Chłopcy z ferajny

Jezus Chrystus powiedział w Kazaniu na górze: „Jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku?” Być może nie jest to wyłącznie wina programowego odcinania się instytucji Unii Europejskiej od chrześcijańskich korzeni kontynentu, jednak dygnitarze zajmujący w nich czołowe stanowiska zachowują się, jakby nigdy nie słyszeli o tej prawdzie. Gromy, które ciskają na swoich przeciwników, często mają służyć ukryciu własnej niekompetencji i dawnych problemów z prawem.

Od kilku miesięcy najbardziej rozpoznawalnym unijnym biurokratą w Polsce jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Strojenie się przez niego w piórka obrońcy demokratycznych wartości kazałoby się w nim doszukiwać stojącego na straży racjonalizmu intelektualisty. Tymczasem mamy do czynienia z człowiekiem słabo wykształconym. Niemiec w dzieciństwie uczęszczał do placówki oświatowej prowadzonej przez zakon braci szkolnych w miasteczku Broichweiden koło Akwizgranu, jednak nie przystąpił do matury. Zakończył edukację w 1977 r. na kursie dla księgarzy. W tym czasie szczytem jego ambicji była profesjonalna gra w piłkę nożną. Depresję wywołaną przekreślającą te plany kontuzją zagłuszał alkoholem (obecnie deklaruje abstynencję).

Od 1974 r. Schulz należy do SPD i tej partii zawdzięcza swoją obecną pozycję. Jeszcze w 1998 r. łączył mandat w Europarlamencie z funkcją burmistrza miasta Würselen. Okupem za wyrwanie się lewicowego samouka z prowincji jest wyjątkowa agresja w zwalczaniu nieposłusznych Brukseli środowisk. W jego przypadku można chyba mówić o obsesji na punkcie nazizmu. W 2005 r. nazwał narodowym socjalistą holenderskiego polityka Erika Meijera, który sugerował, że większość Europejczyków jest przeciwna ratyfikacji unijnej konstytucji. Podobnie zareagował na wyniki stosownego referendum w Irlandii, a w 2003 r. widział Silvio Berlusconiego w filmowej roli kapo. Czy ma to jakiś związek z faktem, że Schulz jest synem policjanta?

Tajemnice przewodniczącego

Barwną postacią w negatywnym znaczeniu tego słowa jest też szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Rydze w maju ubiegłego roku przywitał premiera Węgier Viktora Orbana słowami „cześć, dyktatorze” i klepnięciem w policzek. Miesiąc później uderzył w głowę notatkami wypowiadającego się do kamery premiera Austrii Wernera Faymanna. Wtajemniczeni twierdzą, że Luksemburczyk zdobył się na te rubaszne gesty w nietrzeźwym stanie.

Jeszcze jako premier rodzinnego kraju Juncker nie miał najlepszej reputacji. W 2012 r. miejscowa telewizja obarczyła go polityczną odpowiedzialnością za nielegalne nagrywanie obywateli, nadużywanie służbowych samochodów i łapówkarstwo służb wywiadowczych SREL. Skandal zmusił wielkiego księcia do rozpisania nowych wyborów parlamentarnych. Rok wcześniej zapytany w wywiadzie o powody utrzymywania w sekrecie rozmów na temat pozostania Grecji w strefie euro, odpowiedział: „W tak poważnych sprawach trzeba kłamać”. Jak na razie, w kierowaniu Komisją Europejską nie przeszkadza mu także ujawnienie udziału w stworzeniu z Luksemburga raju podatkowego dla wielkich korporacji, np. Amazona.

Lewackie dziedzictwo

Obecna unijna elita w swej przeważającej części stanowi produkt marca 1968 r. – serii wypadków, które w nieznanym do tej pory stopniu ujawniły wpływ komunizmu na umysłowość mieszkańców zachodniej Europy. W latach 1999-2004 KE przewodził Włoch Romano Prodi – w świetle danych z raportu Wasilija Mitrochina agent KGB pod pseudonimem ’Uczitiel’. W dniu 2 kwietnia 1978 r. ujawnił on, gdzie przebywa więziony przez terrorystów z Czerwonych Brygad i w konsekwencji zamordowany ówczesny premier Italii Aldo Moro. Broniąc się przed zarzutami kontaktów z ekstremistami, Prodi utrzymywał, że dowiedział się o ich kryjówce podczas… seansu spirytystycznego.

Następcą Włocha na odpowiedzialnym stanowisku był José Manuel Barroso, w młodości działacz maoistowskiej Marksistowsko-Leninowskiej Federacji Studentów. W tej roli brał udział w demolowaniu budynków uniwersyteckich i „konfiskacie” znajdujących się w nich mebli (czy nie przypomina to niedawnej sytuacji z polskiego podwórka?). Były szef portugalskiego rządu nigdy nie ukrywał zażyłych stosunków z komunistycznym przywódcą Angoli José Eduardo dos Santosem. Podobnie wyglądała młodość aktywnego ostatnio jako krytyka „odchodzenia Polski od demokracji” niemieckiego ministra spraw zagranicznych w latach 1998-2005 Joschki Fischera, w którego frankfurckim mieszkaniu przechowywano broń użytą w libijsko-wenezuelskim zamachu terrorystycznym na siedzibę OPEC w Wiedniu w 1975 r.

Za blisko koncernów

Skandale na tle finansowym od dawna są w Brukseli na porządku dziennym, o czym świadczy choćby dymisja składu Komisji Europejskiej pod przewodnictwem Jacquesa Santera w 1999 r. Należąca do niego Edith Cresson przymykała oko na defraudację pieniędzy przeznaczonych na programy szkolenia młodzieży. Stosunek byłej premier Francji do unijnych środków był na tyle luźny, że w latach 1995-97 zatrudniała jako konsultanta znajomego dentystę Philippe’a Berthelota, mimo, że ze względu na zbyt zaawansowany wiek nie mógł oficjalnie pracować w gabinecie, a umowy o współpracy z naukowcami z zewnątrz mogą być zawierane tylko na 24 miesiące.

Ostatnio wiele wątpliwości budzi postawa urzędników KE wobec łamania prawa przez koncern Volkswagen. W listopadzie ub.r. tygodnik „WirtschaftsWoche” ujawnił, że do komisarza ds. przemysłu Antonio Tajaniego już w 2011 r. trafił raport jednego z dostawców części dla firmy z Wolfsburga alarmujący o fałszowaniu wyników testów spalin. Włoch, który od tego czasu awansował na wiceszefa Komisji twierdzi, że zawsze był zwolennikiem zmian w systemie pomiarów, jednak nie podjął żadnych realnych działań na rzecz ochrony pasażerów i środowiska kontynentu. Wytykał mu to m.in. odpowiedzialny w Brukseli za ochronę środowiska do 2015 r. Janez Potočnik.

Skaza od początku

Można oczywiście powiedzieć, że te fakty nie mają już większego znaczenia, ponieważ wspomniani wyżej politycy powoli przechodzą na emeryturę. Wcześniej zadbali jednak o zapewnienie ciągłości ideologicznej działań kierowanych przez nich instytucji. Szefem biura wysokiej przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federicki Mogherini jest Stefano Manservisi, który wcześniej odpowiadał za kancelarię Prodiego. Ona sama zaczynała karierę w czasach, gdy Włochami rządziła centrolewicowa koalicja pod jego wodzą. Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że wśród szesnastu rzekomo największych wyzwań dyplomacji unijnej w 2016 r. nie znalazło się powstrzymywanie Rosji?

Trudno oprzeć się pesymistycznej refleksji, że od zarania integracji kontynentu przemożny wpływ wywierali na nią przedstawiciele nieludzkich ideologii z tym, że w latach 50. i 60. XX wieku nie był tylko komunizm, lecz nazizm. Pierwszym szefem Komisji Europejskiej w latach 1958-67 był przecież Walter Hallstein, oficer Wehrmachtu, chwalca rasistowskiego prawodawstwa i obrońca zbrodniarzy w Norymberdze. Członkiem tego składu Komisji był też dawny konsul reżimu Mussoliniego w Kanadzie Guido Colonna di Paliano. Czy korzystanie z „dorobku” totalitaryzmów jest nieuchronnym skutkiem wspomnianego wyżej odcięcia od chrześcijaństwa, czy też budowy wielopiętrowej biurokracji, w czym ideowi ekstremiści mają duże doświadczenia, pozostaje kwestią otwartą. Bez względu na odpowiedź, na unijnych szczytach roi się od przykładów na aktualność innego hasła z wydawałoby się minionej epoki, czyli „bierny, mierny, ale wierny”. A często nie tylko bierny, ale i szkodliwy.

Autor jest dziennikarzem Gazety Finansowej, doktorem nauk politycznych PAN

—–

 

 
Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN