzeczne z interesami polskich przedsiębiorstw zbrojeniowych. A to one przede wszystkim powinny skorzystać na zakupach sprzętu i uzbrojenia dla polskiej armii. Tymczasem w wyniku przetargów MON okazuje się często, że nie tylko one nie zarobią na dostawach nowego sprzętu dla wojska, lecz także mogą mieć w przyszłości poważne kłopoty, o ile nie uda im się znaleźć odbiorców produkowanego u siebie sprzętu za granicą. Warto przypomnieć jedynie dwa przypadki związane z zakupami nowego uzbrojenia dla polskiej armii, które w sposób modelowy pokazują politykę MON w tym zakresie, jaka obserwowaliśmy w ostatnich latach.

Przypadek „Kraba”

Jak rzeczywiście było w ostatnich latach z realizacją zakupów zbrojeniowych dla polskiej armii pokazuje przykład realizowanego przez MON projektu samobieżnej armatohaubicy kal. 155 mm, którą oznaczono kryptonimem „Krab”. Idea tego projektu narodziła się już w połowie lat 90., kiedy wojsko określiło swoje zapotrzebowanie na taki właśnie sprzęt. Projekt był realizowany wiele lat przez Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Mechanicznych „OBRUM” Sp. z o.o. w Gliwicach, Bumar-Łabędy i Hutę Stalowa Wola (HSW). Formalnie uruchomienie projektu zaczęło się od podpisania w 1999 r. umów pomiędzy Departamentem Uzbrojenia MON a „OBRUM” i Hutą Stalowa Wola (HSW). Jednak potem przez kilka lat projekt „Kraba” był faktycznie zamrożony i dopiero w 2008 r., gdy w MON ruszyły zbrojeniowe zakupy, powrócono do niego. Wykonaniem projektu zajęły się ZM „Bumar-Łabędy”. W trakcie prac testowych doszło jednak do mikropęknięć dna korpusów wykonanych podwozi, ale wykonawca zobowiązał się do ich usunięcia. W końcu przy akceptacji HSW i Odbioru Wojskowego udało się je wyeliminować i zachować wszystkie zakładane właściwości sprzętu. Po procesie integracyjnym w HSW pierwsza partia „Krabów” została w grudniu 2012 r. przekazana do MON. Przy realizacji drugiej partii MON postulował wprowadzenie zmian w zakresie materiału, z którego ma być wykonane podwozie oraz nowego napędu i jego systemu wentylacji. Usuwanie usterek i wdrażanie lepszych rozwiązań jest jednak standardowym zjawiskiem w każdym innowacyjnym projekcie zbrojeniowym. A „Krab” takim właśnie był. Potem okazało się, że proponowane przez wykonawców nowe rozwiązania, jakie miały być zastosowane w „Krabie” (nadwozie „Kraba”, napęd i jego system chłodzenia) nie znajdują akceptacji ani w HSW, ani wśród ekspertów MON. Mało tego, zaczęto nawet kwestionować zdolności i możliwości techniczne „Bumaru-Łabędy” i OBRUM do ich wdrożenia. W grudniu 2013 r. do Korei poleciała delegacja wojskowych z MON i przedstawicieli zarządu HSW S.A., która rozpoczęła rozmowy z Samsung Techwin. Rozmowy te zakończyły się w grudniu 2014 r. podpisaniem kontraktu, który przewidywał dostawę i produkcję na podstawie koreańskiej licencji do 2022 r. 120 podwozi do „Kraba”. Ale podpisany kontrakt miał jeden zasadniczy mankament. Okazało się, że produkcja „Kraba” na bazie podwozia Samsung Techwin nie może być przedmiotem eksportu z Polski do innych krajów, które byłyby zainteresowane zakupem takiego sprzętu dla swoich armii. Reasumując całą sprawę można stwierdzić jedno. Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej. Przez lata Bumar-
-Łabędy i OBRUM wchodzące dzisiaj w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ) pracowały nad projektem samobieżnej haubicy „Krab”, mając podpisaną umowę z HSW S.A. i patronat nad projektem MON. Gdy był on już w fazie końcowej okazało się, ze HSW S.A. za zgodą MON podpisała wbrew obowiązującej nadal umowie z „Bumarem-Łabędy” nową umowę na zakup podwozia od koreańskiego producenta. To wręcz rażący przykład nieliczenia się z interesem polskich firm zbrojeniowych.

Śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii

Rozpisano go już wiosną 2012 r. Początkowo dotyczył on 26 śmigłowców, potem jednak zwiększono zapotrzebowanie do 70 maszyn. Nowe śmigłowce miały być przeznaczone m.in. do zadań transportowych, bojowych, misji poszukiwawczo-ratowniczych oraz morskich i do zwalczania okrętów podwodnych. Ostatecznie wielkość zapotrzebowania na śmigłowce dla polskiej armii określono na 50 maszyn. Już tylko to mogło budzić poważne podejrzenia, czy rzeczywiście dobrze planujemy zakupy i liczymy pieniądze, jakie chcemy na nie wydać. Ale podejrzenia mogły też budzić notoryczne zmiany w harmonogramie tego przetargu. Według deklaracji, jakie padały ze strony MON, przetarg miał być pierwotnie rozstrzygnięty do połowy 2014 r., potem wyznaczono datę jego zakończenia na koniec 2014 r., a finalnie jako ostateczną datę rozstrzygnięcia wskazano koniec lutego 2015 r. MON wielokrotnie przesuwał też terminy składania ofert. Miały one zostać ostatecznie złożone do 1 sierpnia 2014 r., następnie do końca września 2014 r, a potem jeszcze raz przedłużono termin, wskazując jako ostateczną datę 28 listopada 2014 r. MON tłumaczył to tym, że poprosili o to sami oferenci, nie wskazując jednak, którzy. To wszystko budziło poważne podejrzenia i stawiało uzasadnione pytania o co chodzi tak naprawdę w tym przetargu. Tymczasem w lecie 2014 r. wśród załogi wytwórni w Świdniku i Stalowej Woli panowało już przekonanie, że obie wytwórnie nie mają żadnych szans na zwycięstwo w przetargu i na pewno będzie nim Airbus Helicopters. Pojawiły się również informacje, jakoby zwycięstwo francusko-niemieckiego koncernu miało być „zapłatą” dla Francji i Niemiec za posadę przewodniczącego Rady Europejskiej, którą to funkcję Donald Tusk objął 1 grudnia 2014 r. Wskazywano także, że już jesienią 2014 r. o zwycięstwie Airbus Helicopters wiedziano w Paryżu i Brukseli. Ale MON nie dementował tych informacji. Ogłoszenie wyniku przetargu śmigłowcowego miało miejsce 21 kwietnia b.r. Jego zwycięzcą okazał się właśnie Airbus Helicopters i jego śmigłowiec H225 M Caracal. W komunikacie MON na temat wyniku przetargu była oczywiście jedynie mowa o wstępnym wyborze oferty Airbusa, ale nikt nie miał już wątpliwości, że jest to ostateczny wybór wielozadaniowego śmigłowca dla polskiej armii. W ten sposób nasza armia otrzyma 50 Caracali, z czego 34 egzemplarze będą w wersji specjalistycznej, a 16 w wersji transportowej. Pierwsze z nich mają trafić do Polski w 2017 r. Wielkimi przegranymi tego przetargu okazali się: PZL Mielec, należących do amerykańskiego koncernu Sikorsky Aero Engineering Company i PZL Świdnik, które z kolei należą do włosko-brytyjskiej firmy AgustaWestland. Produkty, z którymi przystąpili do organizowanego przez MON przetargu – śmigłowiec S-70 i Black Hawk i jego morska wersja Seahawk (Sikorsky) oraz AW 149 (AgustaWestland) uznane zostały za dużo gorsze od oferty Airbusa. Abstrahując od tego, czy oby na pewno wybrany przez MON H225 M Caracal jest lepszy i rzeczywiście tańszy od maszyn jakie zaoferowały wytwórnie ze Świdnika i Mielca zachodzi zasadnicze pytanie: co zyskają na takim wyborze polskie przedsiębiorstwa zbrojeniowe? Wprawdzie Airbus zapowiedział wybudowanie nowej fabryki w Łodzi, ale trudno uwierzyć w to, że powstanie ona w ciągu najbliższych dwóch lat i wyprodukuje w niej maszyny dla polskiej armii. O wiele bardziej realnym scenariuszem będzie ten, że realizacja umowy z Airbusem, wcześniej czy później, doprowadzi do wycofania się z polskiego rynku zarówno Sikorsky’ego, jak i AgustyWestland. A to będzie miało poważne konsekwencje, bo wtedy zarówno nad wytwórnią w Świdniku, jak i w Mielcu zawiśnie „widmo śmierci”. I jeśli tak się stanie, ziści się jeden z najbardziej czarnych scenariuszy dotyczących przyszłości polskiej zbrojeniówki!

Przede wszystkim polskie interesy

W zakupach zbrojeniowych MON chodzi nie tylko o nowy sprzęt dla polskiej armii, lecz także o to, ile może na nich zyskać cała polska zbrojeniówka. Tymczasem MON w ostatnich latach kompletnie nie brał pod uwagę tego jak duże straty będzie ona ponosiła z powodu decyzji o zakupie sprzętu od producentów, których w Polsce nie ma i nic nie wskazuje na to, że zechcą inwestować w budowę nowych fabryk w naszym kraju.

Jest oczywiste, że nowe kierownictwo MON będzie musiało poważnie przyjrzeć się zarówno przetargom już zrealizowanym, jak i tym, które są w tej chwili realizowane. Pieniądze na zakup sprzętu i uzbrojenia dla polskiej armii musimy wydawać w sposób przemyślany i rozsądny, pamiętając przede wszystkim o tym, aby wybór oferty był przede wszystkim podyktowany interesami polskiej zbrojeniówki.

Autor jest historykiem, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI

——————-

 
Leszek Pietrzak

Leszek Pietrzak

historyk, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI