Budżet potrzebuje cudu

Nie warto ignorować pesymistycznych prognoz odnoszących się do naszej gospodarki w 2009 r., a zwłaszcza do załamania się wzrostu PKB i dramatycznego spadku dochodów budżetowych w bieżącym roku. Pesymiści mogą mieć rację. Nawet najczarniejsze scenariusze z kilkuletnią recesją w tle mogą okazać się realne. Jedynie polski rząd nadal wychodzi z całkowicie błędnego założenia, że w kraju będziemy mieli do czynienia tylko z niewielkim spowolnieniem gospodarczym, a nie z poważnym kryzysem czy wręcz głęboką recesją.


Wzrost będzie malał

Ministerstwo Finansów nie dopuszcza nawet myśli, że dalszy brak reakcji na kryzys skończyć się może nawet krachem gospodarczym. Uważa, że Polsce nie jest potrzebna żadna stymulacja fiskalna ani popytu konsumpcyjnego, ani tym bardziej inwestycji. Ciekawe, że Ministerstwo zakłada, że wpływy podatkowe i budżetowe będą rosły w 2009 r., mimo że wzrost gospodarczy będzie malał.

Nierealne założenia

Drugi poważny i bardzo groźny w skutkach błąd w obecnych działaniach polskiego ministra finansów to czysto doktrynalne i z gruntu fałszywe założenie, że nie należy dokonywać jakiejkolwiek interwencji gospodarczej, która znacząco powiększałaby deficyt budżetowy, dziś sztucznie pomniejszony do poziomu 18 mld zł. Deficyt całkowicie nierealny i niebezpieczny w dobie obecnych zagrożeń kryzysowych. Nie jest on przede wszystkim do utrzymania na obecnym poziomie. Dziś dla polskiej gospodarki stanowi bardziej kamień u szyi, który może jedynie wciągnąć nas pod wodę.

Zbytni optymizm

Wzrost gospodarczy nie wyniesie niebotycznych 4,8 proc. jak pierwotnie planowano w budżecie. To odeszło już w niepamięć. Nie wyniesie również tyle, ile obecnie przyjęto do budżetu czyli 3,7 proc., ani nawet przedstawianego jako wewnętrzny dokument rządu w wersji pesymistycznej zespołu ministra Michała Boniego poziomu 2,1 proc. Czas pożegnać się z mrzonkami o wzroście PKB na poziomie 3,7 proc. i przestać mówić o spowolnieniu gospodarczym, zamiast o poważnej recesji.

Zerowy wzrost

Lepiej już dziś zaakceptować czarny scenariusz o wzroście PKB na poziomie 0 a nawet minus 1 proc. Spadną również o kilka procent płace, bezrobocie będzie na poziomie 12 – 14 proc., przy prawie całkowitym zastoju inwestycji i drastycznie mniejszych wpływach podatkowych i to nie tylko z powodu załamania się wzrostu gospodarczego, ale również z powodu konsekwencji poważnych błędów legislacyjnych, lekceważenia prawa wspólnotowego i braku kompetencji politycznych decydentów.

Zwracanie pieniędzy

Tylko w wyniku wymienionych przyczyn wpływy podatkowe i budżetowe w 2009 r. mogą być o 30 – 35 mld zł mniejsze. Złożą się na to zwroty należne polskim obywatelom z tytułu wyroku ETS, w sprawie zakazu odliczania VAT na paliwa używanego w samochodach służbowych i samochodach z kratką oraz zwroty od uchylania się od zapłacenia VAT z tytułu niezapłaconych wierzytelności, z tytułu prawa do zwrotu VAT za zakupy niestanowiące kosztów utrzymania przychodów oraz z tytułu zwrotu VAT dla rolników ryczałtowców.

Pozbawieni środków

Te pieniądze trzeba będzie oddawać przez lata, rosnąca z tego powodu dziura budżetowa i ubytek dochodów mogą sięgać łącznie w perspektywie kilku lat 20 – 30 mld zł. A jednorazowo może to być kwota 4 – 5 mld zł. Łączna kwota 30 mld zł oznaczałaby równowartość całego podatku dochodowego od osób prawnych. Czyli mielibyśmy do czynienia z sytuacją, jakby państwo nie dostało żadnego podatku CIT od przedsiębiorstw działających w kraju. To przecież musiałoby oznaczać katastrofę finansową i powrót do dziury budżetowej, ale tym razem w gigantycznych rozmiarach ok. 50 mld zł.

Co ze spadkiem?

Kolejna sprawa to przeszacowanie wpływów podatkowych z tytułu VAT i akcyzy w budżecie na 2009 r. Może ona osiągnąć wielkość nawet 10 – 15 mld zł. Rząd powinien znacznie uważniej słuchać pesymistów, bo mogą mieć niestety rację. Polska w ciągu ostatnich 20 lat nie doświadczyła kryzysu w takiej skali, ale nie mamy przecież dożywotniej gwarancji. Tym razem stagnacja gospodarcza może potrwać kilka lat, tym bardziej, że liczba popełnionych błędów strategii gospodarczej okresu transformacji zakończyła już dawno dopuszczalny limit, zwłaszcza w sferze prywatyzacji sektora bankowego i finansowego w Polsce. Oczywiście resort finansów nie przewiduje w budżecie na 2009 r. spadku dochodów z podatku CIT i PIT oraz z podatków pośrednich, czyli VAT i akcyzy. Ciekawe dlaczego?

Zagrożenia

Już w ubiegłym roku po raz pierwszy od początku lat 90. dochody budżetowe nie zostały w pełni wykonane. W sferze podatków pośrednich: VAT i akcyzy może z tego tytułu zabraknąć kilku miliardów złotych. Stanowią one przecież główne źródło zasilania budżetu państwa, a był to rok bardzo dobry dla polskiej gospodarki. Co więc będzie z tymi dochodami w 2009 r.? Ministerstwo Finansów w związku z rewizją wskaźnika wzrostu PKB z poziomu 4,8 do 3,7 proc. zrewidowało dochody budżetowe państwa o zaledwie 1,7 mld zł. To przecież czysta kosmetyka. Gdy mówimy o zagrożeniach sięgających dziesiątków miliardów złotych, być może kwoty 30 – 35 mld zł.

Będzie gorzej

Także nowelizacja budżetu i skokowe zwiększenie deficytu budżetowego w 2009 r. są nieuniknione. Pytanie tylko, czy będzie to kwota 20 czy 30 miliardów. I to bez względu na doktrynalne obrzydzenie do poluzowywania polityki deficytu budżetowego w obecnej koalicji rządowej. Znacząco mniejsze będą przecież wpływy budżetowe, podatkowe nie tylko z tytułu obniżki stawek PIT. Rząd mówi tu o uszczupleniu budżetu jedynie o ok. 8 mld zł. Równie dobrze może to być 10 – 11 mld zł, bo zwyczajnie spadną wynagrodzenia, a nie PKB.

Wysychające źródło

Blisko 20 mld zł ubędzie z tytułu obniżki składki rentowej, którą już wkrótce trzeba będzie podnieść, by wystarczyło na wypłaty w sferze budżetowej, na wypłatę emerytur czy dotacje do przynoszących gigantyczne straty OFE. Te muszą przecież trwać w najlepsze. A kosztują budżet ponad 20 mld zł rocznie. Z tytułu zasiłków i odpisów rodzinnych ubędzie budżetowi ok. 2 – 3 mld zł z tytułu obniżki VAT. Źródełko dochodów budżetowych wysycha w przyspieszonym tempie. To wszystko wcale nie będzie oznaczało podatkowego impulsu dla konsumpcji. W dobie kryzysu ludzie raczej oszczędzają niż wydają, wstrzymują się z inwestycjami i wydatkami, boją się słusznie tego, co przyniesie przyszłość.

Akcja kredytowa

Nie będzie impulsu kredytowego dla gospodarki w 2009 r., tak charakterystycznego w latach 2007 – 2008. Wisi nad nami rekomendacja T. Przewodniczący KNF, Stanisław Kluza, stwierdza, że KNF nie jest od zachęcania banków do udzielania kredytów. Czyżby KNF była tym samym od zniechęcania do dawania kredytów? Przedstawiciele największych banków już straszą, że w 2009 r. zabraknie 10 – 15 mln zł na utrzymanie akcji kredytowej tylko dla przedsiębiorstw na poziomie z 2008 r., która wynosiła ok. 175 mld zł. Takie są też potrzeby na obecny rok.

Chcą pomocy

Bankowcy bezpardonowo domagają się ulżenia im w postaci obniżki rezerwy obowiązkowej z pułapu 3,5 proc. do poziomu 2 proc. oraz wykupu obligacji 10-letnich przez NBP od banków, co dałoby zastrzyk żywej gotówki do kas banków na poziomie 8 mld zł. Nie do powtórzenia jest skala akcji kredytowej dla celów mieszkaniowych rzędu 50 – 60 mld zł. Skoro rząd i NBP znacząco chcą pomóc zagranicznym bankom komercyjnym działającym w Polsce jak również PKO BP, to powinny również pomyśleć o pomocy dla realnej polskiej gospodarki, a przede wszystkim małych i średnich przedsiębiorców.

Wielka dziura?

Coraz wyraźniej wygląda na to, że rok 2009 będzie kolejnym, po 2001 r., gdy przyjdzie nam nowelizować budżet. Wówczas zmieniono go z ok. 9 mld do blisko 30 mld zł. A dziura Bauca wynosiła 80 mld zł. Oby proporcje w 2009 r., w obliczu zapowiadanych zmian, nie były podobne i w grę nie wchodziło trzykrotne zwiększenie deficytu, co miało miejsce w 2001 r., bo dziś deficyt budżetowy to kwota 18 mld zł. Łatwo więc policzyć, jaka byłaby skala nowej dziury budżetowej.

Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym