Amerykańska polityka – zabawa dla bogatych

Jak przystało na państwo o olbrzymiej powierzchni i liczbie mieszkańców, Stany Zjednoczone są krajem pełnym sprzeczności. Z jednej strony za powód do dumy poczuwa się tam odrzucenie przywilejów arystokratycznych o europejskim rodowodzie, z drugiej – nie jest tajemnicą, że dobór najwyższych urzędów państwowych coraz mocniej stają się domeną powiązanej rodzinnymi i biznesowymi powiązaniami wąskiej oligarchii. Amerykanom chyba szczególnie to nie przeszkadza, skoro sondażowym liderem w walce o prezydencką nominację jednej z dwóch czołowych partii jest zdecydowanie najbogatszy, a przy tym najbardziej kontrowersyjny kandydat.

Historyczne precedensy

Mowa oczywiście o Donaldzie Trumpie, który skupia na sobie uwagę świata jako magnat nieruchomościowy, niekoniecznie pozytywny bohater mediów i właściciel charakterystycznej fryzury już od trzech dekad. Dość powiedzieć, że już w 1987 r. jego nazwisko pojawiło się jako homonim w polskim dyskotekowym przeboju „Powrót Donalda” grupy Ex-Dance, a pięć lat później miliarder pojawił się na chwilę w kasowym hicie „Kevin sam w Nowym Jorku”, który był kręcony w należącym do niego Hotelu Plaza. Śledząc środki przekazu, można odnieść wrażenie, że pojawienie się tak bogatego gracza w wyścigu prezydenckim stanowi ostatnie stadium degeneracji tamtejszego systemu politycznego. W rzeczywistości niemal co cztery lata swoich szans próbuje w nich ktoś o ponadprzeciętnym majątku – nawet na skalę USA.

Na przykład w 1996 i 2000 r. o nominację Republikanów ubiegał się sam główny animator mody na porównywanie kont rekinów biznesu – Steve Forbes. Właściciel sławnego magazynu koncentrował się na lobbingu w kwestii wprowadzenia podatku liniowego, jednak na tyle brakowało mu doświadczenia w organizacji kampanii politycznych, że poza zwycięstwem w prawyborach w Arizonie i Delaware niczego nie osiągnął. Poza Trumpem ponad miliardowym majątkiem spośród plejady pretendentów mógł się jeszcze poszczycić założyciel informatycznej firmy Electronic Data Systems, kandydat niezależny w 1992 r. i reprezentant Partii Reform cztery lata później Ross Perot (3,5 mld USD oszczędności na koniec 2012 r.) oraz – jak łatwo można się domyślić – rywal Nixona i Reagana w prawyborach lat 60. Nelson Rockefeller, prawnuk twórcy rodowej fortuny Johna.

Odwieczne związki

Podobnych przykładów nie brakuje na niższych szczeblach władzy. Dość wspomnieć założyciela innego czołowego pisma ekonomicznego – Michaela Bloomberga, który na swoim interesie zarobił 31 mld USD, a w latach 2002-2013 sprawował funkcję burmistrza Nowego Jorku. W fotelu gubernatora stanu Minnesota z ramienia Demokratów zasiada obecnie praprawnuk twórcy sieci supermarketów Target Mike Dayton, którego majątek wynosi około 1,6 mld USD. Sytuacja wyglądała podobnie już u zarania amerykańskiej państwowości. Do dziś za najbogatszego prezydenta Stanów Zjednoczonych uchodzi „ojciec niepodległości” – potomek bogatej rodziny plantatorów George Washington. W 2010 r. ekonomiści ocenili wartość jego fortuny na 525 mln USD według współczesnego kursu.

Oczywiście istnieje poważna różnica między osobistościami ukierunkowanymi od początku kariery na działalność publiczną (wynagrodzenie Waszyngtona stanowiło w 1789 r. 2 proc. budżetu USA!), a biznesmenem, który przez wiele lat łączył wypowiedzi na różne tematy polityczne (np. kwestionował prawdziwość amerykańskiego obywatelstwa Baracka Obamy) i udzielanie dotacji partiom (zarówno Republikanom, jak i Demokratom), z m.in. prowadzeniem reality show „The Apprentice”, czy wspieraniem zapaśniczej wolnoamerykanki. Udziału Trumpa w wyścigu do Białego Domu można było się jednak spodziewać od kilkunastu lat. W 2000 r. miliarder wygrał kalifornijskie prawybory w Partii Reform, a w 2011 r. niektóre sondaże wskazywały go jako najpoważniejszego konkurenta dla Obamy.

Retoryczne problemy

Oczywiście, żaden inny z kandydatów do zastąpienia obecnego prezydenta, nie ma szans na konkurowanie z 9,5-miliardowym majątkiem Trumpa. Co ciekawe, zanim wstąpił on w wyborcze szranki, najwięcej, bo 52 mln USD miała na koncie jedyna obok Hillary Clinton startująca kobieta – była szefowa koncernu Hewlett-Packard republikanka Carly Fiorina (w kuluarach Demokratów wymienia się jeszcze nieoficjalnie senator Elizabeth Warren). Jednak to dysponująca dwukrotnie (według niektórych danych – czterokrotnie) mniejszym majątkiem była pierwsza dama jest obiektem licznych ataków jako patronka utrzymywanej częściowo z pieniędzy podatników fundacji oraz żona wciąż dyktującej niebotyczne honoraria za wygłaszane przemówienia byłej głowy państwa. Celuje w nich barwna postać obozu prawicy, jaką jest Mike Huckabee – były pastor i gubernator Arkansas, obecnie zaś popularny prezenter FOX TV. Jego pięciomilionowe oszczędności wydają się zbyt wysokie, aby kreował się na rzecznika przeciętnego Amerykanina, pozostaje mu więc odwoływanie się do swoich robotniczych korzeni.

Podobną taktykę wybrał jeszcze bogatszy (10 mln USD na koncie) Ben Carson – syn misjonarza adwentysty z Detroit. To jedyny liczący się w rywalizacji czarnoskóry, a także jedyny niezawodowy polityk z prezydenckimi ambicjami. W 1987 r. jako neurochirurg w uniwersyteckim szpitalu Johns Hopkins przeprowadził pierwszą na świecie udaną operację rozdzielenia bliźniąt syjamskich złączonych głowami. Większość mieszkańców USA dowiedziało się o jego republikańskich poglądach dopiero w 2013 r., dzięki przemówieniu podczas waszyngtońskiego Narodowego Śniadania Modlitewnego, kiedy w obecności Obamy skrytykował m.in. nieformalny dyktat politycznej poprawności.

Na drugim biegunie

Z wyliczeń analityków wynika, że de facto jedynie dwóch kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych ma prawo używać populistycznego argumentu o niewykorzystywaniu politycznej aktywności w celach zarobkowych. Jednym z nich jest prawicowy senator z Florydy Marco Rubio (wysokość majątku – 443,5 tys. USD), któremu być może w osiągnięciu statusu milionera przeszkodził jedynie względnie młody wiek (44 lata). Drugi to jedyny pretendent otwarcie nawiązujący do spuścizny socjalizmu – znany krytyk praktyk z Wall Street, bezpartyjny senator z Vermont Bernie Saunders (330,5 tys. USD na koncie), który zamierza walczyć z Clinton o nominację Partii Demokratycznej.

Osobny przypadek to gubernator Wisconsin Scott Walker. Ten zaprzysięgły wróg związków zawodowych według „Boston Globe” ma do spłacenia prawie 72 tysiące USD…długu. Trudno znaleźć pewne dane na temat finansowej kondycji dwóch wymienianych w przedwyborczych sondażach polityków – George’a Patakiego (Republikanie) i Martina O’Malleya (Demokraci). Pomijając tego typu aberracje, wydaje się, że po raz kolejny reprezentantem „Great Old Party” w najważniejszym politycznym starciu może zostać przedstawiciel najwyższych warstw plutokracji. Były prezes firmy inwestycyjnej Bain Capital nie sprostał Obamie. Czy perspektywa historycznego wyboru kobiety na prezydenta będzie dla Amerykanów tak kusząca, jak wcześniej dowartościowanie obywateli o afrykańskich korzeniach? Oprócz postrzegania ich statusu materialnego, na pewno zadecyduje też o tym odporność na skandale obyczajowe i korupcyjne oraz propozycje rozwiązania jak zawsze licznych wyzwań stojących przed władzami republiki na arenie wewnętrznej i międzynarodowej.

Najbogatsi politycy przymierzani do nominacji w wyborach prezydenckich w 2016 r.

  Imię i nazwisko Partia Majątek
1 Donald Trump Partia Republikańska 9-10 mld USD
2 Carly Fiorina Partia Republikańska 59 mln USD
3 Lincoln Chafee Partia Demokratyczna 43 mln USD
4 Hilary Clinton Partia Demokratyczna 21,5 mln USD
5 Ben Carson Partia Republikańska 10 mln USD
5 Jeb Bush Partia Republikańska 10 mln USD
7 Elizabeth Warren Partia Demokratyczna 6,69 mln USD
8 Rick Santorum Partia Republikańska 5 mln USD
8 Mike Huckabee Partia Republikańska 5 mln USD
10 Jimmy Webb Partia Demokratyczna 4,6 mln USD

Źrodło: Insidegov.com

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN