Zawsze Polska!

Jakiś czas temu poproszono mnie o przetłumaczenie kilku tekstów amerykańskiego historyka i publicysty Georga Friedmana, które zamieścił w swojej książce, będącej geopolityczną relacją z wizyty po krajach tzw. „Pogranicza”, a więc Turcji, Polski, Rumunii, Ukrainy i Mołdawii. Przy różnych okazjach miałem oczywiście sposobność – w oparciu o analizę Friedmana – odnosić się do sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się Polska, jednak był to tylko, jak mówię, mały fragment, w żaden sposób nie demonstrujący powagi całości owej analizy.
A to jest, moim zdaniem, coś o wyjątkowym znaczeniu. Oczywiście najlepiej byłoby się odwołać do całości tego materiału, a więc i całości rozdziału „polskiego”, ale też w ogóle całości przemyśleń i sugestii Friedmana odnośnie naszego regionu. Niestety i ze względu na obszerność tego materiału, jak i charakter tego miejsca, nie wchodzi to w rachubę. Kto zna język angielski, niech zajrzy do źródła http://www.twonuggets.com/content/george-friedmans-geopolitical-journey-part-7-poland. Tam jest dostępny cały materiał. Dziś natomiast chciałem przedstawić dłuższy fragment na temat Polski, oczywiście w moim tłumaczeniu. Powinno być interesująco i przede wszystkim pouczająco. Smaczku całej sprawie może dodać jeszcze fakt, że system już na poniższy tekst odpowiedział. Ale ich zdaniem my już się przejmować nie musimy.

Unia Europejska jest pułapką
Polacy, podobnie jak pozostała Europa Środkowa, widzą UE jako rozwiązanie ich strategicznych problemów. Skoro Polska jest członkiem Unii, niemiecki kłopot można traktować jako rozwiązany. Oba kraje są dziś związane w jednej wspólnej strukturze instytucjonalnej, co eliminuje niebezpieczeństwo jakiejkolwiek konfrontacji. Polacy są też przekonani, że i Rosja już nie stanowi zagrożenia, ponieważ jest znacznie słabsza, niż jeszcze niedawno można było sądzić. Dodatkowo jeszcze – jak to w rozmowie ze mną określił pewien urzędnik z MSZ – ani Ukraina, ani Białoruś nie są już tamtymi, co kiedyś, satelitami sowieckiego imperium. Prawdę mówiąc, zarówno o Ukrainie, jak i o Białorusi mówił on bardziej jako o buforach. Podobnie jak to było w przypadku niegdysiejszego zagrożenia austrowęgierskiego, które rozmyło się w melanż dwóch słabych państw, z których dziś ani jedno, ani drugie nie jest już w stanie Polsce zagrozić. W tym stanie rzeczy wielu Polaków skłonnych jest twierdzić, że zagrożenia związane z życiem na wielkiej północnoeuropejskiej równinie zostały ostatecznie usunięte. Z mojego punktu widzenia jednak ten rodzaj spojrzenia wiąże się z dwoma problemami. Po pierwsze, jak już mówiłem w poprzednich esejach w tej serii, Niemcy są w trakcie przeorganizowania swojej roli jako członka Unii Europejskiej. A dzieje się tak wcale nie dlatego, że niemieckie władze tak sobie to obmyśliły. Finansowe i polityczne elity w Niemczech są oczywiście bardzo przywiązane do idei Unii Europejskiej, co jednak nie zmienia faktu, że elity niemieckie utraciły znaczną część miejsca, gdzie mogą się skutecznie poruszać. Opinia publiczna pozostaje bardzo podejrzliwa wobec potężnych subwencji, jakie rząd przyznał i najpewniej będzie musiał jeszcze przyznawać w kolejnych latach. Jak to określiła niemiecka kanclerz Angela Merkel, ponieważ Niemcy nie będą przechodzić na emeryturę w wieku 67 lat, Grecy mogą to robić już wieku lat 58. Z niemieckiego punktu widzenia UE staje się pułapką dla niemieckich interesów. Dla Niemców przedefiniowanie całej Unii Europejskiej okazuje się koniecznością. Jeśli będzie się od Niemiec wymagało żyrowania unijnych porażek, oczekiwać będą, że w zamian uzyskają odpowiednią kontrolę nad polityką gospodarczą reszty państw. W Europie pojawia się system dwupoziomowy, w którym klienci i właściciele nie będą już dłużej dysponowali jednakową siłą.

Władza znajdzie się w rękach Niemiec
Obecnie Polska radzi sobie niezwykle dobrze gospodarczo. Gospodarka się rozwija i nie ma wątpliwości, że kraj ten jest liderem spośród wszystkich byłych państw satelickich. Jednak okres, gdy z Unii Europejskiej do Polski będzie płynął strumień pomocy, nieuchronnie zbliża się do końca, a już zza rogu wychodzą problemy z systemem emerytalnym. Zdolność Polski do utrzymania swojej pozycji gospodarczej w ramach UE zostanie w najbliższych latach poddana poważnemu wyzwaniu. I wtedy może się zdarzyć, że Polska zostanie przesunięta do pozycji klienta. Nie wydaje mi się, aby Polska miała coś przeciwko temu, by zostać klientem – pod warunkiem jednak, że będzie się ją dobrze traktować. Problem polega jednak na tym, że Niemcy, podobnie jak inne główne państwa Unii, ani nie dysponują odpowiednimi możliwościami, ani też nie bardzo im zależy na tym, żeby dbać o peryferia Europy w stylu, który by owym peryferiom odpowiadał. Jeśli Polsce podwinie się noga, zostanie potraktowana przy użyciu dokładnie tych samych systemów kontroli, jakie zostały nałożone na Irlandię. W trakcie naszej rozmowy pewien przedstawiciel polskich władz stwierdził, że dla niego tego typu sytuacja nie stanowi problemu. Kiedy wspomniałem o możliwej utracie przez Polskę suwerenności, odpowiedział, że są różne rodzaje suwerenności i że np. utrata suwerenności budżetowej niekoniecznie musi oznaczać ograniczenia w suwerenności narodowej. Powiedziałem mu na to, że moim zdaniem nie zauważa on wagi problemu. Zachowanie przez państwo praw do decydowania o kształcie systemu podatkowego czy dystrybucji pieniądza stanowi esencję państwowej niepodległości. Jeśli polskie państwo utraci te narzędzia, jedyne, co mu pozostanie, to ewentualnie możliwość ogłaszania „ogólnopolskiego miesiąca kręcenia lodów” i podobnych obchodów. A wówczas inne kraje, zwłaszcza Niemcy, zajmą się za Polskę sprawami obronności, edukacji oraz całej reszty. Jeśli umieścimy budżet poza procesem demokratycznym, słowo „suwerenność” straci swój sens. W tym miejscu, tak jak to zawsze bywa, rozmowa wkroczyła na poziom intencji. Usłyszałem więc, że Niemcy przecież wcale nie mają zamiaru odbierać Polsce suwerenności, lecz jedynie zrestrukturalizować Unię Europejską na poziomie współpracy. I oczywiście całkowicie zgodziłem się z tym twierdzeniem, że Niemcy w żaden sposób nie zasadzają się na polską niepodległość. Jednak dodałem też, że intencje nie mają tu żadnego znaczenia. Po pierwsze, kto to w ogóle może wiedzieć, co chodzi po głowie Angeli Merkel? Przecieki z WikiLeaks mogą ujawnić, co ona powiedziała jakiemuś amerykańskiemu dyplomacie, jednak to nie oznacza, że powiedziała, co myśli. Po drugie, za kilka lat to już nie Merkel będzie stała na czele niemieckiego rządu, a tego, kto przyjdzie po niej, nie wie nikt. Po trzecie, Merkel nie jest niezależnym aktorem, lecz pozostaje związana politycznymi realiami. Po czwarte wreszcie, możemy to sobie nazywać, jak chcemy, ale kiedy Niemcy zmodyfikują strukturę Unii Europejskiej, władza znajdzie się w ich rękach – a to co się liczy, to właśnie władza, a nie subiektywne skłonności do tego, w jaki sposób tej władzy używać.

Rosja jest silna na tle sąsiadów
Inna z moich rozmów dotyczyła siły Rosji. I znów, przedstawiciele władz podkreślali dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że Rosja jest słaba, a więc nie stanowi zagrożenia. Druga natomiast, że rosyjska kontrola nad Ukrainą i Białorusią jest o wiele mniejsza, niż my to sobie wyobrażamy, a to oznacza, że żaden z tych krajów nie leży w orbicie rosyjskich zainteresowań. Co do tej koncepcji skłonny jestem częściowo się zgodzić. Rosjanie nie mają najmniejszego zamiaru odtwarzać imperium czy choćby Związku Sowieckiego. Branie na siebie odpowiedzialności za te dwa kraje nie leży w żaden sposób w ich interesie. Nie ulega jednak wątpliwości, że Rosjanom zależy na ograniczeniu możliwości prowadzenia przez oba te kraje samodzielnej polityki zagranicznej. Rosjanie mogą się zgodzić na różnego typu wewnętrzne ewolucje, natomiast nigdy nie dopuszczą do tego, by między tymi państwami i Zachodem doszło do jakiegokolwiek polityczno-wojskowego sojuszu. Również nie przestaną naciskać, aby rosyjska armia i jej siły morskie miały stały dostęp do ukraińskiej i białoruskiej ziemi. Natomiast nie mogę uznać argumentu, że Rosjanie są słabi. Przede wszystkim, cóż to znaczy siła? Rosja może i jest słaba w porównaniu do USA, jednak z pewnością nie jest słaba, jeśli ją postawić obok Europy czy tym bardziej tego, co się znajduje za jej granicami. Żaden kraj nie musi być silniejszy, niż wymagają tego strategiczne potrzeby, a jeśli idzie o Rosję, to z pewnością tu akurat jest ona wystarczająco silna. To prawda, ludność Rosji zmniejsza się dramatycznie, a gospodarczo sam kraj jest w rozsypce. Tyle, że gdy idzie o Rosję, jest ona w gospodarczej rozsypce jeszcze od czasów napoleońskich, jeśli nie wcześniejszych. A zdolności Rosji do demonstrowania całkowitej niezależności możliwości militarnych od jej siły gospodarczej była już historycznie wielokrotnie potwierdzana.
Podniosłem kwestię europejskiego, a szczególnie niemieckiego, uzależnienia od płynącej z Rosji energii. Usłyszałem, że przecież Niemcy importują z Rosji zaledwie 30 proc. swojej energii. Przyznaję, sądziłem, że jest to aż 45 proc., ale i tak 30 proc. to potężne uzależnienie. Wystarczy zlikwidować tę część i niemiecka gospodarka jest nie do utrzymania. A świadomość tego daje Rosji potężną siłę. I jeśli nawet przyjmiemy, że Rosja potrzebuje swoich wpływów z eksportu energii, to z pewnością jest ona w stanie przetrzymać brak tych wpływów znacznie lepiej niż Europa i Niemcy będą potrafili przetrwać brak samej już energii.

Niemiecko-rosyjska synergia
Pojawia się wreszcie kwestia współpracy niemiecko-rosyjskiej. Jak już to omawiałem wcześniej, uzależnienie Niemiec od rosyjskiej energii i rosyjskie potrzeby odnośnie niemieckiej technologii stworzyły między oboma państwami rodzaj synergii. Coś, co bardzo dobrze jest demonstrowane przez ich nieustanne dyplomatyczne konsultacje. W dodatku zainteresowanie Niemców przyszłością Unii Europejskiej pozwoliło im uzyskać bardziej niezależny i ambitny kurs. Z ich punktu widzenia Rosjanom udało się uzyskać wszystko, co najważniejsze, jeśli idzie o geopolityczną odbudowę. Jeśli porównać sytuację do tego, z czym mieliśmy do czynienia 10 lat temu, trzeba przyznać, że Putinowi udało się przeprowadzić bardzo skuteczny zabieg. Dziś Rosja zainteresowana jest przede wszystkim oddzieleniem Europy od USA, a już zwłaszcza od Niemiec. I kiedy Niemcy rozglądają się za nowymi podstawami swojej polityki zagranicznej, Rosjanie poszukują partnerstwa w Europie.

Polscy przywódcy, z którymi miałem okazję rozmawiać, bardzo wyraźnie dali mi odczuć, że nie widzą w tym wszystkim żadnego problemu. A mnie osobiście jest bardzo trudno uwierzyć, że porozumienie rosyjsko-niemieckie nie dotyczy Polski. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ani Niemcy, ani Rosja nie mają planów, by Polskę skrzywdzić. Jednakowoż, jak wszyscy wiemy, słoń też nie ma zamiaru krzywdzić myszy. Tyle, że tak przy okazji, wbrew intencjom, mysz zostaje skrzywdzona. Wydaje mi się, że prawdziwy powód owego polskiego podejścia jest taki, że Polacy nie mają wyboru. Kiedy przypomniałem pomysł Międzymorza z amerykańskim poparciem, pewien ważny urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych wskazał mi na fakt, że w ramach nowej natowskiej strategii Niemcy na obronę Polski przeznaczają dwie dywizje, podczas gdy Amerykanie zaledwie jedną. Mówiąc to, robił wrażenie bardzo rozgoryczonego. Fakt, że Amerykanie zdecydowali ostatecznie zrezygnować z zapowiadanej obrony przeciwrakietowej na terenie Polski, jak również ich nie do końca jasne stanowisko w sprawie rozlokowania w Polsce rakiet typu Patriot, traktował on jako zdradę Amerykanów wobec wcześniejszych przyrzeczeń. Dość głupio próbowałem argumentować, że jedna amerykańska brygada stanowi znacznie skuteczniejszą siłę niż dwie współczesne niemieckie dywizje, ale ponieważ sprawa wcale nie jest taka oczywista, wręcz celowo skiksowałem. Zarzut, jaki usłyszałem, to to, że nowy plan NATO nie wskazuje na jakiekolwiek zaangażowanie Ameryki, a już z pewnością na nic wiarygodnego. Moja faktyczna reakcja na te argumenty była nieco inna. Polska była bezradna przez całe wieki, najpierw jako ofiara okupacji, a następnie rozbiorów. Wolna i niepodległa była jedynie przez krótki okres między obiema wojnami. Skazując się na francuskie i brytyjskie gwarancje, wręcz swoją suwerenność odrzuciła. Nawet jeśli założymy, że owe gwarancje były nieuczciwe, tak czy inaczej nie było takiej możliwości, by je honorować. Polska poddała się zbyt szybko. Zagwarantowanie sobie niepodległości jest pierwszą i najważniejszą kwestią, która leży wyłącznie w rękach Polaków. Przede wszystkim żaden naród nie może wyzbyć się kontroli nad podstawowymi narodowymi prerogatywami, takimi jak gospodarka, na rzecz organizacji międzynarodowych. A już zwłaszcza tych, które zdominowane są przez takie, stanowiące historyczne zagrożenie, państwa jak Niemcy.

Bohaterska wrażliwość Polaków
Naturalnie, w swoich działaniach naród nie może opierać się na tym, jak odbiera niemieckie intencje. Wszystkie państwa zmieniają swoje intencje nieustannie. Weźmy przykład Niemiec z lat 1932 i 1934. Po drugie, pomysł, aby pocieszać się gospodarczą słabością Rosji, oznacza odczytywanie historii w sposób celowo błędny. To, co jednak najważniejsze – suwerenność narodowa oparta jest głównie na zdolności narodu do samoobrony. To prawda – Polska nie jest w stanie obronić się przed traktatem podpisanym przez Niemcy i Rosję, przynajmniej nie samodzielnie. Może jednak zyskać na czasie. Pomoc może i nigdy nie nadejść, jednak jeśli w ogóle brakuje czasu, ona nie nadejdzie już z całą pewnością. Oczywiście Polska może też uznać, że należy przystosować się do niemieckich i rosyjskich oczekiwań, licząc na to, że tym razem wszystko może potoczyć się inaczej. Może i to założenie jest wygodne, może też i prawdziwe, jednak nie można zapominać, że na szali leży, ni mniej, ni więcej tylko życie narodu. Osobiście sytuację widzę tak, że zarówno polskie władze, jak i sami Polacy są przekonani, że jak na dziś są bezpieczni, choć przyszłość pozostaje nieznana. Również można zauważyć pewne poczucie bezradności. Polska jest energicznie rozwijającym się europejskim krajem, pełna nowo powstających biznesów oraz funduszy hedgingowych. Jednak cała ta aktywność przykrywa jedynie głęboko ukryte podejrzenia Polaków, że na końcu tego wszystkiego i tak okaże się, że los narodu polskiego nie znajduje się już więcej w polskich rękach. Co będzie, to będzie, a jeśli dojdzie do najgorszego, Polacy z całą pewnością jeszcze raz wykażą się bohaterstwem. Tę wrażliwość Chopin zamienił w sztukę. Jednak kiedy trzeba będzie wszystko podsumować, może się okazać, że przeżycie jest znacznie bardziej prozaiczne, ale też znacznie trudniejsze do osiągnięcia niż jeszcze jedna kompozycja – przeżycie jest dla Polski czymś o wiele cięższym niż dzieło genialnego artysty i o wiele rzadszym. Ale w końcu jestem tylko Amerykaninem, a tym samym kimś w znacznie mniejszym stopniu opanowanym przez tragiczną wrażliwość niż przez realne myślenie strategiczne. Dla Polski owa strategia jest wynikiem uznania, że nie tylko została ona uwięziona między Niemcami i Rosją, ale też, że niemiecko-rosyjskie przymierze pozbawiło ją wszelkich ruchów. W tym uścisku Polska może zostać zgnieciona. Mimo to wciąż istnieje szansa, by tego uniknąć. By to się jednak udało, Polska potrzebuje trzech rzeczy. Po pierwsze, musi opracować państwową strategię obronną, która sprawi, że ewentualny atak stanie się znacznie bardziej kosztowny, niż próba znalezienia drogi okrężnej. Oczywiście to będzie kosztowało. Ale w końcu zastanówmy się, ileż to Polacy musieli już zapłacić, żeby uniknąć nazistowskiej i sowieckiej okupacji? To, co dziś wydaje się drogie, z perspektywy może się okazać niezwykle tanie. Po drugie, Polska pozbawiona sojuszy, pozbawiona jest odpowiedniego ciężaru. Jako część sojuszu rozciągającego się od Finlandii do Turcji, w ramach pamiętnego Międzymorza, Polska znalazłaby się w ramach układu o wystarczającej wadze, by móc nie zważać na taki drobiazg jak NATO. NATO stanowił sojusz na czas zimnej wojny. Ta wojna jest już dawno za nami, a owo stare przymierze wciąż trwa, jak niedożywiona zjawa, utrzymywana przez bardzo wykarmioną biurokrację.

Orientacja na Amerykę
Polsce bardzo przydałaby się jakiegoś typu współpraca z Rumunią i to niezależnie od tego, co o tym może sądzić, dajmy na to, Portugalia. Sojusz ten wymagałby polskiego przywództwa. Samo oczywiście ono się nie zrobi, jednak przede wszystkim Polska musi pokonać w sobie ową fantazję, że 18 lat UE reprezentuje europejską transformację roku 2000, w kierunku czegoś na kształt Królestwa Niebieskiego. Według europejskich standardów, 18 lat to nie tak długo, a w ostatnim czasie Europa nie ma się najlepiej. Jeśli Niemcy się pomylą w swojej grze, Unia przetrwa. A Polska? Myślenie strategiczne zawsze powinno zakładać najgorszy scenariusz, a nie naiwne układy z przywódcami, którzy dziś są, a jutro już ich nie ma. Wreszcie Polacy muszą utrzymać swoje dobre relacje ze światowym przywództwem. Zgoda, końcówka administracji Busha i początek rządów Obamy nie mogą Polaków nastrajać optymistycznie. Jednak pozostaje faktem, że wiek XX trzykrotnie miał okazję widzieć, jak Stany Zjednoczone wystąpiły, by uchronić Europę przed niemiecko-rosyjskim sojuszem i dominacją jednej potęgi – czy to Niemiec, Rosji czy obu ramię w ramię. Owe wojny nie były prowadzone przez wzgląd na sentymenty. Amerykanie nie mieli Chopina. Te wojny prowadzone były z powodów geopolitycznych. Amerykanie świetnie sobie zdają sprawę z tego, że ewentualny sojusz niemiecko-rosyjski stanowi dla nich bardzo poważne zagrożenie. Dlatego też Amerykanie brali udział w I i w II wojnie światowej, jak też i w zimnej wojnie lat późniejszych. Istnieją pewne stałe kwestie, na które Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić. Na samym szczycie tej listy znajduje się zdominowanie Europy przez jedną potęgę. Aktualnie Ameryka jest bardzo skoncentrowana na ratowaniu Afganistanu, jednak to nie będzie trwało wiecznie. Oczywiście Ameryka ma znacznie więcej czasu niż Polska. Ma też większą swobodę manewru. Jednak czas dla Polski też jeszcze się nie skończył. Tyle, że Polacy powinni go wykorzystać tak, by w odpowiednim momencie, kiedy Stany Zjednoczone już odzyskają odpowiednią perspektywę, móc się włączyć.

Polacy mogą być wielcy
Unia Europejska może znów stanąć na nogi, a to, co powstanie w dalszej kolejności, może stanowić, tak jak to było planowane na samym początku, konfederację równoprawnych narodów. Może się okazać, że Rosjanie będą musieli się z tym pogodzić. Oczywiście wciąż mam swoje dawne wątpliwości, ale takie rozwiązanie jest możliwe. Problem jednak jest w tym, że nie wiemy, co Polacy zrobią, jeśli wydarzy się najgorsze. Jestem przekonany, że porażka, której można było uniknąć, nie ma w sobie nic szlachetnego. Ale jestem też pewien, że jeśli uważnie wsłuchamy się w „Poloneza”, zobaczymy, że stanowi on nie tylko zaproszenie do uratowania skóry, ale również do bycia wielkim.

Riposta malkontentów
Tyle Friedman. Jak już wspomniałem, system na te słowa dostał takiej cholery, że reakcja musiała być natychmiastowa. Do tej roboty zagoniono Sykulskiego, który w artykule „Geopolityczne mity George’a Friedmana”, dał Friedmanowi odpowiedni odpór. Bardzo typowe. Tak typowe, że my, ludzie w końcu doświadczeni, możemy na to, co najwyżej wzruszyć ramionami. Wzruszajmy więc. I czytajmy Friedmana. I pamiętamy, że Polska nie jest jeszcze całkiem sama.

Autor jest znanym blogerem, laureatem wielu nagród w dziedzinie publikacji w blogosferze i znawcą problematyki międzynarodowej.