Zawieszeni w próżni?

Republikanie Przemysława Wiplera mieli start bez poważnych wpadek, ale pozostawili uczucie niedosytu. A może raczej przesytu?

Po pierwszej konwencji ugrupowania można już ocenić, że po pierwsze – organizacyjnie niczego nie zawalono, poza niewielkim opóźnieniem i początkowymi problemami z transmisją w internecie. Całość sprawiała całkiem profesjonalne wrażenie. Wbrew pozorom to ważne, bo na zorganizowanie wydarzenia mieli Republikanie niewiele czasu, więc był to ich pierwszy sprawdzian logistyczny.

Po drugie – średnia wieku wyraźnie niższa niż w przypadku większości spotkań partii głównego nurtu. Ma to swoje plusy – młodzi ludzie mają więcej zapału, angażują się chętniej, lepiej rozumieją nowoczesne środki komunikacji, co przy kampaniach ma coraz większe znaczenie. Ma też jednak minusy: można sobie w ten sposób wychować elektorat i członków partii na przyszłość, ale też ryzykuje się, że wystąpi „efekt UPR”, czyli odchodzenie członków i sympatyków do bardziej głównonurtowych ugrupowań w miarę upływu lat. Na ich miejsce mogą oczywiście przyjść następni, ale rotacja tak znaczna, jak w przypadku dawnej partii Korwin-Mikkego, sprawia problemy. Ugrupowanie za sprawą swoich członków i sympatyków zawsze jest „niedojrzałe”, ponieważ osoby o ustalonej i ustabilizowanej pozycji życiowej stanowią wśród jego członków i wyborców mniejszość. Po trzecie – wyrazistość, dorzeczność, jasność wywodu. Wystąpienia były krótkie, treściwe, wiadomo było, o co w nich chodzi. To coraz częściej standard na dużych spotkaniach partyjnych, otwartych dla publiczności i mediów, ale nie reguła.

Nie było także wątpliwości co do przesłania, jak w przypadku Solidarnej Polski czy – w pierwszej fazie istnienia – PJN. To wyraźna różnica. Tu linia jest od samego początku jednoznacznie wolnorynkowa i na tym Republikanie się koncentrują. Bardzo dobre wrażenie zrobiły wystąpienia młodych ludzi, mówiących o tym, że chcieliby móc godnie pracować tutaj, w Polsce, ale jednocześnie stanowczo odcinających się od roszczeniowości. Republikanie pod tym względem prezentują bez dwuznaczności przesłanie klasycznego – i autentycznego – liberalizmu: niech państwo stworzy dobre i uczciwe warunki, a my poradzimy sobie sami i damy krajowi wszystko, na co nas stać. Hitem okazała się wypowiedź studentki Joanny Janik: „Ruch republikański popierają młodzi ludzie, tacy jak ja, którzy nie poddali się jeszcze tej dzisiejszej demokracji zwariowanej, którzy nie stali się jeszcze socjalistami, i naprawdę uważają, że żeby coś mieć, trzeba na to uczciwie zapracować, i to tutaj, w naszym kraju, a nie za granicą”.

Wątpliwości też są, dwie z nich mają zasadnicze znaczenie. Po pierwsze – wśród wypowiedzi wygłoszonych na kongresie (warto mieć świadomość, że część spośród występujących to członkowie Republikanów, część zaś – jak Paweł Kukiz – jedynie goście) jedynie trzy nie dotyczyły głównie spraw ekonomicznych. Jedna to właśnie wystąpienie Kukiza, drugie to głos Patryka Hałaczkiewicza z inicjatywy na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych, trzecie to wystąpienie członkini ruchu pro life Kai Godek. To ostatnie było zresztą jedynym, dotyczącym wprost kwestii światopoglądowych. I tu widać problem.

O ile Republikanie bardzo dobrze zdefiniowali się w sprawach gospodarczych, wspominając przy tym o zmianie ordynacji, o tyle pozostałe kwestie pozostały nietknięte. Kłopot jednak w tym, że państwo tworzy całość. Nie da się wyrwać gospodarki z kontekstu innych spraw. Nie da się dobrze określić własnego miejsca na scenie bez choćby najbardziej pobieżnego odniesienia się do innych dziedzin: wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo, miejsce Polski w Unii, kwestie tożsamościowe, a także zasadnicze spory światopoglądowe, niesłusznie moim zdaniem uznawane przez niektórych za tematy zastępcze. Tego wszystkiego zdecydowanie zabrakło. Sprawiało to wrażenie, jakby Republikanie wisieli w próżni. Jakby kwestie systemu emerytalnego, podatków czy systemu wyborczego były całkowicie wydzielonymi zagadnieniami, które da się rozwiązać wycinkowo. A tak oczywiście nie jest.

Przesłanie, wybrzmiewające z większości wystąpień, było dość przejrzyste: jesteśmy sami przeciwko wszystkim, a przynajmniej przeciwko wszystkim partiom głównego nurtu. Tu znów rozumiem powody marketingowe, dla których być może liderzy Republikanów zdecydowali się tak zaprezentować na pierwszym spotkaniu. Wyrazistość to jedno, drugie to chęć przyciągnięcia tych, którzy czują zniechęcenie wobec całego systemu. Jednym słowem – gra na antysystemowość. Tego samego próbuje Ruch Narodowy. Tu jednak tkwi poważne zagrożenie. Narodowcy w tej roli wypadają znacznie naturalniej, bo oni faktycznie przychodzą spoza systemu. Republikanie już niekoniecznie. Przemysław Wipler jest posłem, wszedł do Sejmu z listy partii głównego nurtu. Wspierają go poważni przedsiębiorcy, którzy narzekają – zasadnie i słusznie – na warunki funkcjonowania biznesu, zwłaszcza tego bez politycznych koneksji, ale przecież nie są wyrzutkami systemu. Pójście w totalną antysystemowość, mówienie o politycznym kartelu, który zawłaszcza politykę, merytorycznie daje się obronić, ale zarazem niebezpiecznie zbliża całe przedsięwzięcie do formatu UPR. Jeżeli nowa siła, według zapowiedzi jej lidera, zamierza na poważnie zmieniać system, to nie może go jednocześnie całkowicie kontestować. To pachnie polityką całkowicie nierealną. Podczas kongresu padały słowa krytyki pod adresem rządzącej partii (choć jej nazwa chyba ani razu się nie pojawiła), jednak najczęściej była mowa ogólnie o głównym nurcie politycznym jako winowajcy złego stanu państwa. Z tym można się zgodzić lub nie, ale i tu wrażenie było dziwne. Przecież nawet z punktu widzenia integralnie wolnorynkowego programu głównym odpowiedzialnym za stan państwa jest dzisiaj Platforma. Jej odpowiedzialność jest tym większa, że dochodziła do głosu jako partia deklaratywnie wolnorynkowa, aby następnie podnosić podatki, dusić wolność gospodarczą i rozbudowywać administrację. Republikanie wydają się tego nie dostrzegać. To ewidentny błąd. Jest grupa twardych Kolibrów, którzy przyjdą do Republikanów dla samych propozycji programowych. Ale jest też grupa ludzi, których mogłoby do nich skierować rozczarowanie Platformą. Skoro jednak Republikanie będą się upierać przy strategii równego dystansu wobec wszystkich, zamiast skupić ogień na rządzących od sześciu lat, tę właśnie grupę potencjalnych sympatyków mogą stracić.

Czy Republikanie mają szanse, trudno dziś orzekać. Decydujący może być wynik ich kandydata lub kandydatów w pierwszych wyborach, w jakich wezmą udział pod własną marką. Ale zapowiedź, że wszystkie postulaty zrealizuje się samemu – brzmi buńczucznie i niepoważnie. Jasne, retoryka to jedno, a praktyka drugie. Nie sądzę, aby Wipler już dzisiaj nie rozważał potencjalnych sojuszy i koalicji. Jednak – jako się rzekło – pierwsze wrażenie jest bardzo istotne. Ono zaś było takie, że Republikanie sami stawiają się poza systemem w sposób przypominający UPR Korwin-Mikkego. To byłoby mało poważne.

Z nową partią jest trochę jak z nową gazetą – trudno oceniać miarodajnie po jednym kongresie i kilku tygodniach działania. Podobnie jak w przypadku gazety, potrzeba kilku miesięcy, żeby zobaczyć, jakie są wyniki sprzedaży i jakie tendencje. Ale nierzadko pierwsze wrażenie pozostaje gdzieś w tyle głowy. Gdybym miał dziś ocenić Republikanów w skali od 1 do 10, dałbym 4. Z widokami na poprawę.

Autor jest czołowym polskim publicystą, komentatorem dziennika „Fakt”

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN